Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘wojna’

Marcin Wolski “Wallenrod”

Posted by charliethelibrarian w dniu 29 Listopad 2011

Marcin Wolski "Wallenrod"

Marcin Wolski "Wallenrod"

Kolejna książka z cyklu Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu”. O poprzednich pisałem tu i tu.

Marcin Wolski do tej pory raczej kojarzył mi się z satyrą. A to przecież płodny pisarz fantastyki jest. Niewykluczone, że w moich młodzieńczych latach zetknąłem się z prozą pana Marcina. Fakt ten został pogrzebany w czeluściach mej pamięci lub zginął wraz z którąś z moich szarych komórek. Na potrzeby dzisiejszej recenzji przyjmijmy, że jest to moja pierwsza książka Wolskiego. Nie mam żadnych uprzedzeń i negatywnego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Skoro książka ukazała się w cyklu „Zwrotnice czasu” musi być ciekawa. Poprzednie dwie, które przeczytałem wywarły na mnie bardzo dobre i cudowne wrażenie.

Co autor miał na myśli pisząc „Wallenroda”? Sam tytuł może nam dużo powiedzieć. Postać Wallenroda powinna być znana każdemu nawet bardzo słabo wykształconemu Polakowi. Do literatury wprowadził ją niejaki Mickiewicz, co to z „Panem Tadkiem” i „Zosieńką” niejednego „Poloneza” obalili… Ekhm… znaczy się zatańczyli. Pomysł pana Wolskiego jest prosty. Piłsudski żyje znacznie dłużej dzięki tajemniczej postaci doktora Vallbonne (mam skojarzenia z serkiem). UWAGA! SPOILERY! (nie będą przeszkadzać zbytnio w lekturze). Twardą ręką rządzi krajem, zawiera pakt z samym diabłem (Adolf H.). Atakujemy wraz z Niemiaszkami Sowietów. Wojnę z Ruskimi wygrywamy, później wspólnie z Luftwaffe rozwalamy Francję i Anglię, a na końcu ratujemy Nową Jerozolimę na Ukrainie przed atomowym holocaustem… KONIEC SPOILERÓW! Pomysł szalony, a powiedzieć, że historia ta jest mocno alternatywna to tak, jakby powiedzieć, że Grecja przeżywa drobny kryzys. Całą akcję fabularną znamy ze wspomnień Heleny Wichmann agentki polskiego wywiadu, która dotarła bardzo blisko Führera. Wspomnienia te otrzymuje mejlem postać dziennikarza z naszego świata i dzięki cybernetycznym geniuszom udaje mu się go (tego mejla) odczytać.

Tyle w kwestii fabuły. Teraz o wrażeniach z lektury. Czytało się bardzo szybko. Wartka akcja, interesujące pomysły, (choć bardzo szalone) sprawiły, że łyknąłem książkę w drodze z Krakowa do Wrocławia. A lektura do cienkuszy nie należy. Byłbym tutaj śpiewał peany pochwalne na cześć, ale… I tu się zaczyna nie jedno ale, ale nawet kilka ale. Czy wspomniałem, o Ale (to takie piwo jest). Lubię historie, w których Polska okazuje się potęgą, wygrywa wszystkie wojny, a kraj nasz jest krainą miodem i wódką płynącym (chyba coś pomieszałem, ale niech tak zostanie). Zaspokaja to moją wewnętrzną potrzebę bycia Członkiem Wielkiego Mocarstwa, w skrócie CzWM. Znam jednak w miarę dobrze historię, jestem mimo mej ckliwej i romantycznej natury dobrze zorientowany w szarej rzeczywistości i jeśli ktoś za dużo miesza potrafię to wyczuć (przynajmniej tak mi się wydaje). A takie odniosłem wrażenie przypadku tej lektury. Czułem podczas czytania, że autor pisząc książkę również zaspokaja swoją wewnętrzną potrzebę bycia CzWM. Nie mówię, że to źle. Sam napisałem wyżej, że książkę czytało się szybko i dość przyjemnie. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Podczas lektury zauważyłem kilka stylistycznych i merytorycznych błędów (przyganiał kocioł garnkowi – sam na swoim blogu walę byka za bykiem, a czepiam się innych). Już na pierwszej stronie polskie bombowce bombardują siedzibę premiera, przy Dowling Street (Downing Street winno być). Było parę potknięć, jeśli chodzi o ciągłość akcji.  Niby nic wielkiego przecież to książka fantastyczna, a nie naukowa, co nie zmienia faktu, że błędy były widoczne i mnie irytowały. Widoczne również były nawiązania do naszej rzeczywistości. Niektóre fajne i intrygujące, inne tak nachalnie podane, że trochę mnie zmierziły. Na przykład autor perfidnie zemścił się na Anglikach za nasze zniszczone miasta rozpierdalając Anglię w drobny mak.

