Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘śmierć’

Isaac Marion “Ciepłe ciała”

Posted by charliethelibrarian w dniu 16 Grudzień 2011

Isaac Marion "Ciepłe ciała"

Isaac Marion "Ciepłe ciała"

Będę szczery. Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej książki. Wręcz negatywnie sceptycznie. Przecież historia o zakochanym zombie nie może mieć sensu (tak jakby chodzące żywe trupy również miały sens). Uwielbiam tematykę zombie. Jestem fanem; głównie filmów, ale literaturą nie pogardzę również i w swym zadufaniu uważam się trochę za znawcę tematu. Może nie piszę za dużo o tym na blogu, ale obejrzałem wiele produkcji o żywych trupach. Zarówno tych należących do głównego nurtu jak i totalnie amatorskich badziewi. Dlatego nie mogłem przepuścić tak szeroko i pozytywnie komentowanej książki. Moje wątpliwości budził jedynie właśnie fakt silnej reklamy i dużego rozgłosu.

Wspominałem o moim sceptycyzmie, który był nacechowany mocno negatywnie. Otóż jestem świeżo po przeczytaniu książki. Mój instynkt mnie nie zawiódł. Książka śmierdzi. I to nie obrzydliwą zgniłą wonią rozkładającego się ciała żywego trupka. Śmierdzi przeciętnością, banałem, żenadą i romansem dla nastolatków, którym przejadły się zwyczajne i normalne seriale/książki o zakochanych dzieciakach. Teraz potrzebują zakochanych wampirów i zombiaka to się chyba nazywa, paranormal romance czy cuś. Nosz Dżizas, kurwa ja pierdolę. (Przepraszam najmocniej, alem się uniósł gniewem słusznym). Dobra, zrozumiałbym gdyby to miała być parodia tego rodzaju książek dla nastolatków. Ale ja w tej książce żadnej ironii, gry z czytelnikiem nie zauważyłem (no może poza tym, że trupek nazywał się R, jego miłość Julia:). Wręcz przeciwnie główny bohater (żywy trup), bierze wszystko ŚMIERTELNIE poważnie.

Mamy, więc zombiaka, który pamięta tylko tyle, że jego imię zaczynało się na R. R jak to inni żywi „Martwi” musi od czasu do czasu przekąsić mózgiem żywego człowieka. A bo to dobrze wpływa na gnicie, nie łupie go później w kręgosłupie i ogólnie gazy gnilne łatwiej się wypuszcza. Żywy, jeszcze cieplutki mózg to również niezła jazda. Prawie jak po grzybkach. „Martwi” spożywają go by, choć na chwilę przypomnieć sobie jak to jest mieć wspomnienia i czuć emocje. R nie jest typowym zombie. Nie chce jak wszyscy chodzić do Kościoła zombiaków, niechętnie poluje, (ale jak już to robi to jest najlepszy), słucha sobie w samolocie Franka Sinatry i ogólnie jak na gościa, któremu gnije mózg jest bardzo elokwentny i posiada spory zasób wiedzy. Podczas jednej z wycieczek obiadowych zjada mózg jakiegoś żołnierzyka. Po czym przyprowadza do siedziby „Martwych” żywą dziewczynę tegoż żołnierzyk. Od tego czasu R. zaczyna się zmieniać, Julie (to ta uprowadzona żywa dziewczyna) również dostrzega w nim „ludzia”, a nie tylko chodzące martwe ciało. W R. rodzą się już nie tylko larwy muchy plujki, ale również (uwaga będzie mocne słowo) UCZUCIA. I tak oboje rozpoczynają batalię o zmienienie świata, który jest skostniały w swej formie i skończony. Pragną dla wszystkich – zarówno dla ludzi i martwych ludzi: równości, wolności, przyszłości. Z domkami na przedmieściach, dobrą pracą, wakacjami na Florydzie i darmowymi kuponami do McBrainu. Nic nie wspominają o darmowym pochówku, ale martwym ludziom ten postulat chyba nie jest potrzebny do prawdziwego szczęścia. Książka kończy się oczywiście happy endem. Już widzę hicior kinowy z jakimś przystojnym aktorem w roli gnijącego amanta (to się na pewno dobrze sprzeda).  Już kręcą, a gnijącym amantem ma być niejaki Nicholas Hoult.

Po „Ciepłych ciałach” niczego się nie spodziewałem. Jedyną zaletą tej książki jest fakt, że bardzo szybko i w miarę dobrze się czyta. Pisarzowi nie mam nic do zarzucenia, jeśli chodzi o styl pisania. Ale cała ta historia jest dla mnie z mózgu wyssana. Jeśli chodzi o żywe trupy wolę te biegające, powłóczące nogami i jęczące „Brainzzzz! Must eat Brainzzzz!” Albo najlepiej tylko warczące. Nie chcę wykładu o miłości od kolesia, któremu gnije fiutek i śledziona wypada przez dziurę w brzuchu. Widocznie nie jestem już nastolatkiem, (co za odkrycie! Charlie zasługujesz na Nobel Prize) i stoję po stronie konserwy, która nie potrafi zaakceptować tego, że dwójka młodych ludzi, z czego jedno jest martwe, lecz na chodzie, może zapałać do siebie uczuciem gorącym jak w tragedii Szekspira. Zostawiam tę książkę nastolatkom. I muszę na odtrutkę obejrzeć dziś jakiś horror z zombie, które żrą ludzi, aż im (tym zombie) szczęki pękają.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Stanisław Lem “Szpital przemienienia”

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Grudzień 2011

Stanisław Lem "Szpital..."

Stanisław Lem "Szpital..."

Coraz bardziej wsiąkam i zanurzam się w Lemie. Skończyłem właśnie jego pierwszą książkę napisaną ponad sześćdziesiąt lat temu. U Lema nie ma znaczenia jak dużo wody w Wiśle upłynęło, jego proza wciąż się podoba, wciąż intryguje i zmusza do zastanowienia się nad naszym życiem, krajem, światem, losem. „Szpital…” to historia młodego lekarza, który zostaje zatrudniony w sanatorium dla psychicznie chorych, gdzieś na świętokrzyskim zadupiu. Niby nic takiego, ot młody pan doktór i jego pierwsza posada. Jednak Stefan Trzyniecki rozpoczyna pracę w kraju, przez który właśnie przeszła zawierucha wojenna. I w tym kraju, który utracił niepodległość i uległ niemieckiemu okupantowi istnieje szpital dla wariatów, który zdaje się być punktem zawieszonym w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Owszem plotki o łapankach i wywózkach dochodzą do pracowników. Traktowane są jednak jako przerażające i odległe echa innego świata. Znacznie bardziej dają się we znaki trudności z zaopatrzeniem szpitala w leki i jedzenie. Poza tymi ograniczeniami życie w sanatorium płynie „normalnym” i „zwyczajnym” trybem. O ile można użyć takich słów w przypadku domu wariatów. Stefan jest bystrym obserwatorem i wraz z nim poznajemy zarówno personel szpitala, który stanowi dość szerokie spektrum różnorakich osobowości, od doktora Kautersa, który trzyma książki oprawione w skórę z wewnętrznej strony kobiecych ud, po doktora Marglewskiego, usilnie starającego się wykazać, że geniusze to w istocie szaleńcy. Pacjentów tego ośrodka również poznajemy dzięki Stefanowi. Różni wśród nich są wariaci. Czy też bardziej poprawnie psychicznie chorzy. I tak mijają nam dni. Wraz ze Stefanem dyskutujemy z poetą Sekułowskim na temat życia, człowieczeństwa, wiary, sztuki. Wszystko toczy się zwyczajnie, aż do wstrząsającego i makabrycznego końca. Końca, który zafundowali obłąkanym Niemcy. Lem oddał mistrzowsko atmosferą ostatniej nocy przed przyjazdem plutonu egzekucyjnego. Chaos, panikę, Armagedon w szpitalnych salach. Rozpaczliwe próby ratowania bardziej „zdrowych”. Bezsilność w obliczu śmierci, przerażenie i strach przed agonią. Tchórzostwo i bohaterstwo okazane przed oprawcami. Ostatnie kilkanaście stron powieści to istne pandemonium.

