Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘literatura’

George R. R. Martin “Nawałnica mieczy: Stal i śnieg”

Posted by charliethelibrarian w dniu 20 Styczeń 2012

George R. R. Martin "Nawałnica mieczy: Stal i śnieg"

George R. R. Martin "Nawałnica mieczy: Stal i śnieg"

 Uff! Udało mi się zdobyć trzeci tom „Pieśni Lodu i Ognia”. Dokładniej to 3.1 (sprytny ten Martin). Niestety Agnes nie jestem w stanie Ci pomóc :(

Co my mamy w trzecim tomie, zasadniczo to samo co w dwóch poprzednich. Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory,  mamony, burdele i inne duperele. (Dam sobie to do tagów:)

Martin posiada talent ogromny. Ledwo skończyłem „Stal i śnieg”, a już mi się chce czytać następny tom. I przyblokował wszelkie inne moje lektury. Nie spocznę dopóki nie przeczytam wszystkiego, wtedy odetchnę  z ulgą i spocznę w moim Winterfell Krakowskim, bo zima nadeszła:)

Będę teraz SPOILEROWAŁ, bo dużo się wydarzyło i jak będę stary i będę chciał pokazać wnukom mój kawałek Internetu, to chciałbym móc pamiętać co ja właściwie czytałem.

Arrya ma mnóstwo przygód, jest zadziorna, bezczelna, odważna i bardzo często głupia. Trafia od jednych band do drugich za każdym razem udaje jej się uniknąć niebezpieczeństwa:) Pod koniec zostaje porwana przez Ogara Sandora Clegana, który chce ją odstawić za solidny okup rodzinie. Jej przygody lubię czytać, bo nie wiadomo z czym wyskoczy.

Jon Snow bękart Neda przyłącza się do dzikich, z nimi wędruje i poznaje również smak kobiecego ciałka. Przedziera się z bandą dzikich za Mur aby zaatakować Czarny Zamek, udaje mu się uciec i ostrzec resztę braci z Czarnego Zamku. Jakoś tak wcześniej budzący moją sympatię, chłopak z białym wilkorem tym razem trochę przynudzał. No nic zobaczymy co mu Marin wyszykował w 3.2.

Samwell Tarly Nowy bohater, ser Świnka cudem przeżywa atak Innych na Pięść Starych Ludzi, w nocnej bitwie Czarna Straż zostaje rozgromiona. Nieliczni docierają do Twierdzy Castera, po drodze Samwell zabija Innego obsydianowym sztyletem. W grodzie Castera dochodzi do buntu i wzajemnego wyrzynania się. Samwell znów cudem przeżywa, ucieka z Goździk (to córka i żona Castera) oraz jej nowo narodzonym synem. Ciekawy wątek, zobaczymy co grubasek wymyśli.

Jamie Lannister też nówka postać, trochę dostaje po dupie od życia. Krwawi Komedianci ucinają mu prawą dłoń. Koleś jest zabawny, ironiczny i o dziwo ma dużo tajemnic do wyjawienia. Miło, że Martin wprowadził go na scenę.

Davos Cebulowy Rycerz. Polubiłem gościa w „Starciu królów” i dobrze, że się uratował. Zostaje lordem i mówi prawdę w oczy Stannisowi, ale jakoś szczególnie nie za dużo tam się dzieje.

Tyrion. Za mało Krasnala! Stanowczo za mało. I jakiś taki smętny się zrobił. I jeszcze brzydszy niż był, bo mu ucięli nochala w bitwie. Zmuszony został poślubić Sansę Stark! Półmężczyzna jedną z moich ulubionych postaci.

Daenerys. Młoda radzi sobie zadziwiająco dobrze i nawet, aż za bardzo. Jak na kilkunastoletnie dziewczę, udaje jej się zrobić w balona potężnych handlarzy niewolnikami z Astaportu i zyskać Nieskalanych i zrobić sobie potężną armię. Mam nadzieję, że Matka Smoków da jeszcze ognia:)

Bran. Mało go, póki co wędruje na Mur żeby opanować sztukę wstępowania w ciała zwierząt.

Cateyln Stark i Sansa Stark – nie chce mi się o tych dwóch babach pisać. Wkurwiają mnie niemiłosiernie. Cateyln to taka mamałyga, która życzy śmierci wszystkim tylko nie swojej rodzince i niczym nie różni się od Cersei, a Sansa mogłaby rozłożyć nogi przed Krasnalem – co prawda nie jest urodziwy, lecz na miłosnej sztuce się zna:)

Alem się rozpisał! No, ale to wystarczy mi, żeby ogarnąć te dłużyzny:) Przeczucie mam, że Sandor Clegane będzie jakimś dobrym kolesiem:)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Kriminal Breslau Zusammenfassung!!!

Posted by charliethelibrarian w dniu 28 Listopad 2011

Przepraszam za ten niemiecki, ale jakoś tak po Krajewskim Wrocław to dla mnie Breslau (oczywiście nie chcę w niczym urazić wrocławiaków, miasto mają przepiękne). Nie pisałem na bieżąco, gdyż zwyczajnie nie miałem kiedy tego robić. Żyję. Na szczęście na festiwalu kryminalnym oraz na konferencji bibliotekarzy nie było żadnych zwłok znalezionych w wannie, nie było zasztyletowanych ofiar w hotelowych pokojach, tak samo jak nie było otruć, a nawet zatruć. Wisielców, którzy ewidentnie sami się nie powiesili też nie było. Co zatem było?