Podsumowanie nastąpi teraz i będzie krótkie. W mojej opinii dobry zabijacz czasu, nie ma się co za bardzo unosić patriotycznymi uczuciami podczas lektury. Zdecydowanie najsłabszy tom z przeczytanych przeze mnie z cyklu „Zwrotnice czasu”. Do pociągu w sam raz. Wciągnęła mnie, trzymałem jednak dystans.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Joanna Olczak-Ronikier “Korczak: Próba biografii”

Posted by charliethelibrarian w dniu 2 Listopad 2011

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Korczak w moim życiu funkcjonował do tej pory na zasadzie postaci mitycznej, znanego pedagoga, który zginął wraz z dziećmi, którymi się opiekował. Taki obraz wyniosłem ze szkoły. Sąd dziecięcy, nowatorskie metody wychowawcze, heroiczna śmierć i „Król Maciuś Pierwszy”. Taki schematyczny i bardzo płytki obraz Janusza Korczaka funkcjonował w mym umyśle. Och! Naiwności niemalże dziecięca, która sprawia, że spłycamy i upraszczamy tak wiele rzeczy. Na szczęście warto się Ciebie pozbywać dzięki lekturom takich książek jak opisywana poniżej.

Najsmutniejsza książka jaką przyszło mi czytać od bardzo dawna. Przeczytałem dzieje życia Korczaka z wciąż obecną w zakamarkach mego umysłu świadomością losu, jaki go spotkał. Nie udało mi się odciąć od tej wiedzy. I nawet wtedy, gdy autorka prowadziła mnie przez jego lata dziecięce z ojcem i matką, którzy jako Żydzi, walczyć musieli o uznanie w polskim środowisku. Nawet wtedy, gdy autorka poruszała interesujący moim zdaniem epizod w życiu Korczaka, który polegał na włóczeniu się po najgorszych melinach Warszawy, picia wódki z szemranym towarzystwem, nawet wtedy wciąż widziałem finalną scenę z filmu Wajdy. Świadomość końca Korczaka nie opuszczała mnie również, gdy czytałem o jego sukcesach, spełnianiu się marzeń, sławie literata, sukcesach pedagogicznych i naukowych. Zresztą sama autorka nie pozostawia nam żadnych złudzeń, co do przyszłości. Nawet w chwilach szczęśliwych, opisach dzieci, które wreszcie mogą się cieszyć życiem czai się widmo Zagłady.

W tej próbie biografii pełno jest ludzi ważnych dla Polski, ważnych dla naszej historii. Niektóre postacie nakreślone zostały bardzo wyraziście i mocno. Pełno jest również ludzi, których można określić jako ziarna, które zmielone zostały przez żarna młyna historii. Gdyby nie „Pamiętnik” i inne pisma Korczaka nikt nie pamiętałby o dzieciach, które zginęły straszną śmiercią tylko dlatego, że były małymi żydkami. Nikt nie znałby ich imion i cech, które na zawsze zostały uwiecznione przez pióro i ołówek Korczaka. I to jest w tej książce najbardziej wzruszające.

Podziwiam autorkę za styl, w jakim napisana i opowiedziana jest historia Korczaka, czyli Henryka Goldszmita. Jest rzeczowy i spokojny, ale nie suchy i beznamiętny. W sposób wyciszony i nie natarczywy prowadzi nas autorka przez kolejne siódemki lat życia pedagoga. (Ważny motyw w życiu Korczaka, który podzielił swe losy na okresy siedmioletnie). Przy okazji poznajemy świetnie nakreślony obraz społeczeństwa polskiego i problemów, które dotykały zasymilowanych Żydów. Korczak również stykał z nienawiścią i antysemityzmem, który w Polsce tuż przed wojną osiągnął naprawdę spore rozmiary. Jego reputacja wybitnego pedagoga, literata często przegrywała z atakami antyżydowskich środowisk. Dodatkowe nieprzyjemności powodował fakt, że należał do loży masońskiej (kolejna ciekawostka z życia Korczaka, o której nie miałem pojęcia). Wszystkie ataki brał na siebie i obracał na swą korzyść z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru.

