Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘polska’

Mariusz Kaszyński “Rytuał”

Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Luty 2012

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

 Jak wspominałem przy “Tańcu…” wreszcie mam czas zająć się książkami leżącymi odłogiem. “Rytuał” zacząłem czytać przed moim karnawałem z Martinem i teraz postanowiłem dokończyć.

Co mamy moi drodzy w tym horrorze? Grupkę pracowników jednego oddziału banku, którzy zaczynają ginąć w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach przyrody i nie tylko. Dlaczego giną? Czy powodem jest zemsta zza grobu, psychopata czający się gdzieś w mroku, a może krasnoludki, które wreszcie przestały sikać do mleka i zajęły się poważniejszą robotą? Nie powiem Wam, choć szczerze mówiąc sprawca morderstw praktycznie zaraz się ujawnia i jeśli był jakiś element zaskoczenia i napięcia to ja go przegapiłem. Dobra powiem Wam, to pradawny Zły, który żre ludzi od tysiącleci i ma nas za pokarm i plugastwo. Nie ma tutaj praktycznie żadnej zagadki i nastroju grozy. Wszystko takie schematyczne i przewidywalne. No, może okoliczności przyrody są w miarę ciekawe. Choć niektóre zgony są mocno naciągane (koty, które zadrapały młodą kobietę na śmierć? Serio?!). Ale mamy przecież do czynienia z potężnym Złym, który lubi krwawe porachunki i to akurat mię cieszyło. Było bowiem całkiem sporo krwi i flaków, dość barwnie opisanych.

Główny bohater Grzegorz Natanowski mnie irytował. Facet ma przyjaciółkę od dzieciństwa, przez młodzieńcze lata, a teraz nawet pracują razem i w ogóle się nie zorientował, że Renata jest napalona na niego jak Arab na kurs pilotażu. Co za matoł! Ale na szczęście później walczy ze Złym jak prawdziwy heros i załatwia paskudę, a nawet jego potomka:)

Książka nie była zła, ale nie była również dobra. Ot, do przeczytania na raz. W miarę dobrze napisana, kilka niezłych tekstów, kilka trafnych spostrzeżeń dotyczących współczesnej nam Polski, kilka literówek. Ogólnie taka obojętna. A to chyba źle, bo jak mawiał pewien apostoł, który podobno ostro eksperymentował z różnymi substancjami psychotropowymi, przed prawie dwoma tysiącami lat:

“Znam Twoje czyny, że ani zimny, ani gorący jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni ani gorący, ani zimny – chce Cię wyrzucić z mych ust.” (Ap. 3,15-16)

Ja mam wrażenia letnie po lekturze książki Kaszyńskiego. Ot, przeczytałem i znam. A za jakiś czas pewnie zapomnę. Ale okładka bardzo fajna.

 

P. S. Baj De Łej wczoraj minęły drei jahren od założenia mojego bloga. Jak ten czas szybko leci. A moja wątroba choć w strzępach to jednak jakoś się trzyma:) I szarych komórek jakby trochę mniej…

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Ludwik Stanisław Liciński “Halucynacje ; Z pamiętnika włóczęgi”

Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Listopad 2011

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

 

Kiedy czytałem próbę biografii Korczaka, Joanna Olczak – Ronikier wspomniała o epizodzie w życiu młodego Janusza, w którym Korczak włóczył się po melinach i pił wódkę z prostytutkami, złodziejami i “andrusami” warszawskimi. Towarzyszem jego eskapad był pisarz, który był “wschodzącą” gwiazdą polskiej literatury. Wielu uznanych polskich literatów, dziennikarzy, krytyków literackich wróżyło mu ogromny sukces. Mówiono o nim, jako burzycielu  starego porządku, piewcy nędzarzy i dziwek. Miał być poetą o iście młodopolskim stylu będącym za pan brat z przedstawicielami proletariatu. Z tego, co wyczytałem z biografii pisarza, to rzeczywiście niezłym był włóczęgą, pijakiem, brał nawet udział w rewolucji 1905 roku. Ścigany przez Ruskich i Austriaków pałętał się od zaboru do zaboru. Ogólnie był pisarzem, który żyje takim życiem, jakie opisuje w swoich książkach. Wielu biografów Zofii Nałkowskiej określa go jako wielką niespełnioną miłość pisarki. Co mnie uderzyło, to podkreślane wszędzie opinie wystawiane Licińskiemu przez mu współczesnych dotyczące jego wielkości, ogromnym talencie literackim i niesamowitej wrażliwości społecznej na krzywdę dołów społecznych. Miał być objawieniem i jego literatura miała odmienić oblicze Ziemi, tej Ziemi. Weryfikacja nastąpiła dość szybko. Już w kilkadziesiąt lat po jego śmierci na gruźlicę w wieku trzydziestu czterech wiosen. Nikt z szerszej publiczności o Licińskim nie pamięta. Kojarzą go jedynie poloniści siedzący w bibliografiach literatury polskiej i niejaki Charlie bibliotekarz, który w swej bibliotece miał egzemplarz jego dzieł wydany z okazji siedemdziesięciolecia zgonu pisarza. A Charlie sięgnął po niego tylko, dlatego, że pewna pisarka wspomniała o nim w biografii Starego Doktora, bo Stary Doktor zanim był Stary to był młody i wódeczkę też lubił sobie grzmotnąć, jak na prawdziwego polskiego Żyda przystało.