Lem okazał się dla mnie świetnym pisarzem realistycznym. Scena operacji na otwartym mózgu została oddana tak wiernie i plastycznie, że dosłownie stanęła mi przed oczami. Dodatkowo piękny i interesujący styl pisania.

„Potem w biel przesączyło się nieco złota; nastąpił niepokój, potworzyły się perłowe wiry, aż tuman chmur rozciągnął się po horyzont, ścieńczał, opadł, a z pękających chmur łysnął dzień, lśniący jak nagi owoc kasztanu”.

Piękne czyż nie? Było takich opisów świata znacznie więcej.

Nie sposób mówić o tej książce i nie wspomnieć faktu, że Lem napisał ją w 1948. Było to tuż przed ogłoszeniem socrealizmu głównym i jedynie słusznym prądem artystycznym. Lem opowiadał później, że został zmuszony do napisania dalszych części, które nie będą tak kontrrewolucyjne i będą zawierać więcej elementów słusznej walki klas. I tak „Szpital przemienienia” stał się pierwszym tomem trylogii „Czas nieutracony”. Lem stanowczo odciął się później od dwóch tomów i zabronił ich wydawać. Ja mam wydanie z 1955 gdzie jest trylogia. Przeczytam sobie z czystej ciekawości, co też mistrz i jego krytycy tam nawypisywali. Bo „Szpital przemienienia” uznany został za książkę zbyt wywrotową i godzącą w socjalizm. Nic dziwnego, skoro Lem pisze (wkładając słowa w usta Sekułowskiego): „[…] a jeżeli chodzi o teorie rewolucyjne, nędzarze nie mają czasu na takie rzeczy. Tym się zawsze zajmowali renegaci pasibrzuchów. Ludziom jest zresztą zawsze źle.” Jak można tak pisać w czasach, gdy rewolucja socjalistyczna buduje Nową Polskę. Zresztą książkę Lemowi wydali dopiero po siedmiu latach.

Zamierzam również przypomnieć sobie film Edwarda Żebrowskiego „Szpital przemienienia”. Pamiętam go jak przez mgłę.

„Szpital przemienienia” to książka napisana z klasą. Kto zna późniejsze książki Lema, nie będzie w żaden sposób zawiedziony czy rozczarowany. Jest książką inną od późniejszych, ale widać w niej światły i niezwykły umysł pana Stanisława. Polecam gorąco.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

Łukasz Śmigiel “Decathexis”

Posted by charliethelibrarian w dniu 14 Listopad 2011

Łukasz Śmigiel "Decathexis"

Łukasz Śmigiel "Decathexis"

Zacznę od tego, że chciałem podziękować Cedro za książkę, którą wygrałem w TYM konkursie. To bardzo miłe.

Czy moi drodzy boicie się Śmierci? Nie lubicie tej kostuchy z kosą, co to zabiera nas nie wiadomo gdzie? Bo ja jej nie lubię. Nie lubię jej bardzo. I chyba się boję. Może dlatego oglądam te horrory klasy ziet, żeby ją trochę ośmieszyć i sprawić, że będzie wyglądała głupio. A co by było gdybym żył w świecie, gdzie Śmierć jest religią panującą i każdy aspekt życia poświęcony jest przymilaniu się (w przeciwieństwie do naszego kościotrupa) tej ładnej damie z kosą. Świat Kierkegaardu jest właśnie miejscem, gdzie ludzie czczą Śmierć. Jest ona Królową wszystkiego. Cały przemysł, gospodarka, kultura i obyczaje poświęcone są Morii. Jeśli coś idzie nie tak, to na pewno Moria się gniewa. Trzeba, więc rozerwać na strzępy jakiegoś starca w ramach Mordu Kolektywnego. A jeśli będziemy należeć do sekty cierpiętników to na pewno się ucieszymy, że po naszej śmierci trafimy w brzuchy naszej rodziny, a naszego peniska zjedzą wdowy po nas. Cmentarze i wszechobecne nagrobki to niepodzielnie panujący w stolicy Kierkegaardu Kirkucie trend architektoniczny. Ale niech Was nie przerażają mroczne rytuały, które odprawiane są przez kapłanów Morii. Nie bójcie się rozszarpania żywcem przez dziki tłum w ramach Mordu kończącego tydzień pracy. Nie bójcie się dopóki nie jesteście starzy i chorzy. Wtedy raczej na sto procent traficie na listę loteryjną, a później wasze ciało zostanie rozerwane na drobne cząsteczki, które zostaną zabrane na pamiątkę. Nie bójcie się tego. Bo wbrew pozorom „Decathexis” nie jest książką ponurą i smutną. Te wszystkie rytuały, tortury i obrzydliwości mają za zadanie uświadomić żyjącym, że żyją! I nawet oblizywanie stóp rozkładającemu się trupowi, jest w jakiś sposób chorą, wypaczoną afirmacją życia. Bo wbrew pozorom w tym świecie naznaczonym śmiercią ludzie trzymają się życia i choć nie jest to powiedziane wprost, to lubią życie. Boją się do tego przyznać, bo w końcu mają tradycję, tysiącletnie rytuały, które do tej pory się sprawdzały. Na szczęście idzie nowe! Nauka i postęp cywilizacyjny głoszący upadek starego, okrutnego systemu! Światłość i para zawładną królestwem Kierkegaardu, a zabobon i ciemnota odejdą w zapomnienie! Na czele zmian stoi młoda królowa, która przy pomocy zakochanego w niej młodego tanatologa  Jona Pendergasta wprowadzi królestwo na drogę postępu i cywilizacji. Jednak zaplute karły Morii nie śpią i szykują bardzo niemiłą niespodziankę postępowcom.