Były warsztaty dla bibliotekarzy z pisarzami, ludźmi zajmującymi się literaturą kryminalną, były spotkania z autorami polskimi i nie tylko. Były dyskusje (czasem bardzo gorące) o naszej pracy, misji i rzeczywistości, która nas otacza. Wszystko to we wspaniałej atmosferze pełnej zrozumienia i życzliwości (alem napisał, tak jakbyśmy nie bawili się  przy okazji świetnie). Naprawdę, było widać, że na Kryminalną Konferencję Bibliotekarzy przyjechały osoby, które są nie tylko pasjonatami literatury, ale również bardzo aktywnymi zawodowo bibliotekarzami i bibliotekarkami.

Organizacja festiwalu stała na wysokim poziomie, a tłok panujący w klubach i salach, gdzie odbywały się spotkania i wykłady otwarte świadczył chyba bardzo dobrze o samym festiwalu.

Teraz pozostaje mi tylko zabrać się do lektury polskich i nie tylko kryminałów:) I oczywiście wykorzystać uzyskaną wiedzę z konferencji do poprawy bytu bibliotekarza oraz bytu czytelników.

I w tle konferencji – Wrocław miasto, które udało się choć trochę  zobaczyć w wygospodarowanym czasie wolnym. Miasto, które mnie urzekło, w którym widać, że się dzieje… Miasto, w którym trzeba się uzbroić w ogromną cierpliwość czekając na zmianę świateł z czerwonych na zielone (wrocławscy piesi są chyba jednymi z najbardziej cierpliwych w tym kraju, chociaż i tak sporo ludzi przechodziło na czerwonym:). Krasnoludki jeden na drugim, Ostrów Tumski, most pokutnic, Ossolineum, biblioteka uniwersytecka to tylko niektóre miejsca, które zdążyłem zobaczyć:) Z pewnością odwiedzę Wrocław w przyszłości. I zostanę tam dłużej, zobaczę więcej i ogólnie będzie cudownie:)

Teraz garść zdjęć (taka nieduża garść zdjęć).

Krasnal przy katedrze Marii Magdaleny

Krasnal przy katedrze Marii Magdaleny

 

Widok z mostu pokutnic

Widok z mostu pokutnic

 

Biblioteka Uniwersytecka

Biblioteka Uniwersytecka

To by było na tyle:)

 

P. S. Byłbym zapomniał. Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszy kryminał w Polsce dostała pani Gaja Grzegorzewska.

P. S. 2 A tak było na gali z okazji wręczenia nagrody:

 

Opublikowany w Praca, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Kriminal Breslau!!!

Posted by charliethelibrarian w dniu 23 Listopad 2011

Nadaję na gorąco:) Nie chwaliłem się wcześniej, ale udało mi się dostać na I Kryminalną Konferencję Bibliotekarzy, która odbywa się w mieście Wrocław w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Przepraszam wrocławiaków za tytuł wpisu, ale nie mogłem się powstrzymać.

I jakież to zadziwiające losy człowiecze są. Ja, który kilka wpisów temu deklarowałem mój stosunek do kryminałów, jako cokolwiek obojętny biorę udział w Festiwalu poświęconym literaturze, w której trup ściele się gęsto, prywatni detektywi śledzą czujnie a zmęczeni życiem i wódą policaje łapią morderców (pięknym stereotypem pojechałem, ale cóż:) Pierwsze wrażenia z mojego pobytu we Wroclove: dworzec mają rozkopany nieźle, chodniczki całkiem wąskie, ale za to na rynku budki przedświąteczne całkiem jak u nas w Krakau:) Ratusz fajny, plac Solny urokliwy, hotel po prostu super:) Widać również pełen profesjonalizm organizatorów. W hotelu przywitała mnie garść zaproszeń, pełen program, książka “Jak zostać pisarzem” i nawet bileciki Wrocławskiej Komunikacji Zbiorowej, którymi podążać mamy do miejsc warsztatów dla nas bibliotekarzy. Cieszy mnie ogromnie takie podejście organizatorów, świadczące o powadze i szacunku jakim darzą bibliotekarską brać, a raczej siostrzać, bo bibliotekarek na konferencji przytłaczająca większość:) Warsztaty zapowiadają się ciekawie, a imprezy Międzynarodowego Festiwalu również mnie przyciągną. Kto wie może po tej Konferencji zostanę zagorzałym wielbicielem literatury kryminalnej?

A tutaj macie link do kanału MFK na Youtubie, akurat kulinarne popisy pana Makłowicza:

I jeszcze trailer jednego z moich ulubionych seriali kryminalnych:

 

 

P. S. Obawiam się trochę, że organizatorzy Festiwalu postanowili zaprosić bibliotekarzy, zamknąć ich w sali wykładowej, zamordować jednego tajemniczo a potem przeprowadzić drobiazgowe śledztwo. Będę Was informował na bieżąco…

 

 

P. S. 2 A jeśli będę milczał…

 

Opublikowany w Praca, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Joanna Olczak-Ronikier “Korczak: Próba biografii”

Posted by charliethelibrarian w dniu 2 Listopad 2011

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Korczak w moim życiu funkcjonował do tej pory na zasadzie postaci mitycznej, znanego pedagoga, który zginął wraz z dziećmi, którymi się opiekował. Taki obraz wyniosłem ze szkoły. Sąd dziecięcy, nowatorskie metody wychowawcze, heroiczna śmierć i „Król Maciuś Pierwszy”. Taki schematyczny i bardzo płytki obraz Janusza Korczaka funkcjonował w mym umyśle. Och! Naiwności niemalże dziecięca, która sprawia, że spłycamy i upraszczamy tak wiele rzeczy. Na szczęście warto się Ciebie pozbywać dzięki lekturom takich książek jak opisywana poniżej.