Czytałem tę książkę i byłem wzruszony. Czytałem tę książkę i byłem pełen podziwu dla siły Korczaka. Czytałem tę książkę i byłem przerażony. Czytałem tę książkę i byłem pełen bezsilnej złości na świat i ludzi. Czytałem tę książkę i obiecywałem sobie, że będę lepszym człowiekiem.  Czy coś z tych obietnic składanych samemu sobie zostanie zrealizowanych? To będę wiedział tylko ja, ale jak mawiał Stary Doktor w marzeniach tkwi siła.

 

P. S. Wybrałem zdjęcie okładki bez obwoluty, moim zdaniem lepiej wygląda. Bardziej pasuje do treści.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Harry Harrison “Wojna z Robotami”

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Sierpień 2011

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.

Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

 

 

 

 

bender

Bender

Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.

BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Warsaw Uprising…

Posted by charliethelibrarian w dniu 1 Sierpień 2011

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię uderzać w patetyczne tony. Nie lubię rozdzierania szat i rozpamiętywania klęsk. Jednak ta rocznica jest zbyt ważna, by o niej nie wspominać.

W sieci można znaleźć naprawdę mnóstwo wspaniałych rzeczy dotyczących tego Powstania.

Ja chciałem tylko przekazać drobną część.

Nie będę tutaj dyskutował o Powstaniu, chcę tylko pokazać, w jak różny sposób internauci przypominają tę rocznicę.

Chciałem tylko powiedzieć, że powstaje coraz więcej akcji upamiętniających to wydarzenie w sposób nie patetyczny, nie nudny ale bliski codziennemu życiu.

Muzeum Powstania Warszawskiego odgrywa tutaj ogromną rolę i akcje jakie przeprowadza Muzeum zyskują moje pełne poparcie i uznanie.

Wystarczy zajrzeć na ich stronę: 1944.pl.

Czego tam nie ma: Powstańcza Masa Krytyczna, spotkania z dzieciakami.

Zaproszenie na grę miejską inspirowaną Powstaniem: www.klisza.1944.pl. Coś dla mnie! Szkoda, że nie dam rady być w Warszawie szóstego sierpnia.

 

I akcja, która mnie powaliła na kolana. Zaprzęgnięcie rzeczywistości rozszerzonej tzw. augmented reality, do tego aby przybliżyć warszawiakom rzeczywistość powstańczą. Coś niesamowitego!

 

I takie żywe, angażujące ludzi akcje sprawiają, że lepiej poznamy prawdziwe oblicze Powstania. Natomiast historykom zostawmy spory.

Polecam kanał Muzeum na Youtubie. Warto poświęcić chwilkę i przejrzeć materiały tam zamieszczone. Są niesamowite.

Jeden kawałek z tegorocznego wydarzenia muzycznego jakie odbyło się 29 lipca.

 

Jest jeszcze coś na co czekam z niecierpliwością: Hardkor 44, czyli film o Powstaniu ze stajni Tomasza Bagińskiego.

 

Może na razie wystarczy tej oficjalnej strony dotyczącej Powstania. Trochę materiałów dostępnych na Youtubie:

Dziwne ale Johnny Cash pasuje bardzo dobrze do zdjęć skompilowanych przez tego użytkownika. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, bo warstwa tekstowa raczej już nie za bardzo.

Trochę inne spojrzenie na powstańcze piosenki:

Przyznam się szczerze, że dostaję dreszczy, gdy słyszę dzieciaki śpiewające te piosenki, tematyka niezbyt dziecięca. Moim zdaniem zbytnio hardkorowe zestawienie. Ale piosenki są świetnie zrobione.

Zespół Raz Dwa Trzy:

Świetna aranżacja.

A teraz mariaż wydawałoby się raczej nie do pogodzenia, ale mnie się podoba:

Całkiem fajnie im to wyszło.

 

Teraz dla kontrastu oryginał:

 

I jeszcze nieśmiertelny Jacek Kaczmarski:

 

Jak już wspominałem bogactwo materiałów jest ogromne. Zachęcam do szperania, czytania, oglądania. Korzystajmy z błogosławieństw SIECI.

 

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Etgar Keret “Rury”

Posted by charliethelibrarian w dniu 21 Lipiec 2011

Etgar Keret "Rury"

Etgar Keret "Rury"

Witajcie moi drodzy parafianie! Dawno mnie nie było, a bo i te wakacje trwają i lato, i jakoś tak czasu nie mam zupełnie na czytanie książek. W tym roku urlopu również dłuższego nie będę miał, bo roztrwoniłem dni urlopu swego jak urzędnicy publiczne pieniądze, więc siedzę w pracy.