Książka jest świetna! Czytało mi się bardzo dobrze. Bawiłem się setnie poznając szalone pomysły autora dotyczące wykorzystania różnego rodzaju mitów, legend, religii w stworzeniu świata Kierkegaardu. Świetny język, bardzo plastyczny i sugestywny odmalował mi świat, w którym po ulicach paradują dżentelmeni niczym w wiktoriańskiej Anglii, a jednocześnie na placyku miejskim odbywa się egzekucja w stylu prymitywnego plemienia. Obrazy tortur, gnijących ciał, morderstw były bardzo wyraziste, jednocześnie napisane w taki sposób, że nie odrzucały zbytnio. Zresztą książka to solidna mieszanka horroru, kryminału, powieści przygodowej, powieści fantasy i Bóg wie czego jeszcze. Wyszło to książce na dobre, ale daje się odczuć, że to jest bardzo silny miks.

Nie jest jednak tak, że książka „Decathexis” nie jest pozbawiona wad. Czego mi brakowało? Zakończenie! Troszkę mnie rozczarowało, nastąpiło zbyt szybko i co prawda dało otwarcie na następny tom i kontynuację przygód Pendergasta, ale było zbyt oczywiste i trochę nachalne wręcz. Zresztą do pewnego momentu wszystko rozwija się fajnie, dzieją się interesujące rzeczy i nagle wszystko przyspiesza. Zbyt przyspiesza. Ja chciałbym mieć okazję lepiej poznać Jona, poznać również fascynujący świat Kierkegaardu. Autor nie dał mi tej szansy w takim stopniu, w jakim chciałbym. Nie można mieć wszystkiego:)

Polecam gorąco! Ciekaw jestem następnego tomu, jeśli się pojawi. I jeszcze raz dziękuję Cedro:)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Joanna Olczak-Ronikier “Korczak: Próba biografii”

Posted by charliethelibrarian w dniu 2 Listopad 2011

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Korczak w moim życiu funkcjonował do tej pory na zasadzie postaci mitycznej, znanego pedagoga, który zginął wraz z dziećmi, którymi się opiekował. Taki obraz wyniosłem ze szkoły. Sąd dziecięcy, nowatorskie metody wychowawcze, heroiczna śmierć i „Król Maciuś Pierwszy”. Taki schematyczny i bardzo płytki obraz Janusza Korczaka funkcjonował w mym umyśle. Och! Naiwności niemalże dziecięca, która sprawia, że spłycamy i upraszczamy tak wiele rzeczy. Na szczęście warto się Ciebie pozbywać dzięki lekturom takich książek jak opisywana poniżej.

Najsmutniejsza książka jaką przyszło mi czytać od bardzo dawna. Przeczytałem dzieje życia Korczaka z wciąż obecną w zakamarkach mego umysłu świadomością losu, jaki go spotkał. Nie udało mi się odciąć od tej wiedzy. I nawet wtedy, gdy autorka prowadziła mnie przez jego lata dziecięce z ojcem i matką, którzy jako Żydzi, walczyć musieli o uznanie w polskim środowisku. Nawet wtedy, gdy autorka poruszała interesujący moim zdaniem epizod w życiu Korczaka, który polegał na włóczeniu się po najgorszych melinach Warszawy, picia wódki z szemranym towarzystwem, nawet wtedy wciąż widziałem finalną scenę z filmu Wajdy. Świadomość końca Korczaka nie opuszczała mnie również, gdy czytałem o jego sukcesach, spełnianiu się marzeń, sławie literata, sukcesach pedagogicznych i naukowych. Zresztą sama autorka nie pozostawia nam żadnych złudzeń, co do przyszłości. Nawet w chwilach szczęśliwych, opisach dzieci, które wreszcie mogą się cieszyć życiem czai się widmo Zagłady.

W tej próbie biografii pełno jest ludzi ważnych dla Polski, ważnych dla naszej historii. Niektóre postacie nakreślone zostały bardzo wyraziście i mocno. Pełno jest również ludzi, których można określić jako ziarna, które zmielone zostały przez żarna młyna historii. Gdyby nie „Pamiętnik” i inne pisma Korczaka nikt nie pamiętałby o dzieciach, które zginęły straszną śmiercią tylko dlatego, że były małymi żydkami. Nikt nie znałby ich imion i cech, które na zawsze zostały uwiecznione przez pióro i ołówek Korczaka. I to jest w tej książce najbardziej wzruszające.

Podziwiam autorkę za styl, w jakim napisana i opowiedziana jest historia Korczaka, czyli Henryka Goldszmita. Jest rzeczowy i spokojny, ale nie suchy i beznamiętny. W sposób wyciszony i nie natarczywy prowadzi nas autorka przez kolejne siódemki lat życia pedagoga. (Ważny motyw w życiu Korczaka, który podzielił swe losy na okresy siedmioletnie). Przy okazji poznajemy świetnie nakreślony obraz społeczeństwa polskiego i problemów, które dotykały zasymilowanych Żydów. Korczak również stykał z nienawiścią i antysemityzmem, który w Polsce tuż przed wojną osiągnął naprawdę spore rozmiary. Jego reputacja wybitnego pedagoga, literata często przegrywała z atakami antyżydowskich środowisk. Dodatkowe nieprzyjemności powodował fakt, że należał do loży masońskiej (kolejna ciekawostka z życia Korczaka, o której nie miałem pojęcia). Wszystkie ataki brał na siebie i obracał na swą korzyść z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru.

Czytałem tę książkę i byłem wzruszony. Czytałem tę książkę i byłem pełen podziwu dla siły Korczaka. Czytałem tę książkę i byłem przerażony. Czytałem tę książkę i byłem pełen bezsilnej złości na świat i ludzi. Czytałem tę książkę i obiecywałem sobie, że będę lepszym człowiekiem.  Czy coś z tych obietnic składanych samemu sobie zostanie zrealizowanych? To będę wiedział tylko ja, ale jak mawiał Stary Doktor w marzeniach tkwi siła.

 

P. S. Wybrałem zdjęcie okładki bez obwoluty, moim zdaniem lepiej wygląda. Bardziej pasuje do treści.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

This is Halloween…

Posted by charliethelibrarian w dniu 31 Październik 2011

Przepraszam za tytuł, ale cóż poradzić. Dziś Halloween i wszyscy coś piszą o tym święcie. Ja też coś tam skrobnę:) Zalała nas ta amerykancka popkultura i dziś nikt nie pamięta o co 31 pażdziernika chodziło, a tym bardziej o co chodziło naszym słowiańskim przodkom w tym dniu. Ja tam ortodoksem nie jestem i Halloween mi samo w sobie nie przeszkadza (dobra okazja do urządzenia przebieranej imprezki), ale jakbym zobaczył dzieciaka pukającego do mych drzwi i mówiącego “Cukierek albo psikus” to raczej dostałby ode mnie psikusa…

Dobry skecz kabaretowy o adaptowaniu obcych kulturowo zwyczajów do naszego słowiańskiego podwórka:

Nie będę w dzisiejszym wpisie bronił naszych słowiańskich Dziadów przed amerykańskimi Jack-o’-lanternami (jak gdyby ktoś nie wiedział to są wydrążone dynie  ze świeczkami), chciałem tylko podzielić się z Wami moimi ulubionymi motywami na Halloween.