Dajmy sobie spokój ze szczegółami biograficznymi. Nie chcę Was zanudzić. Przecież sobotni wieczór jest, wszyscy zmęczeni po wczorajszych marszach (był ktoś w Warszawie?). Ja spacerowałem po Krakowie, który był piękny i iście świąteczny. Dobra, dość tego off topicu:) Przeczytałem dwa zbiory ni to opowiadań, ni to krótkich form literackich. Po pierwsze Liciński jako obserwator życia społecznego sprawdza się świetnie. Bystry obserwator, znający najgorsze dzielnice Warszawy w mocnych słowach opisuje świat wyrzutków społeczeństwa. Wyrzutków, których los jest nieraz gorszy niż zwierząt. Za wszystko wini on oczywiście społeczeństwo i przedstawicieli kleru, władz i arystokracji. Podobał mi się zwłaszcza antyklerykalizm Licińskiego w iście Chrystusowym stylu (jakkolwiek dziwnie to brzmi). Gdy Liciński opisuje świat kurew, nożowników, pijaków – czyta się go wtedy bardzo dobrze. Wiele jego spostrzeżeń wciąż jest aktualnych. Natomiast, gdy przychodzi do spraw miłości, zaczyna się ten rozbudowany, wyegzaltowany i barokowy styl pisania, który po tylu latach trąci myszką i to mocno zdechłą. Te fragmenty czytałem bardzo wolno i ze zmęczeniem. Te wszystkie uczucia, które nim szarpały jak jesienny, pożółkły liść kasztanowy spadający z wysokiego drzewa, którym miota wicher targający krakowskim powietrzem. Drażniło mnie to strasznie.

Liciński znajduje więcej wspólnego z dnem społecznym, mętami lub jak pisali krytycy w dobie komuny lumpenproletariatem niż z „normalnymi” poważanymi obywatelami, którzy dla niego są pełni obłudy, hipokryzji i gorsi są od zwierząt. W prostytutce znajduje pokrewną duszę i uważa za lepszą od wszystkich dam z dobrych domów, które dają po cichu i udają moralnie lepsze. Liciński w dziwce widzi przynajmniej szczerość i smutek oraz brak nadziei na poprawę losu. Już wspomniałem wyżej te fragmenty były dla mnie najlepszą częścią książki. Przeczytałem również opowieść o jednym ze wspólnych wypadów z Korczakiem. Bardzo interesująca i ciekawa.

Podsumowując moi drodzy. Nie dziwi mnie, dlaczego Liciński zapomnianym pisarzem jest. Część jego prozy wciąż jest interesująca. Opisana rzeczywistość slumsów warszawskich wciąż intryguje i przeraża. Jednak wiele cennych obserwacji i ciekawych zdarzeń, opisów ludzi, ginie w manierycznym stylu pisarskim, który mnie osobiście nużył i męczył. Dziś Liciński byłby świetnym reporterem. Miał podobno łatwość nawiązywania kontaktów z tak zwanym „elementem”, który przecież niechętny obcym, zwłaszcza z inteligenckich sfer, natychmiast brał go za swojego. Ogólnie mówiąc cieszę się, że poznałem jego pisarstwo, ale jeśli ktoś nie musi może sobie spokojnie darować. Wiem, że to smutne, bo w ten sposób Liciński skazany na dalsze zapomnienie jest.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Po ziobrze…

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Listopad 2011

Wpis będzie troszkę polityczny. Nie uszło mej uwagi, że dziś nasi “dostojni” parlamentarzyści rozpoczęli kolejną kadencję. Jest trochę przepychanek, ale ja nie o tym:) Przeglądałem dziś rękopisy Ambrożego Grabowskiego w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej. I natrafiłem na taki fragmencik związany z przysłowiami polskimi:

ziobrze

Jeśli macie problemy z odczytaniem, to ja służę pomocą. Pierwsze przysłowie zwróciło moją uwagę i stało się iskrą do popełnienia tego wpisu. Brzmi ono “Chciejże komu dobrze, on ci za to da po ziobrze”. Skojarzenie dla mnie oczywiste w związku z obecną sytuacją w PiS:) Prezes Jarosław chciał dobrze i dostał od Ziobry po ziobrze:) Pozostałe również są dość interesujące. “Trudna to praca, wilkiem orać”, (przekonał się o tym prezes Jarosław, któren chciał orać Zbigniewem Z. ten jednak okazał się młodym wilkiem i pokazał kły). “Na św. Krzyż, gospodarzu owce strzyż” (Tutaj żadne skojarzenia odnośnie obecnej sytuacji politycznej w Rzeczpospolitej do głowy mi nie przychodzą. Chyba, że posłowie apel potraktują uniwersalnie i zawołanie to będzie znakiem do rozpoczęcia “strzyżenia” obywateli z czego się tylko da). I na koniec najlepsze “Kto trzyma z dworem, przypłaci dupą lub worem”. Moim zdaniem to d z kropkami oznacza ni mniej, ni więcej jeno rzyć, potocznie dupą zwaną. Prezes Kaczyński i jego “dwór” powinni uważać, bo ziobrzyści, czy tam ziobryści mogą jego “dworem” wstrząsnąć i przyjdzie płacić d… lub worem. Także politycy uważajcie, bo któż nie wierzy, że mądrość ludu w przysłowiach leży?