Dość tych wycieczek osobistych. Będzie o książce z polecenia. Kolejnego dobrego polecenia (warto znać odpowiednich ludzi). Samemu do głowy, by mi nie przyszło aby sięgnąć po jakiegoś izraelskiego współczesnego pisarza. Nie to, żebym coś miał do izraelskich pisarzów (lapsus językowy zamierzony), tak po prostu raczej nigdy nie byli w orbicie moich zainteresowań. A tu bach! Przeczytałem sobie “Rury” właśnie izraelskiego pisarza. Mistrza krótkiej formy jak go nazywają krytycy. Jakie wrażenia? Zdecydowanie mistrzem krótkiej formy Keret jest. “Rury” to zbiór “opowiadań”, “anegdot”, piszę w cudzysłowie, bo często w tym zbiorze mamy do czynienia z opowiadaniem dosłownie na jedną stronę. Ale ta zwięzłość, kondensacja i nasycenie wrażeń jest jak najbardziej na miejscu i zupełnie nie przeszkadza. Przyznam się szczerze, że nie miałem ani razu uczucia niedosytu nawet po najkrótszym tekście.

O czym pisze Keret? O Izraelu, o jego społeczeństwie, ludziach zamieszkujących ten kraj. Robi to jednak poprzez groteskę, czarny humor, ironię podając to wszystko polane surrealizmem. Czytając teksty Kereta często się zastanawiałem na ile autor opisuje swoje własne doświadczenia. Jak wiele w tych “opowiadaniach” zawartych jest osobistych wspomnień Kereta. Oczywiście nie starałem się przekładać jego tekstów na rzeczywistość, tego się po prostu nie da, teksty są zbyt abstrakcyjne. Po prostu przemyślenia na temat osobistych doświadczeń pisarza pojawiały się mimowolnie.

“Opowiadania” Kereta przesiąknięte są smutkiem, fatalizmem oraz bezradnością, jeśli chodzi o człowieczy los. Nie tylko w Izraelu czy Palestynie, ale w takim ogólnym, uniwersalnym wymiarze. I choć czarny humor znacznie łagodzi tę rozpacz dotykającą bohaterów tekstów, można śmiało stwierdzić, że Keret jest piewcą piekła życia na ziemi. Piekła, które może złagodzić sarkazm, ironia i groteska.

Polecam gorąco tę książkę. Warto po nią sięgnąć, nawet po to aby się trochę pośmiać z szalonych pomysłów autora.

 

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Jan Tomasz Gross “Złote żniwa : rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Czerwiec 2011

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Ta książka jeszcze przed jej oficjalnym ukazaniem się wzbudziła ogromne emocje. Cóż trudno nam Polakom przyjąć do wiadomości, że nasi rodacy mogli zachowywać się jak skurwysyny i zabijać, okradać, gnębić Żydów podczas drugiej wojny światowej. Przecież cała nasza martyrologia z okresu drugiej wojny światowej to walka z Niemcami i bycie tymi dobrymi. Po ukazaniu się książki nie było lepiej, akcja wydawnictwa Selkar, z zawyżaniem ceny książki, oblepianie księgarni sprzedających książkę informacjami jakoby te firmy były antypolskie. Gorące emocje były, oj były. A jak zwykle w naszym społeczeństwie najgłośniej krzyczeli ci, którzy pewnie książki nie przeczytali. Na biblionetce, z której korzystam, książkę oceniło zaledwie dwudziestu kilku użytkowników. Kolejny raz media rozdmuchały sprawę, ludzie się burzyli z zasady, a większość nie podjęła trudu przeczytania.

Od czego by tu zacząć? Hmm… może od tego, że “Złote żniwa” to książka słabo napisana. Naprawdę, widać marny warsztat autora jeśli chodzi o narrację, budowanie napięcia, styl. Czytając niemal czułem jak Gross wychodził ze skóry aby pogłębić wrażenie grozy i okrucieństwa. Czułem te starania Grossa ale nie czułem grozy ani okrucieństwa. Naprawdę pan Gross ma słaby warsztat a jego usilne wmówienie czytelnikom jego wrażeń, poprzez użycie słów – widzimy, czujemy, znamy, rozumiemy wcale w tym nie pomagało.