Najlepszą dla mnie rzeczą na Halloween są specjalne odcinki Simpsonów popularnie nazywane “Treehouse of Horror”. Ten przecudowny miks najbardziej znanych i rozpoznawanych motywów z popkultury lub obecnie popularnych filmów, seriali podany w groteskowej formie jest dla mnie ucztą samą w sobie. Jest już tego ponad dwadzieścia odcinków i polecam każdy!

Horrory, horrory, horrory – bez tego nie da się przeżyć porządnego Halloween:) Czy wspomniałem już o horrorach? Jeśli nie to wspominam teraz. Niezłą listę horrorów na Halloween możecie znaleźć na blogu Horror Story Reborn. Ja ze swej strony uwielbiam post apokaliptyczne klimaty, zwłaszcza jeśli dominującymi bohaterami są zombiaki. Jednym z najlepszych filmów dla mnie, które  utrzymane są w tej konwencji jest “28 dni później” (co prawda nie ma tam zombiaków, ale to akurat nie ma najmniejszego znaczenia).  Z kolei nie przepadam za slasherami, w których krew i flaki latają zupełnie bez sensu (rzeczywiście chodzące żywe trupy na pewno mają więcej sensu). Oczywiście nieśmiertelne “Martwe zło” – wszystkie części. Pierwszy raz obejrzane na spiraconej kasecie VHS o okropnej jakości. Bogiem a prawdą – gdyby nie pirackie kasety video, to nasz naród miałby ogromne tyły jeśli chodzi o filmy z Zachodu. Jakoś nie przepadam za azjatyckim kinem grozy – wydaje mi się zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla mnie. Znajdzie się oczywiście kilka fajnych rzeczy. Mógłbym Wam tutaj wymieniać film za filmem, nie widzę w tym sensu zbytniego, gdyż rzeczy z gatunku horror jest mnóstwo. Makabra przyciąga magnetyczną siłą. Rynek horrorów obfituje w przeogromne ilości filmów, książek, komiksów, gier i muzyki. (Odzywa się moje wrodzone leni.. tfu.. chciałem powiedzieć wrodzona dbałość o czytelnika, coby go nie przeładować nadmiarem materiału.)

Zmieniając temat, teraz piosenka, która ostatnimi czasy gości bardzo często w moich głośnikach. Najpierw dam cover. Oryginalny utwór pochodzi z filmu według scenariusza Tima Burtona “Nightmare before Christmas” po naszemu “Miasteczko Halloween“, cover natomiast z płyty “Nightmare revisited”:

A macie też oryginał:

Fajne prawda:)

Żaby nie było tak zupełnie amerykancko, bo przecież jestem Słowianinem, jak śpiewał Spięty z Lao Che. Słowianinem oraz bibliotekarzem dlatego podzielę się z Wami niewielką ilością informacji z czasopisma o przepięknym tytule “Przyjaciel Ludu” z roku 1839. Informacje będą dotyczyć wierzeń ludowych dotyczących złych duchów.

Na początek moi drodzy tradycyjna mora albo zmora. Cóż to straszydło robi biednym wieśniakom? Ano to:

MORA

MORA

Paskudna ta mora była, że hej! Popadła jednak w zapomnienie i dziś nikt dzbanuszków ciastem nie oblepia. W przeciwieństwie do mory następny stwór ma się wśród popkultury doskonale, tylko metody jego rozpoznania ciut się zmieniły. Psze państwa WILKOŁEK!

WILKOŁEK

WILKOŁEK

Dziś Wilkołek nazywa się troszku inaczej, jednak jego potworność nie uległa zmianie. Nie do końca zrozumiałem instrukcje dotyczące wykrywania tych paskudników. Kogo mam obnieść? Wilkołeka czy bochen chleba? Czego mam nie przewracać? Skórki chleba, którą trzymam w ustach? Pomóżcie! To bardzo ważne! Zamierzam sprawdzić tą metodą czy pewien nieuprzejmy, mrukliwy i warkliwy czytelnik nie jest czasem wilkołekiem! Następny stwór to WIŁ! (przepraszam, że w dwóch zdjęciach, inaczej się niestety nie dało).

WIŁ

WIŁ

WIŁ DWA

WIŁ DWA

Nie jest taki najgorszy ten wił. Tylko strasznie upierdliwy. Znam kilku takich, co to się od człowieka nie odczepią i żyć nie dadzą. Tylko metody nękania trochę inne. Dzwonią co chwila i wcisnąć próbują jakiś badziew. Wił to przynajmniej niczego nie wciskał, tylko se stał i stał. A teraz KANIA!

KANIA

KANIA

Ach! Okrutna Kanio co dzieciaczki z wiejskich pól porywałaś! Na szczęście już nie straszysz polskich wieśniaków i przeminęłaś z wiatrem i obłokami!

Niestety to wszystko moi drodzy czytelnicy. Zdaję sobie sprawę, że zaledwie poruszyłem czubeczek góry lodowej, jeśli chodzi o horror. Tfu! Ja nawet nie zacząłem poruszać niczego! Przyznaję się bez bicia, że tego jest zbyt dużo i zwyczajnie nie ogarniam. Nawet teraz przez mój umysł galopują konie pomysłów i nie mam jak ich powstrzymać. Chciałem tylko Wam napomknąć w tę noc strachów, że ludziska bali się od zawsze i wyobraźnie mieli równie bujną dawniej co teraz. Niedługo północ, duchy i zmarli są o tej porze pełne i pełni pałeru. Dlatego bójcie się! Na koniec filmik sprzed roku, ale mam nadzieję, że nie widzieliście:

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Warsaw Uprising…

Posted by charliethelibrarian w dniu 1 Sierpień 2011

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię uderzać w patetyczne tony. Nie lubię rozdzierania szat i rozpamiętywania klęsk. Jednak ta rocznica jest zbyt ważna, by o niej nie wspominać.

W sieci można znaleźć naprawdę mnóstwo wspaniałych rzeczy dotyczących tego Powstania.

Ja chciałem tylko przekazać drobną część.

Nie będę tutaj dyskutował o Powstaniu, chcę tylko pokazać, w jak różny sposób internauci przypominają tę rocznicę.

Chciałem tylko powiedzieć, że powstaje coraz więcej akcji upamiętniających to wydarzenie w sposób nie patetyczny, nie nudny ale bliski codziennemu życiu.

Muzeum Powstania Warszawskiego odgrywa tutaj ogromną rolę i akcje jakie przeprowadza Muzeum zyskują moje pełne poparcie i uznanie.

Wystarczy zajrzeć na ich stronę: 1944.pl.

Czego tam nie ma: Powstańcza Masa Krytyczna, spotkania z dzieciakami.