Polecam Wam rękopis Ambrożego Grabowskiego do przejrzenia w MBC. Nosi on fascynujący tytuł “I to i owo : kwoli rozrywki nakreślone, z przypadkiem niekiedy czego innego : silva-rerum, czyli cokolwiek o czemkolwiek”. To ten Grabowski z mojego wpisu “Domy dawnego Krakowa” :) Dla mnie osobiście fascynująca jest możliwość siedzenia przed laptopem, w cieple, z herbatą pod ręką, z głośników leci Habakuk “Baza“, i przeglądania dziennika człowieka, który dawno już złożony został do grobu. Polecam Wam, już nie wiem po raz który szperanie po bibliotekach cyfrowych.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Wincenty Pol “Losy poczciwej rodziny: zdarzenie prawdziwe”

Posted by charliethelibrarian w dniu 23 Wrzesień 2011

Wincenty Pol "Losy..."

Wincenty Pol "Losy..."

Kolejna książka z zamierzchłych czasów, wygrzebana przeze mnie z przepastnych magazynów mej biblioteki. Magazyny są tak przepastne, że wśród kątów nieodwiedzanych przez ludzi od stuleci, korniki, mrówki i inne owady wykształciły własne cywilizacje, i toczą między sobą boje o półki i regały.

Sam nie wiem skąd nagle u mnie ta chęć czytania starych książek, które zapomniane są. Może zapoczątkuję jakąś nową hipsterską modę. Coś w stylu: czytam książki, które przed stu laty były na topie, a dziś nikt kurwa o nich nie pamięta.

Wracamy do lektury. Wincentego Pola powinniśmy kojarzyć ze szkół. Pieśń o ziemi naszej obiła się na pewno Wam kiedyś o uszy. Wincenty Ferreriusz Pol (Ferreriusz – niezłe imię, może by tak skrzywdzić mego pierworodnego, jeśli kiedyś się narodzi i nazwać go tym imieniem, podobno pochodzi od jakiegoś hiszpańskiego świętego. Chłopak miałby już od razu gotową ksywkę: Ferrero, chodź no tutaj!) dobra wracamy do autora omawianej książki. Wincenty Ferreriusz Pol (Ferreriusz oddawaj mi swoje Ferrero! Przepraszam Was, ale naprawdę nie mogę z tym imieniem. Wiem, że to niegrzeczne, ale Wincenty się chyba nie obrazi, i w krypcie zasłużonych na Skałce się nie przewraca), a więc Pol był również znanym geografem. Jednak książka, którą przeczytałem o geografii nie jest. Jest to piękna, ckliwa, rzewna historia o miłości matczynej, miłości do Ojczyzny i podłych Moskalach, którzy zabierają dziecko matce, by je zruszczyć, ale dziecko się nie daje zruszczyć dzięki książeczce do nabożeństwa i bajkom Jachowicza (niezwykle popularnym w połowie XIX wieku).

Lektura tej powiastki nie trwała długo, nie zostawiła szczególnie przykrych wrażeń, ale również nie wstrząsnęła mną głęboko. Widać silne moralizatorstwo i czuć niechęć autora do zaborców (skądinąd zupełnie uzasadnioną).  Uwaga spoiler! Na koniec tego zdarzenia prawdziwego Staś, który uniknął zruszczenia wraca do matki, zrzuca mundur carski i spotyka autora bajek, czyli Jachowicza, który ucieszony jest niezmiernie, że jego powiastki uratowały polskość chłopca. Nie będę wnikał, czy autor książki nie dokonał tutaj konfabulacji. Działo się to dawno i wtedy wszystko było możliwe. Ogólnie wrażenia po lekturze nawet pozytywne.

Odkryłem kilka ciekawych słów podczas lektury: traktyernia, trzymać konie na przeprzążkę -to takie staropolskie wyrazy. Może ktoś odgadnie co znaczą, bo ja wiem:) Jeszcze jedno spostrzeżenie: autor nie pisze o Rosjanach, cały czas tylko Moskale, moskiewski język, moskiewski mundur. Rzuciło mi się to w oczy podczas lektury.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce “To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”

Posted by charliethelibrarian w dniu 25 Sierpień 2011

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Wspominałem już, że moja biblioteka posiada dosyć interesujące zbiory zwłaszcza, jeśli chodzi o końcówkę wieku dziewiętnastego i początek dwudziestego. Czasem lubię zapuścić się między regały i szperać wśród zakurzonych woluminów. Często znajduję coś interesującego. I dziś chciałbym Wam drodzy moi czytelnicy pokazać istną perełkę polskiej literatury fantastycznej. Pośród zakurzonych książek natrafiłem na pozycję z roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego. Zainteresował mię tytuł, który brzmiał „To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”. Ten dopisek powieść gotycka uruchomił u mnie skojarzenia, że przecież z takich powieści wywodzi się gatunek horroru. Przykucnąłem sobie na stołeczku i rozpocząłem lekturę.