Najsmutniejsza książka jaką przyszło mi czytać od bardzo dawna. Przeczytałem dzieje życia Korczaka z wciąż obecną w zakamarkach mego umysłu świadomością losu, jaki go spotkał. Nie udało mi się odciąć od tej wiedzy. I nawet wtedy, gdy autorka prowadziła mnie przez jego lata dziecięce z ojcem i matką, którzy jako Żydzi, walczyć musieli o uznanie w polskim środowisku. Nawet wtedy, gdy autorka poruszała interesujący moim zdaniem epizod w życiu Korczaka, który polegał na włóczeniu się po najgorszych melinach Warszawy, picia wódki z szemranym towarzystwem, nawet wtedy wciąż widziałem finalną scenę z filmu Wajdy. Świadomość końca Korczaka nie opuszczała mnie również, gdy czytałem o jego sukcesach, spełnianiu się marzeń, sławie literata, sukcesach pedagogicznych i naukowych. Zresztą sama autorka nie pozostawia nam żadnych złudzeń, co do przyszłości. Nawet w chwilach szczęśliwych, opisach dzieci, które wreszcie mogą się cieszyć życiem czai się widmo Zagłady.

W tej próbie biografii pełno jest ludzi ważnych dla Polski, ważnych dla naszej historii. Niektóre postacie nakreślone zostały bardzo wyraziście i mocno. Pełno jest również ludzi, których można określić jako ziarna, które zmielone zostały przez żarna młyna historii. Gdyby nie „Pamiętnik” i inne pisma Korczaka nikt nie pamiętałby o dzieciach, które zginęły straszną śmiercią tylko dlatego, że były małymi żydkami. Nikt nie znałby ich imion i cech, które na zawsze zostały uwiecznione przez pióro i ołówek Korczaka. I to jest w tej książce najbardziej wzruszające.

Podziwiam autorkę za styl, w jakim napisana i opowiedziana jest historia Korczaka, czyli Henryka Goldszmita. Jest rzeczowy i spokojny, ale nie suchy i beznamiętny. W sposób wyciszony i nie natarczywy prowadzi nas autorka przez kolejne siódemki lat życia pedagoga. (Ważny motyw w życiu Korczaka, który podzielił swe losy na okresy siedmioletnie). Przy okazji poznajemy świetnie nakreślony obraz społeczeństwa polskiego i problemów, które dotykały zasymilowanych Żydów. Korczak również stykał z nienawiścią i antysemityzmem, który w Polsce tuż przed wojną osiągnął naprawdę spore rozmiary. Jego reputacja wybitnego pedagoga, literata często przegrywała z atakami antyżydowskich środowisk. Dodatkowe nieprzyjemności powodował fakt, że należał do loży masońskiej (kolejna ciekawostka z życia Korczaka, o której nie miałem pojęcia). Wszystkie ataki brał na siebie i obracał na swą korzyść z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru.

Czytałem tę książkę i byłem wzruszony. Czytałem tę książkę i byłem pełen podziwu dla siły Korczaka. Czytałem tę książkę i byłem przerażony. Czytałem tę książkę i byłem pełen bezsilnej złości na świat i ludzi. Czytałem tę książkę i obiecywałem sobie, że będę lepszym człowiekiem.  Czy coś z tych obietnic składanych samemu sobie zostanie zrealizowanych? To będę wiedział tylko ja, ale jak mawiał Stary Doktor w marzeniach tkwi siła.

 

P. S. Wybrałem zdjęcie okładki bez obwoluty, moim zdaniem lepiej wygląda. Bardziej pasuje do treści.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Ignacy Karpowicz “Balladyny i romanse”

Posted by charliethelibrarian w dniu 18 Październik 2011

Ignacy Karpowicz "Balladyny i romanse"

Ignacy Karpowicz "Balladyny i romanse"

Bogowie i idee, wszyscy sobie mieszkają w niebie nieb i wraz z rozwojem cywilizacji ludzkiej również się zmieniają. Na przykład bogini zwycięstwa Nike prowadzi na ziemi firmę sportową pod własnym imieniem i idzie jej dobrze, Jezus ma problemy z rodziną i własną osobą w trzech osobach czy jakoś tak. Mojry siedzą i zajadają się herbatnikami, a Atena, ta cnotka niewydymka, po ugodzeniu strzałą amora zakochuje się w Ozyrysie, który jest bliskim kumplem Jezusa, a swoje genitalia trzyma w pudełku. Cały panteon bogów żyje w niebie nieb zapominając powoli o swojej boskości. Jakoś tak przędą, przychodzi jednak kwestia Ostatecznego Rozwiązania i bogowie po wielkiej imprezie z okazji pogrzebu Ozyrysa i Ateny zstępują na ziemię. Wszystkie idee, postaci bajkowe, mity, legendy, jakie kiedykolwiek stworzył człowiek istnieją i one również muszą podjąć decyzję czy na zawsze zejść na Ziemię, czy może zostać w niebiańskim niebie. Nadszedł bowiem kres transcendencji.

A na Ziemi w tym czasie, dokładniej w Białymstoku, pięćdziesięcioletnia Olga przeżywa młodzieńczą miłość z nastolatkiem, który po uderzeniu w głowę zaczął używać języka polskiego w sposób poprawny. Ba! Nawet wykształciło się u niego sumienie. Inna kobieta, spowinowacona z Olgą, lecz znacznie młodsza Anna również ma chrapkę na młodego. Obydwie dostaną to słodziutkie młode ciacho w swoje objęcia. To tyle z Białegostoku. Warszawka tymczasem to Kama, będąca w ciąży katoliczka, która traci wiarę w Boga, w momencie, gdy uniknęła śmiertelnego wypadku. Jej mąż cofa się mentalnie do wieku lat dwunastu i dziwi się nowemu wspaniałemu, kolorowemu miastu, które wygląda zupełnie inaczej, niż zapamiętał. Jego kumpel Paweł, który jest czynnym i biernym homoseksualistą stracił miłość życia, po tym jak Maciek (to miłość życia) złapał go w klubie na oralnym zaspokajaniu innego mężczyzny w darkroomie. Jest jeszcze Rafał filozof, który uprawia maraton onanizmu podczas nieobecności narzeczonej i Bartek jego kumpel. Napakowany sterydami wykładowca statystyki, który rzuca pracę i spotyka na swej drodze Balladynę (ale to później). Losy tych ludzi zostaną ze sobą splecione, dzięki obecności bogów w ich życiu, którzy zejdą na Ziemię. To tyle fabuły.