Zaproszenie na grę miejską inspirowaną Powstaniem: www.klisza.1944.pl. Coś dla mnie! Szkoda, że nie dam rady być w Warszawie szóstego sierpnia.

 

I akcja, która mnie powaliła na kolana. Zaprzęgnięcie rzeczywistości rozszerzonej tzw. augmented reality, do tego aby przybliżyć warszawiakom rzeczywistość powstańczą. Coś niesamowitego!

 

I takie żywe, angażujące ludzi akcje sprawiają, że lepiej poznamy prawdziwe oblicze Powstania. Natomiast historykom zostawmy spory.

Polecam kanał Muzeum na Youtubie. Warto poświęcić chwilkę i przejrzeć materiały tam zamieszczone. Są niesamowite.

Jeden kawałek z tegorocznego wydarzenia muzycznego jakie odbyło się 29 lipca.

 

Jest jeszcze coś na co czekam z niecierpliwością: Hardkor 44, czyli film o Powstaniu ze stajni Tomasza Bagińskiego.

 

Może na razie wystarczy tej oficjalnej strony dotyczącej Powstania. Trochę materiałów dostępnych na Youtubie:

Dziwne ale Johnny Cash pasuje bardzo dobrze do zdjęć skompilowanych przez tego użytkownika. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, bo warstwa tekstowa raczej już nie za bardzo.

Trochę inne spojrzenie na powstańcze piosenki:

Przyznam się szczerze, że dostaję dreszczy, gdy słyszę dzieciaki śpiewające te piosenki, tematyka niezbyt dziecięca. Moim zdaniem zbytnio hardkorowe zestawienie. Ale piosenki są świetnie zrobione.

Zespół Raz Dwa Trzy:

Świetna aranżacja.

A teraz mariaż wydawałoby się raczej nie do pogodzenia, ale mnie się podoba:

Całkiem fajnie im to wyszło.

 

Teraz dla kontrastu oryginał:

 

I jeszcze nieśmiertelny Jacek Kaczmarski:

 

Jak już wspominałem bogactwo materiałów jest ogromne. Zachęcam do szperania, czytania, oglądania. Korzystajmy z błogosławieństw SIECI.

 

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Jan Tomasz Gross “Złote żniwa : rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Czerwiec 2011

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Ta książka jeszcze przed jej oficjalnym ukazaniem się wzbudziła ogromne emocje. Cóż trudno nam Polakom przyjąć do wiadomości, że nasi rodacy mogli zachowywać się jak skurwysyny i zabijać, okradać, gnębić Żydów podczas drugiej wojny światowej. Przecież cała nasza martyrologia z okresu drugiej wojny światowej to walka z Niemcami i bycie tymi dobrymi. Po ukazaniu się książki nie było lepiej, akcja wydawnictwa Selkar, z zawyżaniem ceny książki, oblepianie księgarni sprzedających książkę informacjami jakoby te firmy były antypolskie. Gorące emocje były, oj były. A jak zwykle w naszym społeczeństwie najgłośniej krzyczeli ci, którzy pewnie książki nie przeczytali. Na biblionetce, z której korzystam, książkę oceniło zaledwie dwudziestu kilku użytkowników. Kolejny raz media rozdmuchały sprawę, ludzie się burzyli z zasady, a większość nie podjęła trudu przeczytania.

Od czego by tu zacząć? Hmm… może od tego, że “Złote żniwa” to książka słabo napisana. Naprawdę, widać marny warsztat autora jeśli chodzi o narrację, budowanie napięcia, styl. Czytając niemal czułem jak Gross wychodził ze skóry aby pogłębić wrażenie grozy i okrucieństwa. Czułem te starania Grossa ale nie czułem grozy ani okrucieństwa. Naprawdę pan Gross ma słaby warsztat a jego usilne wmówienie czytelnikom jego wrażeń, poprzez użycie słów – widzimy, czujemy, znamy, rozumiemy wcale w tym nie pomagało.

Druga sprawa to tematyka jaką książka porusza, czyli grabież mienia żydowskiego przez Polaków. Nie zajmowania po wojnie, gdy większość prawowitych właścicieli nie żyła, ale właśnie w trakcie. Bogacenie się na ukrywaniu Żydów, mordowanie i okradanie uciekinierów. Cóż uważam się za człowieka, który trochę zna historię i wiedziałem, że takie rzeczy miały miejsce. Ta książka nie była dla mnie szokiem ani zaskoczeniem. My Polacy jesteśmy wychowani w poczuciu, że to nasz Naród był tym szlachetnym i nie splamił się nigdy takimi podłościami jak Niemcy. A szmalcownictwo i wydawanie ukrywających się Żydów to przypadki z marginesu. Gross podaje KILKA przykładów z wiosek i z uporem maniaka stara się rozszerzyć to na wszystkich. Mamy podane źródła historyczne świadczące o okrutnych czynach jakie popełniali Polacy, i to Polacy będący w lokalnych społecznościach elitą, co dla Grossa oznacza, że pozostali obywatele z elity w innych wsiach też tacy byli.

Punktem wyjścia do książki jest fotografia, na której według autora uwiecznieni zostali kopacze, którzy przeszukiwali okolice obozu koncentracyjnego w poszukiwaniu pozostałości jakicholwek cennych rzeczy. Gross z uporem maniaka powtarza, że ludzie ci to hieny cmentarne najgorszego sortu. Niestety tak naprawdę nie ma żadnych co do tego podstaw. Ale faktem jest, że okolice obozów były przekopywane.

Jest taki fragment w tej książce, który mówi o tym, że Zagłada to była precyzyjna maszyna, i miała wiele “wąskich gardeł” i gdyby ktoś chciał łatwo mógłby sabotować jej działanie. Nie wiem do kogo pije tutaj Gross czy do Niemców czy do pracowników kolei, a może do chłopów polskich. Zagłada to wydarzenie, które nie da się ująć w żadne rozsądne ramy – tutaj zgodzę się z autorem. Kilka milionów ludzi zostało zamordowanych w “fabrykach śmierci”. Kilka milionów ludzi zginęło przy milczącej aprobacie społeczeństw europejskich – to nam chce powiedzieć Gross. Gross czepia się kolejarzy, że wysyłali pociągi do obozów i nic nie zrobili aby sabotować to działanie. Chciałbym zwrócić na coś uwagę – jest taki fragment chyba w “Opowiadaniach” Borowskiego. Dotyczy on wyładunku transportu ludzi z wagonów. Rozdzielającymi transport byli Żydzi. Nagle wybuchła panika i tłum prawie przerwał kordon wartowników. Niemcy, według Borowskiego byli w szoku i nic nie zrobili. Gdyby nie sprawna akcja rozdzielających transport Żydów, którzy przywrócili porządek cały transport mógł uciec. No ale daleko by nie uciekli, bo pewnie chłopi polscy szybko by ich wyłapali (tak napisałby Gross). Nie jestem Żydem, nie widziałem wojny, nie doświadczyłem tego co świadkowie opisywani przez Grossa, więc tak naprawdę nie jestem pewien czy władny jestem wypowiadać się w tym temacie.