Nie była ona łatwa, bo jak przystało na dopisek powieść gotycka cała była wydrukowana czcionką gotycką, a ta nie jest łatwą w lekturze. Nie spodziewałem się niczego zaskakującego jednak…

Zatopiłem się w lekturze na długie minuty, na szczęście powieść nie była zbyt długa i udało mi się ją skończyć bardzo szybko mimo problemów z odcyfrowywaniem gotyckiej czcionki. Niesamowita powieść polskiego zapomnianego pisarza Bonawentury Xawerego Bezbrzeżnego herbu w Łódce. Poszperałem trochę w wikipedii i w sieci. Znalazłem niewiele informacji o autorze. Kliknijcie sobie i przeczytajcie. Okazało się, że koleś miał nieźle zakręcony żywot. Był chyba pierwszym na ziemiach polskich miłośnikiem horrorów. Podobno w jego dworku można znaleźć było mnóstwo kości ludzkich na ścianach, czaszek, a sam gospodarz dworku całe noce spędzał na cmentarzach wykopując zwłoki i starając się zrobić z nich zombiaków! Nawet sprowadził czarownika z Haiti! I odprawiał z nim rytuały voodoo. W końcu miarka się przebrała i wkurzona lokalna społeczność, zamanifestowała swoje oburzenie poprzez rozniesienie na widłach szlachcica, a czarownika voodoo również chcieli roznieść na widełkach. Ten jednak zniknął w tajemniczych okolicznościach.

Wracając do książki. Jest to piękna i budząca grozę opowieść o młodej panience, z podupadającego szlacheckiego rodu, która nie zgadza się zostać kolejną matroną w owym rodzie i ostro się buntuje. Podczas jednego ze spacerów w puszczy (akcja dzieje się gdzieś na zadupiach dzisiejszej Białorusi), natyka się na dziwnego młodzieńca, cudacznie ubranego oraz strasznie bladego. O oczach „skrzących się jak dwa dyjamenty, piersi szerokiej i zębiszczach jak u wilczura” (takie perełki można odcyfrować z gotyckiej czcionki książki). Dobra wracając do fabuły. Otóż poznany w puszczy młodzieniec akurat konsumował jelonka. Co zadziwiające panienka nie przestraszyła się gościa pożerającego zwierzątko, jeszcze żywe. Nawiązała się znajomość, okazało się, że młodzieniec jest dobrym WAMPIREM, i ssie tylko zwierzęta, a nie ludzi. Poza tym przeprowadził się niedawno z rodziną i nie zna w okolicy nikogo. Dziewczyna, jak to młoda dziewczyna zakochała się w facecie, który (wg autora książki – „podczas miłośnych przechadzek schywtywał zębiszczami swemi, zajączki młode i rozrywał je na wpół, krew łapczywie spijając”). Nie będę osądzał, bo wiadomo miłość jest ślepa. Dalej mamy romantyczną historię miłości do mężczyzny, który ma erekcję tylko wtedy, gdy wychłepce krew z całego żubra (dosyć interesujące opisy miłosnych scen, na pewno nie łóżkowych, bo akcja dzieje się w puszczy na świeżym trupie żubra, niestety nie pamiętam dokładnych słów, ale były mocne). Ogólnie książka nie kończy się happy endem. Nie będę spojlerował, powiem tylko, że w akcję wtrąca się proboszcz, oraz społeczność lokalna uzbrojona w widły i płonące pochodnie.

Dlaczego zafascynowała mnie tak ta historia? Fabuła opowieści przypomina mi, co nieco te książki o wampirach – „Zmierzch” czy jakoś tak. Nie czytałem ich, ale trudno dziś funkcjonować w świecie popkultury nie wiedząc, o co kaman. Krótko mówiąc, „Zmierzch” to komercyjny ogromny sukces na całym świecie. A tu się okazuje, że grubo ponad sto lat temu, jakiś sfazowany polski szlachcic napisał podobną historię, tylko znacznie bardziej krwawą (ten młodzieniec nie jest taki miły do końca – oprócz jelonków i żubrów lubi, jednak possać sobie wieśniaka lub wieśniaczkę). Nie twierdzę, że pani Stephanie Meyer popełniła plagiat – to przecież niemożliwe. Po prostu praca w bibliotece utwierdza mnie coraz bardziej, w przekonaniu, że wszystko już było.