Gdy skończyłem czytać tę książkę mą duszą wstrząsnęło mocne UFFFFFFF! Kurwa nareszcie! Ależ to była cegła! Cegła może momentami zabawna, zaskakująca, ale jako całość zwyczajnie nudna i męcząca. Chryste! Jezusie (który według Karpowicza ma spore problemy z określeniem swojej tożsamości, swego JA w trzech osobach) Nazareński! Sięgnąłem po Karpowicza, bo w końcu Karpowicz finalistą Literackiej Nagrody Nike jest i Paszport Polityki otrzymał. A to winno być wyznacznikiem jakości. Jakiej kur… jakości? Nie to, żeby autorowi nie zdarzały się momenty. Owszem momenty były. Momenty, w których parsknąłem śmiechem lub pokiwałem głową z uznaniem, gdy przeczytałem dobre porównanie. Ale autor zasypał mnie  ironicznymi, groteskowymi tekstami, a wszystkie one podane w takiej ilości, że dzieje się to za szybko. Odniosłem wrażenie, że Karpowicz zachowuje się na kartach książki jak właściciel psa, którego nie może utrzymać na smyczy. Z tymże nie mamy tutaj do czynienia z psem, a z językiem polskim, nad którym Karpowicz zwyczajnie nie panuje. Puścił go samopas, a ten wyczynia wygibasy, które owszem są błyskotliwe i interesujące. Jednak jest ich tak dużo, że same się przygniatają, tłoczą i giną. Tak zwyczajnie giną w tłumie, albowiem żadna figura gramatyczna się nie wyróżnia, bo jedna lepsza od drugiej, a wszystkie takie same. Wszystkie takie pseudo. Pseudo to dobre słowo określające książkę Karpowicza.

Przeczytałem książkę głównie ze względu na jej obecność w finale Nike. Opinie na różnych blogach na ogół pozytywne. Wskazujące na ogromne poczucie humoru, ironię i bezczelność. Nastawiony do lektury byłem raczej pozytywnie. Och! Jakież rozczarowanie, jakaż żałość zalała mą duszę. Nie dostałem tego czego się spodziewałem. Zostałem oszukany. Lektura książki nie była nawet rozrywką, była męcząca. Przypominam, że nie byłem nastawiony negatywnie, lecz pozytywnie. Nie miałem również wielkich oczekiwań, nadziei. Liczyłem na kawał dobrej literatury (czy to dużo?! Pytam się Was?). Dostałem pseudo literaturę. Taka ma opinia o tej książce jest. I jeśli nie dopatrzyłem się drugiego dna, trzeciego oka, czwartej ręki to moja wina. Wszak jestem tylko człowiekiem. I żeby nie było – książka ma swoje momenty. Najbardziej podobały mi się fragmenty dotyczące życia bogów w niebie nieb. Zdecydowanie tutaj Karpowicz wykazał się inteligencją, błyskotliwością i  poczuciem humoru. To jednak za mało, by zatrzeć niedobre wrażenie. Fabuła poza tym kiepskawa, w ogóle mogłoby jej nie być. O! Genialny pomysł mam! Wystarczy wydać tylko fragment z niebiańskim miastem i książka będzie świetna!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 11 »

Philip K. Dick “Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”

Posted by charliethelibrarian w dniu 26 Wrzesień 2011

Philip K. Dick "Trzy stygmaty..."

Philip K. Dick "Trzy stygmaty..."

Greetings Ziemianie! Dziś nie będzie klasyki dziewiętnastowiecznej tylko coś znacznie bliższego naszym czasom, choć również zaliczane do klasyki, ale gatunku science – fiction! “Trzy stygmaty…” to według najzagorzalszych fanów  s-f absolutne must known! Wpadła mi w łapki zupełnie przez przypadek i mając świadomość, że kiedyś w zamierzchłych czasach już ją przeczytałem, postanowiłem rozwiać mgłę wspomnień i lekturę sobie odświeżyć. Philip K. Dick to Guru dla wielu miłośników s-f. Jego książki i opowiadania zdobyły wiele nagród, stały się ikonami oraz podwalinami literatury science – fiction. Choć jego dzieła mogą i są uznawane za typowe dla gatunku, nie znajdziemy tutaj zbyt wiele tak zwanej hard s-f. Dick skupia się bardziej na surrealistycznym ukazaniu rzeczywistości, którą ciężko jednoznacznie sklasyfikować i określić.