Druga sprawa to tematyka jaką książka porusza, czyli grabież mienia żydowskiego przez Polaków. Nie zajmowania po wojnie, gdy większość prawowitych właścicieli nie żyła, ale właśnie w trakcie. Bogacenie się na ukrywaniu Żydów, mordowanie i okradanie uciekinierów. Cóż uważam się za człowieka, który trochę zna historię i wiedziałem, że takie rzeczy miały miejsce. Ta książka nie była dla mnie szokiem ani zaskoczeniem. My Polacy jesteśmy wychowani w poczuciu, że to nasz Naród był tym szlachetnym i nie splamił się nigdy takimi podłościami jak Niemcy. A szmalcownictwo i wydawanie ukrywających się Żydów to przypadki z marginesu. Gross podaje KILKA przykładów z wiosek i z uporem maniaka stara się rozszerzyć to na wszystkich. Mamy podane źródła historyczne świadczące o okrutnych czynach jakie popełniali Polacy, i to Polacy będący w lokalnych społecznościach elitą, co dla Grossa oznacza, że pozostali obywatele z elity w innych wsiach też tacy byli.

Punktem wyjścia do książki jest fotografia, na której według autora uwiecznieni zostali kopacze, którzy przeszukiwali okolice obozu koncentracyjnego w poszukiwaniu pozostałości jakicholwek cennych rzeczy. Gross z uporem maniaka powtarza, że ludzie ci to hieny cmentarne najgorszego sortu. Niestety tak naprawdę nie ma żadnych co do tego podstaw. Ale faktem jest, że okolice obozów były przekopywane.

Jest taki fragment w tej książce, który mówi o tym, że Zagłada to była precyzyjna maszyna, i miała wiele “wąskich gardeł” i gdyby ktoś chciał łatwo mógłby sabotować jej działanie. Nie wiem do kogo pije tutaj Gross czy do Niemców czy do pracowników kolei, a może do chłopów polskich. Zagłada to wydarzenie, które nie da się ująć w żadne rozsądne ramy – tutaj zgodzę się z autorem. Kilka milionów ludzi zostało zamordowanych w “fabrykach śmierci”. Kilka milionów ludzi zginęło przy milczącej aprobacie społeczeństw europejskich – to nam chce powiedzieć Gross. Gross czepia się kolejarzy, że wysyłali pociągi do obozów i nic nie zrobili aby sabotować to działanie. Chciałbym zwrócić na coś uwagę – jest taki fragment chyba w “Opowiadaniach” Borowskiego. Dotyczy on wyładunku transportu ludzi z wagonów. Rozdzielającymi transport byli Żydzi. Nagle wybuchła panika i tłum prawie przerwał kordon wartowników. Niemcy, według Borowskiego byli w szoku i nic nie zrobili. Gdyby nie sprawna akcja rozdzielających transport Żydów, którzy przywrócili porządek cały transport mógł uciec. No ale daleko by nie uciekli, bo pewnie chłopi polscy szybko by ich wyłapali (tak napisałby Gross). Nie jestem Żydem, nie widziałem wojny, nie doświadczyłem tego co świadkowie opisywani przez Grossa, więc tak naprawdę nie jestem pewien czy władny jestem wypowiadać się w tym temacie.

Podsumowując książka porusza ważny temat, o którym my Polacy nie chcemy rozmawiać. Robi to jednak w sposób zły jeśli chodzi o styl. Wiem dziwnie to brzmi ale o takich rzeczach powinno się pisać tak aby człowiek czuł coś. Ja tylko czułem narastającą irytację na autora. Książka wzbudziła we mnie niesmak. Nie wydawała mi się żadnym wiarygodnym źródłem wiedzy, choć pełno w niej przypisów do różnych materiałów. Ale pewnie tkwi we mnie zbyt mocno to wychowanie polskie. Książki nie polecam. Chyba, że ktoś chce się dowiedzieć o co był cały ten hałas.

 

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Eugeniusz Dębski “Krótki lot motyla bojowego”

Posted by charliethelibrarian w dniu 27 Maj 2011

Eugeniusz Dębski "Krótki..."

Eugeniusz Dębski "Krótki..."

Ha! Charlie is back! Niestety może nie z super wypasionym postem ale po prostu z opowieścią o kolejnej przeczytanej książce.

Chciałbym zacząć od wyznania, biję się w piersi, zaniedbałem ostatnio fantastykę, science fiction potwornie. Nie czytam zupełnie a to przecież gatunek, z którym Charlie poznawał świat literatury tak naprawdę. Żadne tam Homery, Balzaki – Charlie był zbyt młody łykał za to Carda, Asimowa, Pratchetta i wielu wielu innych jak młody pelikan. I przyznam się, że brakowało mi lektury fantastyczno naukowej. I tyle się dzieje w świecie owej literatury, na szczęście kupuję sobie “Nową fantastykę” i tam ostatnio trafiam na świetne opowiadania ale to jednak za mało. Więcej książek nie pamiętam a wszystkie serdecznie pragnę przeczytać a Was czytelnicy proszę o wyrozumiałość i zrozumienie.