P. S. Po pierwsze nie spędzam swego całego czasu w pracy czytając stare książki.

Po drugie – jeśli ktoś nie kliknął w pierwszy link to zdecydowanie musi kliknąć w ten : KLIK. Mam nadzieję, że to wszystko wyjaśni :)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 15 »

Harry Harrison “Wojna z Robotami”

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Sierpień 2011

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.

Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

 

 

 

 

bender

Bender

Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.

BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Warsaw Uprising…

Posted by charliethelibrarian w dniu 1 Sierpień 2011

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię uderzać w patetyczne tony. Nie lubię rozdzierania szat i rozpamiętywania klęsk. Jednak ta rocznica jest zbyt ważna, by o niej nie wspominać.

W sieci można znaleźć naprawdę mnóstwo wspaniałych rzeczy dotyczących tego Powstania.

Ja chciałem tylko przekazać drobną część.

Nie będę tutaj dyskutował o Powstaniu, chcę tylko pokazać, w jak różny sposób internauci przypominają tę rocznicę.

Chciałem tylko powiedzieć, że powstaje coraz więcej akcji upamiętniających to wydarzenie w sposób nie patetyczny, nie nudny ale bliski codziennemu życiu.

Muzeum Powstania Warszawskiego odgrywa tutaj ogromną rolę i akcje jakie przeprowadza Muzeum zyskują moje pełne poparcie i uznanie.

Wystarczy zajrzeć na ich stronę: 1944.pl.

Czego tam nie ma: Powstańcza Masa Krytyczna, spotkania z dzieciakami.

Zaproszenie na grę miejską inspirowaną Powstaniem: www.klisza.1944.pl. Coś dla mnie! Szkoda, że nie dam rady być w Warszawie szóstego sierpnia.

 

I akcja, która mnie powaliła na kolana. Zaprzęgnięcie rzeczywistości rozszerzonej tzw. augmented reality, do tego aby przybliżyć warszawiakom rzeczywistość powstańczą. Coś niesamowitego!

 

I takie żywe, angażujące ludzi akcje sprawiają, że lepiej poznamy prawdziwe oblicze Powstania. Natomiast historykom zostawmy spory.

Polecam kanał Muzeum na Youtubie. Warto poświęcić chwilkę i przejrzeć materiały tam zamieszczone. Są niesamowite.

Jeden kawałek z tegorocznego wydarzenia muzycznego jakie odbyło się 29 lipca.

 

Jest jeszcze coś na co czekam z niecierpliwością: Hardkor 44, czyli film o Powstaniu ze stajni Tomasza Bagińskiego.

 

Może na razie wystarczy tej oficjalnej strony dotyczącej Powstania. Trochę materiałów dostępnych na Youtubie:

Dziwne ale Johnny Cash pasuje bardzo dobrze do zdjęć skompilowanych przez tego użytkownika. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, bo warstwa tekstowa raczej już nie za bardzo.

Trochę inne spojrzenie na powstańcze piosenki:

Przyznam się szczerze, że dostaję dreszczy, gdy słyszę dzieciaki śpiewające te piosenki, tematyka niezbyt dziecięca. Moim zdaniem zbytnio hardkorowe zestawienie. Ale piosenki są świetnie zrobione.

Zespół Raz Dwa Trzy:

Świetna aranżacja.

A teraz mariaż wydawałoby się raczej nie do pogodzenia, ale mnie się podoba:

Całkiem fajnie im to wyszło.

 

Teraz dla kontrastu oryginał:

 

I jeszcze nieśmiertelny Jacek Kaczmarski:

 

Jak już wspominałem bogactwo materiałów jest ogromne. Zachęcam do szperania, czytania, oglądania. Korzystajmy z błogosławieństw SIECI.

 

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Szczepan Twardoch “Wieczny Grunwald : powieść zza końca czasów”

Posted by charliethelibrarian w dniu 6 Lipiec 2011

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald..."

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald..."

Ach! Rycerzem być, turnieje, białogłowy, miecze, zbroje, konie w zbrojach, miecze, krew, odcinane głowy, białogłowy, szacunek ludzi gościńca, czy wspomniałem już o białogłowach? To wszystko mieli w średniowieczu ludzie pasowani na rycerzy. Honor, męstwo, duma, kodeks rycerski, chanson de geste, szlachetność. Roland, Zawisza Czarny, Ryszard Lwie Serce, król Artur. To były ikony swoich czasów. Kolesie do których wzdychały wszystkie panienki.Taki obraz rycerstwa wśród większości ludzi współcześnie żyjących jest zakorzeniony.

Rycerz to miał klawe życie. Nauczył się za młodu napierdalać mieczem, toporem, kopią czy co tam było pod ręką, wyjechał na wojenkę i jeśli przeżył to się nieźle obłowił. A później tylko lansik na turniejach, jakaś tam dama serca, jakaś tam chusteczka i bujamy się od zameczku do zameczku.