W “Trzech stygmatach…” widzimy Ziemię na początku dwudziestego pierwszego wieku. Ziemię, która przechodzi gwałtowne zmiany klimatyczne, jest na niej gorąco jak w piekle. Człowiek, który wyjdzie w południe na ulicę, usmaży się bardzo szybko. Na Antarktydzie bogacze spędzają czas w kurortach, a ONZ zasiedla Marsa, Wenus i księżyce różnych planet kolonistami, którzy nie pragną podbijania kosmosu. Poznajemy jednego z bohaterów książki, w momencie, gdy budzi się na kacu obok niezłej dupy. To Barney Mayerson, który jest jasnowidzem w wielkiej korporacji. Swoje zdolności wykorzystuje do przewidywania, czy dany produkt stanie się modny w następnym sezonie. Barney powoli i systematycznie piął się po szczeblach kariery. Poświęcił wszystko – łącznie ze swoim małżeństwem. Nic więc dziwnego, że gdy dostał powołanie do bycia kolonistą, kombinuje jak się tutaj z tego wywinąć. Jego szef Leo Bulero, to typ, który handluje nielegalnym narkotykiem, rozprowadzanym wśród kolonistów. Narkotyk nazywany Can-D sprawia, że koloniści odrywają się od ponurej i beznadziejnej rzeczywistości swoich baraków i wracają na Ziemię. Niezbędnym czynnikiem wywołującym wizję powrotu na Ziemię, są miniaturowe zestawy dla lalki zwanej Perky Pat, które produkowane są wyłącznie przez firmę Leo Bulera. Leo trzyma więc w garści wszystkie kolonie i kosi ogromną kasę zarówno ze sprzedaży zestawów, jak i z handlu narkotykiem. Sielankę przerywa wiadomość o powrocie z układu Proximy sławnego przedsiębiorcy, Palmera Eldritcha. Palmer wprowadza na rynek nowy narkotyk, który uzyskał od mieszkańców Proximy. Jest on dużym zagrożeniem dla produktu Leo. Po pierwsze ONZ uznaje jego legalność, po drugie “wizje” są znacznie lepsze. Rozpoczyna się pojedynek i wyścig z czasem.

Tyle można powiedzieć o warstwie fabularnej książki. Reszta to niepokojące i ponure opisy wizji i halucynacji, jakich doznają bohaterowie książki po zażyciu obydwóch rodzajów narkotyków. Nic nie jest do końca pewne, a rzeczywistość zmienia swe kształty, szybciej niż Jan Maria Rokita partie polityczne. Palmer Eldritch okazuje się być czymś więcej niż przedsiębiorcą, Barney przeżywa pokutę za popełnione grzechy, a Leo, który jest ulepszonym człowiekiem w wyniku przyśpieszonej ewolucji widzi w sobie zbawcę ludzkości. Dzieje się dużo i szybko, nic nie jest pewne. Nie wiemy czy bohaterzy naprawdę przenoszą się do innych światów, czy mogą podróżować w czasie i przestrzeni,  nie wiemy kiedy mamy do czynienia z opisem narkotycznej wizji, a kiedy z “rzeczywistością”. Autor nie daje nam tego komfortu cały czas zasiewając w nas ziarno wątpliwości.

Mroczna i ponura jest to historia. Pesymizm bije z każdej stronicy, a wizja przyszłości również nie jest zbyt kolorowa. W opowieści Dicka nie znajdziemy żadnego solidnego punktu oparcia, a zakończenie zamiast uspokoić zwiększa uczucie swędzenia z tyłu głowy, świadczące o niepokoju zasianym przez autora. Dick jest pisarzem, który stale podważa istnienie realnego świata. W “Trzech stygmatach…” nie wiadomo, w której warstwie “rzeczywistości” akurat znajdują się bohaterowie, a wraz z nimi czytelnik. Poza tym, pod koniec mamy dużo metafizycznego gadania, o naturze rzeczywistości.

Lektura godna polecenia, ale jeśli ktoś nie spotkał się wcześniej z prozą Dicka, może być ciężko.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Bernard Werber “Szkoła bogów”

Posted by charliethelibrarian w dniu 28 Sierpień 2011

Bernard Werber "Szkoła bogów"

Bernard Werber "Szkoła bogów"

Jak tam weekend ostatni wakacyjny? Dobrze mija, na błogim lenistwie, czy aktywnie i szybko?

Ja bez bicia się przyznam, że lenię się, aż miło:)

Skończyłem czytać książkę i powiem Wam, coś co pewnie sami doskonale wiecie. Otóż książki są różne. Miażdżące, wgniatające w fotel, odmieniające życie człowieka, zmuszające do zadawania pytań – jednym słowem takie po lekturze, których, albo w trakcie lektury nie można przejść obojętnie. Otóż “Szkoła bogów” taką książką… nie jest. Dawno nie czytałem tak przeciętnej książki. Tak przewidywalnej, monotonnej i naiwnej. Może moje negatywne odczucia po przeczytaniu tego “dzieła”  wzięły się z tego, że książka ta ma jakieś “wyższe” aspiracje. Nie jest tylko fantastyczną opowieścią, ale jakąś wykładnią filozofii, religii, humanizmu czy metafizyki. Pytania o moralność, historię ludzkości cały czas przewijają się na kartach tej powieści. I dla mnie dało te efekt nudnego ględzenia i zbędnej grafomanii.

Fabuła – jakiś Francuz, co to był aniołem trafia na wyspę Aeden. Do miasta Olimpia, gdzie mamy pełno centaurów, latających wróżek, starożytnych bogów i ponad stu czterdziestu Francuzików i Francuzek. Mamy tutaj postaci z historii znane np. Wolter, Saint – Exupery i wielu innych. Po cóż ci osobnicy zostali zgromadzeni w tym mieście? Ano będę kształceni przez greckich bogów właśnie, w rzemiośle bycia bogiem! Dostają własną kulę, własny świat i własne plemiona, które pod ich opieką mają przechodzić na kolejne stany świadomości. I tutaj mamy opisy tych ludów, ich rozwoju i tak dalej, i tak dalej. Czytając to czułem się jakbym grał w Cywilizację.Oprócz rozwijania swoich plemion bogowie-uczniowie są mordowani przez jednego z nich, próbują się dostać na świętą górę, żeby zobaczyć co tam się kryje, i tak dalej i tak dalej.