Podsumowując książka porusza ważny temat, o którym my Polacy nie chcemy rozmawiać. Robi to jednak w sposób zły jeśli chodzi o styl. Wiem dziwnie to brzmi ale o takich rzeczach powinno się pisać tak aby człowiek czuł coś. Ja tylko czułem narastającą irytację na autora. Książka wzbudziła we mnie niesmak. Nie wydawała mi się żadnym wiarygodnym źródłem wiedzy, choć pełno w niej przypisów do różnych materiałów. Ale pewnie tkwi we mnie zbyt mocno to wychowanie polskie. Książki nie polecam. Chyba, że ktoś chce się dowiedzieć o co był cały ten hałas.

 

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Trupojad: nie ma ocalenia. Antologia.

Posted by charliethelibrarian w dniu 27 Marzec 2011

Trupojad

Trupojad

Horror – Charlie uwielbia, horror – Charlie kocha, horror – Charlie może zawsze i wszędzie :) A dzięki uprzejmości autora bloga o horrorze: horrorstory Charlie otrzymał dwie antologie polskich autorów tego gatunku. Teraz drogie dziatki wasz kochany bibliotekarz Charlie opowie Wam o tym, że Polacy nie kiepy i swoje horrory mają.

Jak to z antologiami bywa, opowiadania często prezentują nierówny poziom i czasem trafi się na perełkę a czasem człowiek pomyśli tylko WTF? Nie inaczej jest w tym zbiorze. Dodatkowo jeśli się dobrze zorientowałem prezentowani autorzy raczej profesjonalistami nie są ale bardzo chcą nimi być. Czasem za bardzo.  Piętnaście opowiadań, piętnastu autorów i autorek, polska myśl horrorystyczna (Firefox podkreślił mi na czerwono – stworzyłem nowe słowo! edit: ktoś napisał tak już wcześniej :( Charlie jednak nie dane Ci wstąpić na Parnas) a więc jedziemy Alleluja i kto w horror wierzy za mną kur*a! Chcecie się bać wiecznie?! Jadymy!

1. Piotr Połubiński: “Z pamiętników obłąkanego grabarza: Trupojad”

Grabarz co to sobie jakieś tajemnicze biznesy na cmentarzu kręci i ma problemy z ghulem, który wyjada mu truposzki i nie sprząta po obiedzie fleja jedna. Czarny humor, cmentarny syf, makabra i obrzydliwy ghoul do tego grabarz, którego zwyczajnie nie lubię – warto, warto! Muchy, muchy, wszędzie muchy!

2. Alicja Getek: “Cyklon”

Następne opowiadanie: very, short story o tym, że lepiej puszczać bąki bo inaczej… (Nie mogę więcej zdradzić bo spieprzę zakończenie). Takie sobie.

3. Daniel Greps: “Pokój”

W następnym opowiadaniu dowiemy się, że lepiej nie kupować mieszkania od emerytek bo to stare wredne baby co zawsze nam jakieś kukułcze jajo podrzucą. Tym razem starucha sprzedała mieszkanie z pokojem, do którego lepiej nie zaglądać bo… możemy się naprawdę przejechać. Opowiadanko całkiem spoko. Chyba je gdzieś wcześniej czytałem, mam takie wrażenie.

4. Robert Cichowlas: “Cierpliwość”

Jak tatuś zabierze do cyrku to nie ma ch”ja w mieście. Oj, czasem tatuś może się nieźle przejechać i niestety zasłuży na karę, która na pewno mu się nie spodoba. Niezłe.

5. Jakub Małecki: “Opowieść oszusta”

Korporacja to zło, praca w korpo niszczy naszą duszę, wyżyma z nas wszystko, wysysa ze szpiku wszystko jak głodny ludożerca. Ale co gdy przyjdzie do nas inne zło, bardziej namacalne, takie kurwa prawdziwe wręcz. Demonica, szatanica czy co tam się w piekle lęgnie. I to zło będzie miało dla nas bardzo interesującą ofertę? NIE PODPISUJMY NICZEGO bo ze złem jak z bankami – i tak na końcu zostaniemy wyruchani w dupę bez mydła! Świetny pomysł, super napisane, podobało się Charliemu bardzo!

6. Robert Wieczorek: “Melodie naszych sąsiadów”

Peerelowskie bloki doskonale przewodzą dźwięki, lepiej jednak nie słuchać co gra w duszach naszych sąsiadów bo możemy od tego sfiksować i to całkiem porządnie. Ujdzie nawet bardziej niż ujdzie.

7. Krzysztof Gonerski: “Prezent”

Jak się ma męża seryjnego mordercę to się nie może skończyć dobrze… Bardzo takie sobie.

8. Tomasz Duszyński: “Zniknięcie”

Tajemnicze zniknięcia, bla bla bla, prywatny detektyw, bla bla bla, rejs luksusowym statkiem, bla bla bla, krąg wzajemnych podejrzeń, bla bla bla, niemiłe zaskoczenie na koniec, bla bla bla. Oj, mocno to przegadane a pointa taka średnia i opowiadanie też średnie.

9. Paweł Pietrzak: “Szczelina”

Peerelowskie bloki mają swoje lata i czasem zdarza się, że pojawi się w nich szczelina, z której mogą wyjść pewne niezbyt przyjemne rzeczy. Ujdzie.

10. Tim Borys: “Renowator”

Stare meble często zawierają w sobie coś więcej niż tylko stetryczałe korniki. A jeśli jeszcze należały do mistrza horrorów może z tego wyjść niezły bajzel. Interesujące, ciekawe, fajne.

11. Aleksandra Zielińska: “Wierna rzeka”

Światy żywych i umarłych często mylą się zarówno jednym i drugim a granica, która je oddziela czasem może być niezbyt szczelna. Fajny pomysł, trochę oczywiste ale niezłe.

12. Radosław Kowalik: “Moja lewa ręka”

Jestem poczytnym pisarzem, zawsze piszę prawą ręką, jak sobie złamię prawą rękę to będę musiał pisać lewą a wtedy… Nie podobało mi się zupełnie, przewidywalne i jakoś tak dziwnie napisane.

13. Anna Szczęsna: “Z miłości do ciała”

NEKROFILIA – BŁE, FUJ!

14. Wiesław Karasiński: “Obowiązek szkolny”

WTF? (Mam nadzieję, że to wystarczy za komentarz).

15. Paweł Paliński: “Na południe od wtedy, na północ od teraz”

Jak cię biją przez całe życie i jesteś pośmiewiskiem w dzieciństwie to później będziesz chodził i mordował ludzi! Nie daj się – oddawaj w dzieciństwie bo później pozbawisz życia wielu ludzi. Takie sobie.