Szczepan Twardoch w swojej książce, która została wydana w serii Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu” (Ta seria coraz bardziej mi się podoba, ale promocja tych książek jest kiepska jeśli nie powiedzieć żadna. A przecież czytałem z tej serii “Burzę” Parowskiego i książka ta podobała mi się bardzo) wracając do autora, otóż on nam trochę ten obraz rycerstwa obnaża, odziera z tego całego mitu, splendoru pokazując, że chodzi o zabijanie. Oczywiście nie on pierwszy i nie on ostatni. Twardoch zrobił to naprawdę świetnie. Widać i czuć podczas lektury, że człowiek ten włożył ogrom pracy w książkę.

Krótkie wprowadzenie co do istoty fabuły: historię swojego życia czy też żyć opowiada nam Paszko, bękart króla Kazimierza Wielkiego i jakiejś tam niemieckiej mieszczki. Otóż ten Paszko zginął pod Grunwaldem ale nie poszedł ani do raju, ani do piekła. Został skazany na Przezwieczne bytowanie. Otóż Przezwieczne bytowanie polega na tym, że Paszko przeżywa wszelkie możliwe wersje historii świata. Wszelkie strumienie alternatywnych rzeczywistości Paszko doświadcza. I tutaj Twardoch pokazał kunszt – jego książka jest inna niż “tradycyjne” historie alternatywne. Dzięki Paszkowi poznajemy naprawdę fascynujące światy, w których dzieje się wszystko. I choć są one tylko tłem do głównej historii życia Paszki to spokojnie większość z nich nadaje się do zrealizowania w formie całych książek. Dodatkowo Paszko opowiada jeszcze o świecie, w którym dwa kraje, dwa narody, sąsiedzi od stuleci toczą ze sobą wojnę bez końca i bez rozstrzygnięcia. To Matka Polska i Niemcy. Mit naszej odwiecznej walki z Niemcami przeniesiony nie wiadomo do jakiej wersji historii. Totalnie odjechana wizja – Matka Polska to ziemia, to dworki szlacheckie, to łąki płaskie i jej dzieci, które słuchają tylko jej Rozkazu, na Rozkaz ten umierają i na Rozkaz powoływani są do życia. Niemcy z kolei to Blunt, to krew, to gotyckie zamczyska z mózgami, to fabryki żołnierzy. Tak się ścierają te dwie potęgi, które zdominowały cały świat i żadne z nich nie wygra bo pokonanie przeciwnika oznaczałoby utratę sensu istnienia i racji bytu.

Wracając do “oryginalnej” wersji żywota Paszki. Otóż nie miał chłopak łatwo. Bo choć był królewskim synem to miał takiego pecha, że Kazimierz wyciągnął kopyta zanim niemiecka mieszczka się zorientowała, że król nie tylko jej “dotknął” ale też zostawił po sobie pamiątkę. Biedna matka Paszki została skazana na żywot dziwki w krakowskim burdelu, Paszko dorastał wśród kurew, nieszczęścia, zła i ogólnie patologii totalnej. Ale, że był dzieckiem znajdował czasem i dobre chwile. Po śmierci matki, został wysłany do Niemiec, gdzie zaopiekował się nim mistrz szermierki. I Paszko jak dorósł to wrócił do Krakowa bo bardzo, ale to bardzo chciał zostać rycerzem. Czuł, że to jego przeznaczenie, że należy mu się to z racji królewskiego pochodzenia. Niestety nie udało mu się. Nie lubił on (tak eufemistycznie powiem) Polaków i nie lubił Niemców. Wśród każdej z tych nacji czuł, że jest obcym, mieszańcem i nigdy nie osiągnie wysokiej pozycji społecznej i nie zdobędzie szacunku. Dlatego z zemsty, pod Grunwaldem zabijał walczących po obu stronach. I zginął i trafił w Przezwieczne bytownie. To w takim mocnym skrócie.

Historia Paszki to opowieść niosąca uniwersalne przesłanie – ludzie to zwierzęta i zawsze będą zabijać. Zabijać innych, zabijać wrogów, zabijać przyjaciół. Zabijanie jest naszym pierwszym i najważniejszym instynktem. Twardoch kreśli świat okrutny, świat, który w każdej wersji jest przejebany. Bo taka jest natura ludzka i nic tego nie zmieni.Paszko często zwraca się do nas, do ludzi z naszej rzeczywistości, bo my jesteśmy jego słuchaczami. Oto co mówi o zabijaniu:

“Wielu z was wyobraża sobie zabijanie i umieranie jako wyjątkowe sprawy. A ja wiem, że w tym nie ma nic wyjątkowego, umieranie jest jak oddychanie, chodzenie, jak picie i żarcie, i sranie, jak kopulacja i lektura książek. Normalnie, umiera się. Śmierć nie jest niczym wyjątkowym.”

Twardoch odwalił kawał niezłej i na pewno mrówczej pracy. Paszko często mówi w średniowiecznej polszczyźnie. I jest to świetne doświadczenie, tak sobie przeczytać jakiś fragment w takim języku napisany i domyślać się co ten tekst znaczy. Jednak czasem przesadzał i za dużo tych fragmentów było. To jedyny mój zarzut jeśli chodzi o lekturę tej książki.