Co mnie uderzyło w tej książce to ogromna niespójność, pomieszanie z poplątaniem. Oczywiste oczywistości i totalny debilizm głównego bohatera jeśli chodzi o niektóre rzeczy. Przecież kolo był aniołem, przeżył swoje życie na ziemi, a czasem zachowuje się jak dzieciak.

Mitologia grecka i rzymska jest mi bardzo dobrze znana, dlatego też fragmenty opisujące historię poszczególnych bóstw nudziły mnie. Historia ludów na “Ziemi 18″ dziwnym trafem przypomina historię wielu ziemskich cywilizacji. No nudy po prostu. Jedyny plus to duża czcionka i prosty język. Dlatego czytało się to w miarę szybko. I kilka ciekawostek jakie wychwyciłem z lektury, a o których nie miałem pojęcia.

To by było na tyle. Nie polecam tej książki, chyba, że ktoś chce sobie przypomnieć mitologię.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Trupojad: nie ma ocalenia. Antologia.

Posted by charliethelibrarian w dniu 27 Marzec 2011

Trupojad

Trupojad

Horror – Charlie uwielbia, horror – Charlie kocha, horror – Charlie może zawsze i wszędzie :) A dzięki uprzejmości autora bloga o horrorze: horrorstory Charlie otrzymał dwie antologie polskich autorów tego gatunku. Teraz drogie dziatki wasz kochany bibliotekarz Charlie opowie Wam o tym, że Polacy nie kiepy i swoje horrory mają.

Jak to z antologiami bywa, opowiadania często prezentują nierówny poziom i czasem trafi się na perełkę a czasem człowiek pomyśli tylko WTF? Nie inaczej jest w tym zbiorze. Dodatkowo jeśli się dobrze zorientowałem prezentowani autorzy raczej profesjonalistami nie są ale bardzo chcą nimi być. Czasem za bardzo.  Piętnaście opowiadań, piętnastu autorów i autorek, polska myśl horrorystyczna (Firefox podkreślił mi na czerwono – stworzyłem nowe słowo! edit: ktoś napisał tak już wcześniej :( Charlie jednak nie dane Ci wstąpić na Parnas) a więc jedziemy Alleluja i kto w horror wierzy za mną kur*a! Chcecie się bać wiecznie?! Jadymy!

1. Piotr Połubiński: “Z pamiętników obłąkanego grabarza: Trupojad”

Grabarz co to sobie jakieś tajemnicze biznesy na cmentarzu kręci i ma problemy z ghulem, który wyjada mu truposzki i nie sprząta po obiedzie fleja jedna. Czarny humor, cmentarny syf, makabra i obrzydliwy ghoul do tego grabarz, którego zwyczajnie nie lubię – warto, warto! Muchy, muchy, wszędzie muchy!

2. Alicja Getek: “Cyklon”

Następne opowiadanie: very, short story o tym, że lepiej puszczać bąki bo inaczej… (Nie mogę więcej zdradzić bo spieprzę zakończenie). Takie sobie.

3. Daniel Greps: “Pokój”

W następnym opowiadaniu dowiemy się, że lepiej nie kupować mieszkania od emerytek bo to stare wredne baby co zawsze nam jakieś kukułcze jajo podrzucą. Tym razem starucha sprzedała mieszkanie z pokojem, do którego lepiej nie zaglądać bo… możemy się naprawdę przejechać. Opowiadanko całkiem spoko. Chyba je gdzieś wcześniej czytałem, mam takie wrażenie.

4. Robert Cichowlas: “Cierpliwość”

Jak tatuś zabierze do cyrku to nie ma ch”ja w mieście. Oj, czasem tatuś może się nieźle przejechać i niestety zasłuży na karę, która na pewno mu się nie spodoba. Niezłe.

5. Jakub Małecki: “Opowieść oszusta”

Korporacja to zło, praca w korpo niszczy naszą duszę, wyżyma z nas wszystko, wysysa ze szpiku wszystko jak głodny ludożerca. Ale co gdy przyjdzie do nas inne zło, bardziej namacalne, takie kurwa prawdziwe wręcz. Demonica, szatanica czy co tam się w piekle lęgnie. I to zło będzie miało dla nas bardzo interesującą ofertę? NIE PODPISUJMY NICZEGO bo ze złem jak z bankami – i tak na końcu zostaniemy wyruchani w dupę bez mydła! Świetny pomysł, super napisane, podobało się Charliemu bardzo!

6. Robert Wieczorek: “Melodie naszych sąsiadów”

Peerelowskie bloki doskonale przewodzą dźwięki, lepiej jednak nie słuchać co gra w duszach naszych sąsiadów bo możemy od tego sfiksować i to całkiem porządnie. Ujdzie nawet bardziej niż ujdzie.

7. Krzysztof Gonerski: “Prezent”

Jak się ma męża seryjnego mordercę to się nie może skończyć dobrze… Bardzo takie sobie.

8. Tomasz Duszyński: “Zniknięcie”

Tajemnicze zniknięcia, bla bla bla, prywatny detektyw, bla bla bla, rejs luksusowym statkiem, bla bla bla, krąg wzajemnych podejrzeń, bla bla bla, niemiłe zaskoczenie na koniec, bla bla bla. Oj, mocno to przegadane a pointa taka średnia i opowiadanie też średnie.

9. Paweł Pietrzak: “Szczelina”

Peerelowskie bloki mają swoje lata i czasem zdarza się, że pojawi się w nich szczelina, z której mogą wyjść pewne niezbyt przyjemne rzeczy. Ujdzie.