Dobra powiem Wam co myślę o książce Dębskiego notabene grubej ryby w polskiej fantastyce. Otóż uważam, że mogło być lepiej. Naprawdę bardzo ciekawy pomysł – w przyszłości ludzkość zaprzestała wojen i spętała się rozejmami, których nikt nie chce złamać bo inaczej będzie miał przesrane. Ale jest super tajna jednostka, która toczy wojnę o jakiej nikt nie wie. Ta jednostka to telepaci staczający walkę w swoich główkach. Jednak tak naprawdę do końca nie wiedzą z kim walczą – czy z innymi ziemskimi telepatami, czy z kosmitami a może z demonami!? Ale walczą a przegrana oznacza zniszczenie umysłu i pozostanie tak zwanym warzywkiem. Telepaci to ludzie niedostosowani społecznie, z problemami, którzy znaleźli wreszcie swoje miejsce. To tyle jeśli chodzi o ogólny zarys fabuły. Dobry pomysł, ładnie to się nakręcało jednak później wszystko staje się banalne a finał książki woła o pomstę do nieba. Trochę tak jakby autorowi w miarę pisania się odechciało i dał sobie spokój, machnął na to wszystko ręką i postawił kropkę. A pomysł miał potencjał i można było pociągnąć dalej.

Nie było jednak aż tak źle, książkę czytało się szybko i była na tyle ciekawa, że chciałem ją skończyć. Ach jakże brakowało mi takiej odprężającej lekturki. Pozycja dla lubiących fantastykę, inni mogą sobie spokojnie darować.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Wojciech Tochman “Jakbyś kamień jadła”

Posted by charliethelibrarian w dniu 18 Maj 2011

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

Są książki przyjemne, miłe, wesołe. Takie, po lekturze, których człowiek od razu nabiera pozytywnej energii, wiary w świat i ludzi. Ale są też książki, które walą Cię w łeb, z prawego sierpowego. I mówią weź się kurwa otrząśnij. Po lekturze, których cała wiara w piękno tego świata pryska jak mydlana bańka. A zostaje tylko uczucie, że ludzie to bestie i nie zasługują na to aby stąpać po tej ziemi. “Jakbyś kamień jadła” jest taką książką.

Tochman pojechał do Bośni, po niemal dziesięciu latach od konfliktu bałkańskiego, który wybuchł w połowie lat dziewięćdziesiątych i był efektem rozpadu wieloetnicznej Jugosławii. Tochman napisał reportaż o kobietach, które przetrwały wojnę. O kobietach tylko, bo mężczyzn nie za wielu zostało. Serbowie już się o to postarali. Bałkański kocioł po raz kolejny zawrzał, tylko nie wyszło z tego żadne miłe dla wszelkich ludzi poprawnych politycznie multi-kulti. Serbowie mordowali bośniackich muzułmanów, ci również nie pozostawali dłużni. I tak nakręcała się spirala nienawiści i morderstw wśród niedawnych sąsiadów. Tochman skupił się na losie bośniackich, muzułmańskich kobiet. Losy bohaterek książki są tak smutne, okropne i przerażające, że wszelkie zrozumienie dla ich oprawców nie powinno istnieć. A ci oprawcy wciąż żyją, mieszkają teraz nawet w domach bośniackich, z kolei Bośniacy mieszkają w dawnych serbskich domach. Bo tak nakazało ONZ i Unia Europejska. Książka również obnaża, moim zdaniem zwykłe skurwysyństwo i hipokryzję państw zachodu, głównie USA, które dla swoich politycznych celów namieszało w tym bałkańskich kotle. A teraz wielce niesie humanitarną pomoc przy zbieraniu kości i identyfikacji ciał. A podczas wojny siły międzynarodowe nie kiwnęły palcem aby bronić cywili. Po raz kolejny na przykładzie takich konfliktów można zobaczyć jak słabe i głupie jest ONZ. W połowie lat dziewięćdziesiątych w samym sercu Europy znów stanęły obozy! Szlag mnie trafia na pieprzonych polityków, gdy pomyślę co przeszli ci ludzie. To politycy namieszali zwykłym ludziom, którzy mieszkali obok siebie przez dziesiątki lat, że należy pozbyć się “obcych” i “innych”. A “zwykli” ludzie bardzo szybko zasmakowali w okrucieństwie, taplali się w morzu krwi. Pokochali gwałty i upajali się władzą nad życiem i śmiercią. Płaszczyk cywilizacji jak widać bardzo łatwo jest zrzucić.