Generalnie polecam bardzo, książka nie jest na pewno żadną szybciutką lekturką na wakacje ale jest warto poświęcić jej uwagę.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Janusz Rudnicki “Męka kartoflana”

Posted by charliethelibrarian w dniu 23 Czerwiec 2011

Janusz Rudnicki "Męka kartoflana"

Janusz Rudnicki "Męka kartoflana"

Jest święto, jest delikatny kacyk, jest mega lenistwo, jest piękna pogoda – ogólnie super jest :) W takim nastroju opowiem wam o kolejnej książce Rudnickiego jaką przeczytałem. Będzie to wznowienie wydanej dziesięć lat temu “Męki kartoflanej”. Książka składa się z krótkich i dłuuugich opowiadań. Napisanych na przestrzeni kilkunastu lat przez Rudnickiego.

Cóż rzec wam o wrażeniach Charliego po lekturze. Powiem krótko – dobrze, że moja przygoda z panem Rudnickim nie zaczęła się od tej książki ale od “Śmierci czeskiego psa”. Dlaczego? Spytacie się pewnie, pełni ciekawości co się z was wylewa na ekrany monitorów. Otóż “Śmierć czeskiego…” to perełka, a “Męka…” to taka ostryga, z której perełka się dopiero wytworzy. Czuć różnicę lat, i choć w “Męce…” są fragmenty błyskotliwe, skrzące się tą właśnie ironią, groteską, za którą polubiłem pana Rudnickiego, to ogólnie lektura była raczej właśnie taką trochę męką. Wisielczy humor jest obecny w dużej dawce i na szczęście styl pisania Rudnickiego tę mękę znacznie łagodzi.

Książka podzielona jest na trzy rozdziały takie jakby – pierwszy rozdział to opowiadania opisujące nam przejebany los polskiego imigranta w Niemczech. Rudnicki całkiem zgrabnie przedstawia nam studium sąsiadki alkoholiczki, trafnie opisuje zwłaszcza sąsiadów Niemców i ich zachowania. Strasznie mnie znudziło opowiadanie pod tytułem “Odwiedziny”, jak to niby pisarza matka odwiedza.

Drugi to specyficzna “analiza” prozy Schulza. Doceniłem tutaj bezpośredniość Rudnickiego, jego bardzo krytyczne podejście do Schulza, który zdążył zostać już postawiony na cokole i nikt nie ośmiela się powiedzieć złego słowa, o autorze “Sklepów cynamonowych”. A Rudnicki występuje tutaj właśnie w roli profana, gołębia, który “obsrywa” pomnik swoimi celnymi uwagami. Robi to naprawdę świetnie i wnikliwie. W drugim rozdziale Rudnicki przybliża nam również dwie kobiety-symbole jeśli chodzi o literaturę polską. Chodzi tutaj o Marię Dąbrowską i Zofię Nałkowską. Rudnicki czyta sobie ich dzienniki i tak na luźno porównuje sobie obydwie kobiety. Robi to w sposób na tyle interesujący, że przez chwilkę nawet sam chciałem poczytać sobie ich dzienniki, ale mi przeszło i pozostanę przy Rudnickiego opowieściach o tych dziennikach i kobietach je piszących.

Trzeci i ostatni rozdział to tytułowa “Męka kartoflana”. Szalone, groteskowe, zakręcone opowiadanie opisujące gehennę Rudnickiego w podróży po mąkę kartoflaną, bo żona kazała mu kupić. Na śląskie kluski. Męka to Polska z całym jej bagażem mitów, wad, przywar. Wszystko opisane w taki sposób, że naprawdę cud, miód i orzeszki. Jest w niej wszystko co polskie, ale wyolbrzymione, przejaskrawione, mocno skarykaturowane. PKP, Grunwald, Oświęcim i jeszcze sprawa Świtonia i krzyży w Oświęcimiu – kurczę pamięta ktoś jeszcze tę akcję? Jest powódź stulecia, jest męka twórcza pisarza. Naprawdę przy “Męce…” nie męczyłem się wcale :) Rudnicki pełną gębą, tam się pokazał :)

Ogólnie polecam bardzo. Dziesięć lat temu ta książka musiała być hitem. Ja jednak cieszę się, że najpierw przeczytałem “Śmierć czeskiego psa”.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Jan Tomasz Gross “Złote żniwa : rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Czerwiec 2011

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Jan Tomasz Gross "Złote żniwa..."

Ta książka jeszcze przed jej oficjalnym ukazaniem się wzbudziła ogromne emocje. Cóż trudno nam Polakom przyjąć do wiadomości, że nasi rodacy mogli zachowywać się jak skurwysyny i zabijać, okradać, gnębić Żydów podczas drugiej wojny światowej. Przecież cała nasza martyrologia z okresu drugiej wojny światowej to walka z Niemcami i bycie tymi dobrymi. Po ukazaniu się książki nie było lepiej, akcja wydawnictwa Selkar, z zawyżaniem ceny książki, oblepianie księgarni sprzedających książkę informacjami jakoby te firmy były antypolskie. Gorące emocje były, oj były. A jak zwykle w naszym społeczeństwie najgłośniej krzyczeli ci, którzy pewnie książki nie przeczytali. Na biblionetce, z której korzystam, książkę oceniło zaledwie dwudziestu kilku użytkowników. Kolejny raz media rozdmuchały sprawę, ludzie się burzyli z zasady, a większość nie podjęła trudu przeczytania.