10. Tim Borys: “Renowator”

Stare meble często zawierają w sobie coś więcej niż tylko stetryczałe korniki. A jeśli jeszcze należały do mistrza horrorów może z tego wyjść niezły bajzel. Interesujące, ciekawe, fajne.

11. Aleksandra Zielińska: “Wierna rzeka”

Światy żywych i umarłych często mylą się zarówno jednym i drugim a granica, która je oddziela czasem może być niezbyt szczelna. Fajny pomysł, trochę oczywiste ale niezłe.

12. Radosław Kowalik: “Moja lewa ręka”

Jestem poczytnym pisarzem, zawsze piszę prawą ręką, jak sobie złamię prawą rękę to będę musiał pisać lewą a wtedy… Nie podobało mi się zupełnie, przewidywalne i jakoś tak dziwnie napisane.

13. Anna Szczęsna: “Z miłości do ciała”

NEKROFILIA – BŁE, FUJ!

14. Wiesław Karasiński: “Obowiązek szkolny”

WTF? (Mam nadzieję, że to wystarczy za komentarz).

15. Paweł Paliński: “Na południe od wtedy, na północ od teraz”

Jak cię biją przez całe życie i jesteś pośmiewiskiem w dzieciństwie to później będziesz chodził i mordował ludzi! Nie daj się – oddawaj w dzieciństwie bo później pozbawisz życia wielu ludzi. Takie sobie.

Ogólnie wrażenia po lekturze pozytywne, potencjał w narodzie jest i horror w Polszcze ma się dobrze. Przy niektórych opowiadaniach zwyczajnie nie chciało mi się nic więcej pisać – górę bierze wrodzone lenistwo. Lekturka szybka w miarę przyjemna. A i wiem, że ciężko uznać za recenzję tekst w stylu: niezłe, takie sobie, dobre ale dziś tak będzie i już! Merytoryczne argumenty zostawiam na dyskusje na poważne tematy takie jak: czy Wyborowa lepsza jest od Czystej Żołądkowej De Luxe czy nie?

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Bizarro… bitch!

Posted by charliethelibrarian w dniu 26 Marzec 2011

Oj chyba odkryłem coś niesamowitego i dla mnie zupełnie nowego. Gatunek literatury nazywany bizarro fiction. Z tego co mi mówi wikipedia: bizarro fiction to gatunek literatury współczesnej wykorzystujący elementy absurdu, satyry, groteski. Wiki podaje dalej, że bizarro najbliżej do science – fiction i horroru niż do awangardy czy dadaizmu, jednak takie elementy również znajdziemy w bizarro.

Dlaczego przykuło to moją uwagę? Otóż jak w zwykle w przepaściach internetu znalazłem informację o takiej książce:

 

Nie będę ukrywał, że zainteresował mię tytuł tejże powieści napisanej przez Camerona Pierce’a, tytuł w wolnym tłumaczeniu może brzmieć: Dupo Gobliny z Auschwitz albo Gobliny-dupy z Auschwitz albo może jeszcze inaczej. Fabuła (za Amazon.com): najpierw w ingliszu:

“In a land where black snow falls in the shape of swastikas, there exists a nightmarish prison camp known as Auschwitz. It is run by a fascist, flatulent race of aliens called the Ass Goblins, who travel in apple-shaped spaceships to abduct children from the neighboring world of Kidland. Prisoners 999 and 1001 are conjoined twin brothers forced to endure the sadistic tortures of these ass-shaped monsters. To survive, they must eat kid skin and work all day constructing bicycles and sex dolls out of dead children.

While the Ass Goblins become drunk on cider made from fermented children, the twins plot their escape. But it won’t be easy. They must overcome toilet toads, cockrats, ass dolls, and the surgical experiments that are slowly mutating them into goblin-child hybrids.

Forget everything you know about Auschwitz…you’re about to be Shit Slaughtered.”

A teraz po mojemu, pokrótce chodzi o to, że w świecie gdzie spada czarny śnieg w kształcie swastyk, mamy obóz koncentracyjny w Auschwitz. Obóz prowadzony jest przez rasę obcych, którzy wyznają ideologię faszystowską a zwią się właśnie Dupo Gobliny. Podróżują oni statkami kosmicznymi w kształcie jabłek, by porywać dzieci z sąsiedniego świata Kidlandii. Więźniowie o numerach 999 i 1001 to bracia syjamscy, którzy muszą znosić sadystyczne tortury dupokształtnych potworów. Aby przetrwać muszą jeść skórę dzieci i pracować cały dzień przy produkcji rowerów oraz sex lalek, które są robione z martwych dzieci.

Bracia wymyślają plan ucieczki, który przeprowadzają podczas gdy Dupo gobliny są pijane ciderem ze sfermentowanych dzieci. Ale na ich drodze czeka bardzo wiele przeszkód takich jak kiblowe ropuchy, cockrats – stawiam na fiutoszczury, chujoszczury, kutasoszczury albo coś w ten deseń (chociaż kutasoszury brzmią chyba najlepiej) i jakieś tam chirurgiczne eksperymenty.

I sloganik na końcu: Zapomnij wszystko co wiesz o Auschwitz – zostaniesz nieźle wyjebany? zajebany? Niestety nie wiem jak przetłumaczyć ten idiom:  Shit slaughtered.