Ogólnie wrażenia po lekturze pozytywne, potencjał w narodzie jest i horror w Polszcze ma się dobrze. Przy niektórych opowiadaniach zwyczajnie nie chciało mi się nic więcej pisać – górę bierze wrodzone lenistwo. Lekturka szybka w miarę przyjemna. A i wiem, że ciężko uznać za recenzję tekst w stylu: niezłe, takie sobie, dobre ale dziś tak będzie i już! Merytoryczne argumenty zostawiam na dyskusje na poważne tematy takie jak: czy Wyborowa lepsza jest od Czystej Żołądkowej De Luxe czy nie?

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Jerzy Kosiński “Malowany ptak”

Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Luty 2011

Jerzy Kosiński "Malowany Ptak"

Jerzy Kosiński "Malowany Ptak"

Łoj, będzie o książce, która ma w Polsce złą sławę. Podobnież jest na wskroś antypolska i składa się z samych oszczerstw wymierzonych w naród polski, polską wieś oraz Bóg wie co jeszcze polskiego. Taką złą sławę zyskał “Malowany…” w latach sześćdziesiątych czyli po publikacji. Zyskał tylko w Polsce, bo za granicą książka odniosła ogromny sukces. Zresztą została tam wydana, bo autorem co prawda jest Polak ale na stałe mieszkający w Stanach Ju Es Ej. Opinia o książce jako antypolskiej skutecznie blokowała przekład i wydanie “Malowanego…” w kraju. Nic więc dziwnego, że Polacy mogli książkę w oficjalnym obiegu przeczytać dopiero w roku 1989 a więc prawie dwadzieścia pięć lat po publikacji.

Krótko o fabule książki, chociaż może nie o fabule bo książka nie posiada fabuły w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Książka to wspomnienia chłopca zmuszonego przez wojenną zawieruchę do poniewierki wśród zapadłych kresowych wiosek. Sam chłopiec pochodzi z żydowskiej rodziny i ma zaledwie 7 lat gdy zmuszony jest tułać się po świecie. Nie wie gdzie są jego rodzice a kolejni “opiekunowie” nie darzą go zbytnią “sympatią” traktując jako cygańskiego podrzutka. Opowieści chłopca to prawdziwy Hardkor przed duże H, duże A, duże R, duże D, duże K, jeszcze większe O i duże R. (Napisałem to po polskiemu bo tak jakoś fajniej brzmi). Okrucieństwo, goni okrucieństwo a barwne opisy krzywd jakich chłopiec zaznaje od wielu ludzi sprawiają, że książka niemal spływa krwią i pokrywa się siniakami. Nienawiść objawiająca się fizycznym znęcaniem się nad “cygańskim ścierwem” jest zupełnie bezzasadna i wynika moim zdaniem z obawy przed innym. Innym, który może sprowadzić nieszczęście zarówno na pojedynczego człowieka jak i na całą społeczność. Sam chłopiec zdaje sobie sprawę jak bardzo różni się od mieszkańców wiosek, przez które zmuszony jest wędrować. Podziela on wiarę zabobonnych chłopów w swoje nieczyste i demoniczne moce. Jego przygody poniekąd potwierdzają tę tezę. Nigdzie nie zagrzeje miejsca na dłużej, zawsze musi się coś stać, wypadek, morderstwo, bójka, które zmuszają go do ucieczki i dalszej tułaczki.

Książka jest pełna opisów zabobonów jakie panują wśród chłopów. Opowieści o duchach, strzygach, demonach walczących na Ziemi zapełniają chłopskie chaty wieczorami. Chłopi wierzą w magiczne napary przygotowywane z najbardziej obrzydliwych składników. A jednocześnie chodzą do Kościoła i modlą się da pana Boga za piecem albo koło łóżka, wszystko jedno gdzie się modlą. Czytając niektóre fragmenty dotyczące przesądów, czułem się jakbym czytał o jakichś afrykańskich plemionach, które sobie gdzieś tam żyją nieodkryte lub ledwo tknięte przez cywilizację. Chłopiec tak samo jak chłopi wierzy we wszystkie możliwe zabobony.  Cały czas stara się poznać tajemnicę świata i przyczynę takiego a nie innego porządku. Często zastanawia się skąd biorą się zło, nienawiść i niesprawiedliwość. Dlaczego silni wyzyskują słabszych i w jaki sposób stać się owym silnym, który będzie mógł gnębić słabeuszy. Raz pełen podziwu jest dla Niemców, którzy potrafią konstruować miny o wielkiej sile rażenia, innym razem z całych sił modli się do Boga bo wierzy, że modlitwa zapewni mu odpust od win już w tym świecie. Kiedy okazuje się, że Bóg raczej jest zajęty czymś innym, chłopiec swoją  duszę zwraca ku złemu czyli Szatanowi. Jednak Szatan to pikuś w porównaniu z wielkim wodzem ludzkości niejakim Józefem S. tak więc dzieciak staje się głęboko i żarliwie “wierzącym” komunistą. Ewidentnie widać tutaj poszukiwania jakiegoś wytłumaczenia i sensu w tym całym bagnie do jakiego trafia co chwila chłopiec. Dziecko chce mieć oparcie w jakimś opiekunie, który da mu ochronę przed krzywdzicielami.

Czy wspomniałem o okrucieństwie i hardkorze? Musiałem wspomnieć, gdyż to jest “mocna” strona książki. Dlaczego “mocna” w cudzysłowie? Bo nie chodzi mi o walor pozytywny, sprawiający, że lektura jest ciekawa. Epatowanie krwią i nieprzyjemnymi opisami najmocniej się rzuca w oczy, bo tworzą one z jakieś osiemdziesiąt procent treści (wyliczenia własne). W trakcie dalszej lektury robi się to czasami nawet nudne ale czytamy dalej wierząc, że to musi czemuś służyć. To ma służyć… już wiem – dalszemu epatowaniu nieuzasadnioną nienawiścią. Chłopak zmaga się z prześladowaniem i brakiem akceptacji (strasznie pedalsko to zabrzmiało) w środowisku wiejskim, a w tle jeżdżą sobie pociągi z ludźmi, których los jest już przypieczętowany. Pociągi z ludzkimi transportami nie robią ani na dzieciaku ani na chłopach żadnego wrażenia. No, jedynie chyba podziw dla niemieckiej sprawności i świetnej organizacji logistycznej całego przedsięwzięcia.