Od czego by tu zacząć? Hmm… może od tego, że “Złote żniwa” to książka słabo napisana. Naprawdę, widać marny warsztat autora jeśli chodzi o narrację, budowanie napięcia, styl. Czytając niemal czułem jak Gross wychodził ze skóry aby pogłębić wrażenie grozy i okrucieństwa. Czułem te starania Grossa ale nie czułem grozy ani okrucieństwa. Naprawdę pan Gross ma słaby warsztat a jego usilne wmówienie czytelnikom jego wrażeń, poprzez użycie słów – widzimy, czujemy, znamy, rozumiemy wcale w tym nie pomagało.

Druga sprawa to tematyka jaką książka porusza, czyli grabież mienia żydowskiego przez Polaków. Nie zajmowania po wojnie, gdy większość prawowitych właścicieli nie żyła, ale właśnie w trakcie. Bogacenie się na ukrywaniu Żydów, mordowanie i okradanie uciekinierów. Cóż uważam się za człowieka, który trochę zna historię i wiedziałem, że takie rzeczy miały miejsce. Ta książka nie była dla mnie szokiem ani zaskoczeniem. My Polacy jesteśmy wychowani w poczuciu, że to nasz Naród był tym szlachetnym i nie splamił się nigdy takimi podłościami jak Niemcy. A szmalcownictwo i wydawanie ukrywających się Żydów to przypadki z marginesu. Gross podaje KILKA przykładów z wiosek i z uporem maniaka stara się rozszerzyć to na wszystkich. Mamy podane źródła historyczne świadczące o okrutnych czynach jakie popełniali Polacy, i to Polacy będący w lokalnych społecznościach elitą, co dla Grossa oznacza, że pozostali obywatele z elity w innych wsiach też tacy byli.

Punktem wyjścia do książki jest fotografia, na której według autora uwiecznieni zostali kopacze, którzy przeszukiwali okolice obozu koncentracyjnego w poszukiwaniu pozostałości jakicholwek cennych rzeczy. Gross z uporem maniaka powtarza, że ludzie ci to hieny cmentarne najgorszego sortu. Niestety tak naprawdę nie ma żadnych co do tego podstaw. Ale faktem jest, że okolice obozów były przekopywane.

Jest taki fragment w tej książce, który mówi o tym, że Zagłada to była precyzyjna maszyna, i miała wiele “wąskich gardeł” i gdyby ktoś chciał łatwo mógłby sabotować jej działanie. Nie wiem do kogo pije tutaj Gross czy do Niemców czy do pracowników kolei, a może do chłopów polskich. Zagłada to wydarzenie, które nie da się ująć w żadne rozsądne ramy – tutaj zgodzę się z autorem. Kilka milionów ludzi zostało zamordowanych w “fabrykach śmierci”. Kilka milionów ludzi zginęło przy milczącej aprobacie społeczeństw europejskich – to nam chce powiedzieć Gross. Gross czepia się kolejarzy, że wysyłali pociągi do obozów i nic nie zrobili aby sabotować to działanie. Chciałbym zwrócić na coś uwagę – jest taki fragment chyba w “Opowiadaniach” Borowskiego. Dotyczy on wyładunku transportu ludzi z wagonów. Rozdzielającymi transport byli Żydzi. Nagle wybuchła panika i tłum prawie przerwał kordon wartowników. Niemcy, według Borowskiego byli w szoku i nic nie zrobili. Gdyby nie sprawna akcja rozdzielających transport Żydów, którzy przywrócili porządek cały transport mógł uciec. No ale daleko by nie uciekli, bo pewnie chłopi polscy szybko by ich wyłapali (tak napisałby Gross). Nie jestem Żydem, nie widziałem wojny, nie doświadczyłem tego co świadkowie opisywani przez Grossa, więc tak naprawdę nie jestem pewien czy władny jestem wypowiadać się w tym temacie.

Podsumowując książka porusza ważny temat, o którym my Polacy nie chcemy rozmawiać. Robi to jednak w sposób zły jeśli chodzi o styl. Wiem dziwnie to brzmi ale o takich rzeczach powinno się pisać tak aby człowiek czuł coś. Ja tylko czułem narastającą irytację na autora. Książka wzbudziła we mnie niesmak. Nie wydawała mi się żadnym wiarygodnym źródłem wiedzy, choć pełno w niej przypisów do różnych materiałów. Ale pewnie tkwi we mnie zbyt mocno to wychowanie polskie. Książki nie polecam. Chyba, że ktoś chce się dowiedzieć o co był cały ten hałas.

 

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.