Tochman nie zagłębia się, w polityczne przyczyny konfliktu. On w sposób bardzo oszczędny relacjonuje, opisuje kobiety, które szukają swoich dzieci, które pragną pochować swoich mężów. Nie musi się nad tym rozwodzić, wdawać w szczegóły. Ten oszczędny, można rzec schludny styl narracji dodatkowo potęguje grozę podczas lektury. Bo Tochman sprawia tym stylem, że czytelnik zaczyn używać swojej wyobraźni, autor nie zmusza go siłą do wpatrywania się w tysiące worków z kośćmi. On tylko lapidarnie stwierdzi czym są plastykowe worki i napomknie, że za każdym workiem kości kryję się historia. Z reguły makabryczna i przerażająca.

Byłem zbyt młody bo kojarzyć wydarzenia na bieżąco z masowych morderstw w Srebrenicy i innych miejscowościach, później już tylko człowiek gdzieś tam przeczytał jakiś reportaż o wojnie i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Po lekturze nadrobiłem trochę zaległości. Ciężko jest połapać się w skomplikowanych układach narodowościowych, religijnych i politycznych w tym regionie świata. Podczas lektury pada całkiem sporo dat i nazw miejscowości. Warto sobie sprawdzić co mówią o tych miejscowościach podręczniki lub encyklopedie.

Lektura “Jakbyś kamień jadła” nie należy do przyjemnych ale należy do lektur, które każdy powinien poznać. Nie można zamykać się bowiem na fakty. A fakty są takie, że prawie dwadzieścia lat temu kilkaset kilometrów od nas koszmar wojny obudził się na nowo. I ciekawe czy pójdzie spać. Książka Tochmana potwierdza powiedzenie, że “Ziemia to piekło innej planety”. (Nie wiem kto jest autorem tegoż powiedzenia).

P. S. Po lekturze takich książek jestem wdzięczny, że Polska jest państwem praktycznie jednonarodowym i co najwyżej pobijemy się o jakiś krzyż, ale nikt nie ma zamiaru nikomu z tego powodu strzelać w tył głowy. Można się spierać czy sposób w jaki Polska po wojnie stała się jednonarodowa (akcja “Wisła”, wysiedlanie Niemców), był moralnie uzasadniony. Ale żyjemy teraz w takiej a nie innej rzeczywistości i jest ona pokłosiem tamtych akcji.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

John Scalzi “Wojna starego człowieka”

Posted by charliethelibrarian w dniu 30 Marzec 2011

John Scalzi "Wojna..."

John Scalzi "Wojna..."

Będzie krótko bo i książeczka też do za długich nie należała. Kosmos, wojna, obrzydliwi obcy, dla których ludzie to przysmak! Napierdalanka po wszystkich planetach naszej galaktyki. Ludzkość walcząca o dominację w kosmosie, kolonizacja planet, eksperymenty genetyczne. Śmierć, krew, flaki i seks! Dużo seksu! Ale jeszcze więcej humoru, sarkazmu i czystej radochy z lektury. To jest dopiero odprężająca czytanka. Świetnie napisana, czyta się  jednym haustem! Pomysł też niczego sobie.

Pokrótce: główny bohater to staruch, który dochodzi do krańca swego żywota w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej na planecie Ziemia. Jednak jest dla niego nadzieja bo może sięgnąć gwiazd. Otóż Kolonialne Siły Obrony od lat rekrutują staruchów do swoich szeregów. Ale po kiego brać do wojska jakiegoś starca, co to nawet wysikać się  nie może do końca porządnie? Zagadka tkwi w gwiazdach i pośród tych gwiazd zostaje rozwiązana. John Perry tak jak tysiące innych starych pierdzieli zostaje żołnierzem KSO i walczy o przetrwanie ludzkości wśród wrogich ras. Bo kosmos to zatłoczone miejsce i każdy chce mieć jak największy kawałek tortu. John Perry otrzymuje od KSO zajebiste nowe ciało, które pozwala mu robić znacznie więcej niż jego stare oryginalne kiedykolwiek mogło. Wyobrażacie sobie po latach życia w starym ciele dostać ciało dwudziestolatka? I to super wzmocnione? Niestety nie ma nic za darmo i Perry musi odbębnić swoje w KSO. Walczy z bezwzględnymi obcymi, którzy są nieprzewidywalni i zamienia się w bezmyślnego zabójcę z rozterkami moralnymi, które na szczęście nie trwają długo. Walczy w obronie Ziemi i jej kolonii choć Ziemia to zadupie takie, że pożal się boże. Ludzkość zostawiła nas samych sobie z naszymi małymi konfliktami i podbija wszechświat.