I dochodzimy tutaj do tego aspektu, który uczynił z “Malowanego…” książkę w Polsce naznaczoną na lata. Czyli jej rzekomej antypolskości – bo przecież to polska wieś opisywana jest przez dzieciaka, to polscy chłopi małorolni i kułaki traktują go jak śmiecia, biją, gnębią, traktują gorzej niż psa. To polska wieś walczy o odzież ludzi wyrzuconych z transportów do obozów zagłady. Rzecz dzieje się przecież podczas drugiej wojny światowej gdzieś na wschodzie Rzeczpospolitej. Nie chcę tu wyjść na jakiegoś obrońcę naszego narodu ale… uważam, że takie rzeczy mogły się zdarzyć wszędzie. Wszędzie gdzie istnieją zamknięte grupy ludzi, nie lubiące obcych i od wieków żyjący w ten sam sposób. Przyznam się szczerze, że trudno było mi uwierzyć w te wszystkie okrutne czyny jakie opisane zostały na kartach książki. Z drugiej strony złapałem się właśnie na tym – traktowałem książkę jako zapis wspomnień, a przecież Kosiński sam podkreślał, że nie jest to żadna książka autobiograficzna. Nigdy nie powiedział, że przeżył to wszystko. (Przeżycie tak wielu tortur i krzywd było mało prawdopodobne). Eskalacja przemocy i nienawiści jak dla mnie miała służyć przedstawieniu kondycji psychicznej ludzi wówczas żyjących oraz pokazała tworzenie się mechanizmów obronnych przed Innym. Od dawna wiadomo bowiem, że stereotypy pozwalają nam w krótkim czasie określić z jakim zjawiskiem, człowiekiem mamy do czynienia. Dopiero późniejsze dłuższe przebywanie z obiektem, pozwala potwierdzić stereotyp lub go obalić. To samo działo się w przypadku wiejskich chłopów, tylko u nich działało to znacznie silniej. Do przesądów o cygańskich podrzutach dochodził strach przed Niemcami, którzy za przechowywanie żydowskich uciekinierów mordowali całe wsie. A propos mordowania – życie ludzkie nie jest warte funta kłaków, tak przynajmniej wynika z obserwacji chłopca.

Krótko mówiąc – Kosiński nagromadził na ponad dwustu stronach ogromne ilości brudu, syfu, zła, gniewu, krwi, bezduszności, chciwości, małostkowości, nienawiści, sadyzmu, cierpienia, bólu, strachu, pogardy, głupoty, że robi to wrażenie. Książkę przeczytałem, zachwycony szczególnie nie jestem ale książka nie jest zła. Według mnie nie jest pozycją, którą trzeba znać. Obejdzie się ale również jeśli przeczytamy nie będziemy żałować.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Pisanie zza grobu…

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Luty 2011

ruth montogomery

ruth montogomery

Wyjątkowo będzie dzisiaj o książce, której jeszcze nie przeczytałem ale powiem szczerze, że chciałbym przeczytać. Wczoraj napisałem o podróżach w kosmos do innych galaktyk, gwiazd i planet. Dziś też będzie o podróżach ale takich bardziej hardkorowych. Co powiecie na książkę, która została napisana po TAMTEJ STRONIE. Tak, tak proszę państwa okazuje się, że można napisać książkę będąc zimnym trupem. Nie mam tutaj na myśli wydawania kolejnych płyt jak Majkel czy 2pac czy inny sławny artysta posiadający masę chciwych krewnych, którzy często zarobią więcej niż ci artyści przed śmiercią. Chodzi mi o książkę napisaną całkowicie  zza grobu. Autorka książki o bardzo wdzięcznym tytule “Ruth Montgomery writes again” czyli w wolnym tłumaczeniu “Ruth Montgomery znowu pisze” od dawna gryzie ziemię albo jest rozsypana na cztery strony świata. Ale jej dusza oraz jej Duchowi Przewodnicy są gdzieś tam i fruwają sobie w niebiesiech albo w dziesiątym wymiarze i postanawiają opowiedzieć jak to tam u nich jest. Czy mają na przykład wolne niedziele, albo czy można u nich na rowerze sobie pojeździć? Bardzo mnie to ciekawi, gdyż jako natura sceptyczna zakładam raczej, że nic po tamtej stronie na nas nie czeka. A jeśli już czeka to nie jest to na pewno nic przyjemnego. No ale wracając do książki. Otóż Ruth nie pisała jej w ten sposób, że usiadła sobie gdzieś tam na chmurce w niebie i machnęła kilkadziesiąt kartek. To nie jest takie proste. Pani Montgomery (świeć panie nad jej książką), przy pomocy trójki rodzeństwa, które posiada zdolności kontaktowania się ze zmarłymi wysyłała transmisje. Te transmisje były odbierane przez owo rodzeństwo, które siadało sobie przy stole i trzymało w rękach długopisy. A długopisami sterowała już świętej pamięci nieboszczka Ruth. Takie działanie nazywane jest automatic writing. I podobno sprawdza się znakomicie, tak przynajmniej twierdzą spirytualiści. Na stronie reklamującej książkę (link podam na końcu wpisu), możemy się dowiedzieć co owa przeduchowa książka będzie zawierać. Jak myślicie? Co chciała nam powiedzieć autorka, która pokonała tę nieprzekraczalną barierę życia i śmierci. Ruth na pewno będzie chciała nas przekonać, że jej książka jest prawdziwa i na przykład poda datę zgonu papieża albo innej ważnej osobistości. No bo skoro jest duchem to może naginać czas i przestrzeń. Może robić co chce podróżować w czasie, przechodzić przez ściany czy też podglądać orgię Charliego Sheena. Dlatego też drobna wskazówka dla nas czytelników a przynajmniej takich jak ja czyli niedowiarków znacznie zwiększyłaby wiarygodność autorki jako martwej od dawna kobiety. Cóż począć, że taki ze mnie niewierny Tomasz. Wracając do strony, która reklamuje owo wydawnictwo duchowe – z książki można dowiedzieć się następujących rzeczy:

  • Plany Niebios dotyczące planety Ziemia (a więc coś zostanie ujawnione, mam tylko nadzieję, że nie żaden koniec świata)
  • Niebiańską korespondencję od jakiś znanych medium (a więc nie tylko od Ruth)
  • porady jak pokonać strach i żyć pełnią Miłości (to jest dobre, to może się przydać)
  • odkrywa przed czytelnikami sekrety królestwa Duchowych Przewodników (nigdy bowiem nie wiadomo jakiego przewodnika będziemy potrzebować)
  • dodatkowe informacje, które mogą się przydać w życiu

Oprócz tego jakieś detale biograficzne na temat naszej martwej ale wciąż piszącej autorki. Dodam, że książka to e-book i można go zakupić za jedyne $18,88. Jeśli kiedykolwiek będę cierpiał na nadmiar gotówki i przez chwilę będzie mnie korciło aby zakupić ten stek bzdur, będę potrzebował kogoś kto mnie kopnie w dupę i powie, że połączyć się można z duchami za pomocą seansu spirytusowego a nie spirytystycznego. Z reguły nie osądzam książki po okładce no ale bez przesady. Wiem jestem stronniczy i nic na to nie poradzę. Może rzeczywiście Ruth jest tam gdzieś w górze, siedzi sobie na słupie telegraficznym i śmieje się z głupiego bibliotekarza, który ma klapki na oczach i  nie potrafi się otworzyć na świat cudów i mistycznych doznań.

A jeśli jakaś osoba wierząca poczuła się urażona wpisem to mówi się trudno.

P. S. Tutaj obiecany link

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.