Opis tej książki sprawił, że zapragnąłem ją mieć tu i teraz, zaraz ale już, natychmiast ku**a! To musi być taki kosmos, że po prostu maskra (tutaj słownictwo Charliego stało się tak proste jak konstrukcja cepa, albowiem gdyż oraz już i ponieważ aczkolwiek wciąż, Charlie w momentach dużej ekscytacji zapomina, że język jego ojczysty jest przebogaty jak skarbiec Sknerusa McKwacza). Niestety z tego co sprawdziłem chyba nie ma jeszcze książek z tego gatunku u nas. I solennie obiecuję, że jeśli będę cierpiał na nadmiar gotówki zakupię sobie książki tego pana Camerona Pierce na Amazon.com bo innej drogi chyba nie ma. Obietnice mogę składać bo szczerze mówiąc nie wiem kiedy będę miał nadmiar gotówki.

A może zainteresować tym jakieś polskie wydawnictwo? Albo jeszcze lepiej – samemu zacząć pisać bizarro fiction!

Wyobrażacie to sobie Charlie bibliotekarz i jego najnowsza powieść “Moher punch from Mars” albo inna powieść “Świt Odysei” (eee… nie to chyba już gdzieś było i jest bardzo ale to bardzo bizarro).

I mam trochę obaw przed tym amazon.com bo to i w dolarach się płaci, i że niby ze Stanów to leci, to chyba drogo wychodzi. Ale może czas spróbować.

W każdym bądź razie od tej pory intensywnie przeszukuję sieć w poszukiwaniu informacji o tym gatunku i zbieram pieniążki!

Dobra stronka o bizarro: bizarro central

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Eduardo Mendoza “Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa”

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Luty 2011

Eduardo Mendoza "Niezwykła..."

Eduardo Mendoza "Niezwykła..."

Ostatnio w przeczytanych przeze mnie książkach motywem przewodnim jest motyw podróży. Czytałem o dzielnym astronaucie, pisałem o jeszcze dzielniejszej kobiecie, która dyktuje książki zza światów. Teraz będzie o niezwykłym podróżniku z początków naszej ery. Chciałbym przedstawić Wam Pomponiusza Flatusa, obywatela rzymskiego, człowieka niezwykle ciekawskiego, fizjologa i badacza, który wiedziony nadzwyczajnym głodem przygód wyrusza wszędzie tam gdzie usłyszy historie o jakiś niezwykłych wodach. Gdy dociera nad te wody natychmiast próbuje empirycznie, czyli na sobie działanie magicznych wód. Z reguły wody mają magiczny skutek w postaci sraczki lub delikatniej mówiąc biegunki. I tak wędruje sobie Pomponiusz od jednych magicznych wód do drugich i stale towarzyszy mu jego nieodłączna towarzyszka bieguneczka, której raczej nie polubił, ale którą taktuje jako dopust bogów za swą nadmierną ciekawość i żądzę wiedzy. Poznajemy go w momencie gdy pozbawion konia oraz majątku trafia w ręce koczowniczego plemienia Arabów, którzy “gdy dają sobie od tyłu, kłaniają się przedtem stukrotnie i wypytują o zdrowie i stan interesów”. Zresztą motyw dawania od tyłu przewija się przez całą historię Pomponiusza, ale nie ma się co dziwić przecież to świat antyczny a wtedy raczej dawanie sobie od tyłu było w dobrym tonie. Wracając do Pomponiusza Arabowie odstawiają go do rzymskiego obozu. Po czym z jednym z urzędników rzymskich wędruje do Nazaretu. Gwoli przypomnienia mamy początek naszej ery, co nie jest bez znaczenia dla dalszych przygód Pomponiusza. W Nazarecie Pomponiusz dowiaduje się o zbrodni jaka została popełniona na bogatym i bogobojnym obywatelu Nazaretu, a oskarżonym i skazanym na ukrzyżowanie za tę zbrodnię jest cieśla Józef. Pomponiusz zostaje wynajęty przez syna cieśli, kilkuletniego rumianego blond chłopca o imieniu Jezus! jako prywatny detektyw. Nie będę opowiadał całej historii choć Pomponiusz mi świadkiem, że korci mnie strasznie. Pokrótce – Pomponiusz okazuje się gościem nie w ciemię bitym, choć o słabym żołądku i niewyregulowanych jelitach (co w pewnym momencie okazuje się kluczowe dla biegu wydarzeń). Pomponiusz to typowy człowiek swoich czasów – wykształcony filozof, który swych rzymskich bogów uważa za mit a żydowskiego boga ma za nic. Oczytany badacz, krasomówca a jednocześnie tchórz i konformista. Zna się świetnie na ludziach i potrafi wykorzystać tę wiedzę jednak nie czyni tego wyłącznie dla swego dobra.

Co jest motywem książki – mógłbym być złośliwy i powiedzieć, że dawanie od tyłu i problemy gastryczne głównego bohatera ale to byłoby strasznie płytkie. Książka jest inteligenta, ironiczna, sarkastyczna i mądra. Intryga kryminalna nie jest może jakaś zawiła ale pomieszanie historii, osób, wydarzeń, znanych z Biblii i innych książek wywołuje uśmiech. A dodatkowe odnajdywanie takich smaczków sprawia jeszcze większą przyjemność z lektury. Oczywiście można się pokusić o porównywanie historii Mendozy z Biblią, ale nie wolno przesadzać i na opowieść pana Eduardo należy patrzeć z przymrużeniem oka. Bo choć jest to historia, w której występują tak dobrze nam znane postaci, to jednak jest to fikcja literacka. Mendoza jak Jezus pokazał, że nie wolno oceniać ludzi po okładce – bogobojny obywatel okazuje się łotrem, puszczający bąki głodomór mędrcem a dziwka kobietą o dobrym i szlachetnym sercu. Wciągająca, pełna dobrego humoru i zabawna. Wartka akcja i nieoczekiwane zbiegi okoliczności dodatkowo przyczyniły się do tego, że lektura była czystą radością. Mendoza zafundował mi naprawdę niezwykłą podróż.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.