Świetna lektura! Odpocząłem sobie i wybawiłem się świetnie. Dobre pomysł, wartko napisana, i żarty też niczego sobie. Ironia i sarkazm oraz wisielczy humor rządzą! Polecam!

P. S. Z góry przepraszam starych pierdzieli – pisałem tak aby oddać ducha książki.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , | 1 komentarz »

Dariusz Chętkowski “Nauczycielskie perypetie: O wojnie wszystkich ze wszystkimi”

Posted by charliethelibrarian w dniu 18 Marzec 2011

Dariusz Chętkowski "Nauczycielskie..."

Dariusz Chętkowski "Nauczycielskie..."

Nauczyciele… każdy z nas ich zna, każdy przez sporą część swojego życia miał z nimi styczność. Podstawówka, szkoła średnia (piszę o trybie nauczania jaki ja przeszedłem). W każdej z tych szkół byli ONI. Ciało pedagogiczne, składające się z żywych ludzi, którzy mieli za zadanie nauczyć nas. Nauczyć czego? Życia? Czy tylko regułek, dat, wierszyków, wzorów chemicznych, twierdzeń matematycznych? Co w nas zostaje po skończeniu szkoły, czy dwanaście lat nauki w szkole idzie na marne czy raczej jednak bardzo się nam przydaje. Ciężko jest na to pytanie odpowiedzieć i zapewne każdy będzie miał odpowiedź inną. W tej książce pan Dariusz, polonista z liceum w Łodzi opowiada o sobie jako nauczycielu, swoich relacjach z uczniami, rodzicami, innymi nauczycielami oraz dyrekcją. Opowiada bez ogródek ale również bez żadnego wskazywania palcem. Opisuje różne sytuacje życiowe, które mu się przytrafiły i z pewną ironią i sarkazmem podsumowuje swoje zachowanie jak i zachowanie koleżanek i kolegów z pracy. Obraz jaki wyłania się po lekturze jest jednocześnie zniechęcający do zawodu nauczyciela ale równocześnie pomaga zrozumieć w jaki sposób żyją ci ludzie, którzy w myśl chińskiego czy też naszego ludowego przekleństwa “obyś cudze dzieci uczył” właśnie to robią. Nauczyciele jak ludzie – są różni jednak po iluś tam latach można powiedzieć, że wykształcają cechy typowe dla swojego zawodu: kłótliwość, chęć dyrygowania wszystkimi i przedwczesne starzenie się. Jest jeszcze kilka innych motywów, ale nie chce mi się o nich pisać. Napisałem wcześniej, że obraz nauczycieli może być zniechęcający miałem na myśli fakt, że istotną kwestią jaka przewija się bardzo często przez stronice książki to kwestia zarobków i nauczycielskich pensji, które są naprawdę marne. A odpowiedzialność jaką często biorą na siebie nauczyciele powinna być sowicie wynagradzana. Chętkowski nie daje odpowiedzi jak być dobrym nauczycielem, jedynie opisuje sytuacje, wytyka nieprawidłowe postępowanie i jak mantrę powtarza, że błędy popełnia każdy ważnym jest aby z tych błędów wyciągnąć naukę i starać się następnym razem postąpić inaczej.

Ogólnie książkę określiłbym jako bardzo “życiową” to znaczy odnoszącą się do sytuacji, które mogą spotkać nie tylko nauczycieli. Oczywiście większość sytuacji opisanych w książce to sytuacje ze szkolnych korytarzy, pokoju nauczycielskiego czy też klas. Chętkowski podpowiada jak przetrwać w szkolnej dżungli, jakie stosować metody by wyjść cało lub przynajmniej bez większych obrażeń w przypadku szkolnych konfliktów. Nie bez przyczyny podtytuł książki brzmi “o wojnie wszystkich ze wszystkimi”.

Wrażenia po lekturze raczej średnie, przeczytałem szybko bo i język prosty, i książka to sytuacje opisywane maks na 4 stronach. Powiem tyle, że każdy adept trudnej sztuki pedagogicznej mógłby się z tą lekturą zapoznać. Nie jest to żaden poradnik i nie wolno ślepo według niego postępować ale można tam znaleźć kilka cennych wskazówek. Mnie samemu książka otworzyła oczy na moich belfrów z liceum i podstawówki i wiele rzeczy w związku z ich osobami oraz ich zachowaniem stało się dla mnie jasnymi dopiero teraz. Można nauczycieli lubić, można kochać, można nienawidzić, można tak jak pewna wokalistka grupy zwanej O.N.A. powiedzieć w telewizji co się o nich myśli ale zrozumieć ich można chyba dopiero wtedy gdy samemu jest się nauczycielem.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.