Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘literatura polska’

Mariusz Kaszyński “Rytuał”

Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Luty 2012

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

 Jak wspominałem przy “Tańcu…” wreszcie mam czas zająć się książkami leżącymi odłogiem. “Rytuał” zacząłem czytać przed moim karnawałem z Martinem i teraz postanowiłem dokończyć.

Co mamy moi drodzy w tym horrorze? Grupkę pracowników jednego oddziału banku, którzy zaczynają ginąć w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach przyrody i nie tylko. Dlaczego giną? Czy powodem jest zemsta zza grobu, psychopata czający się gdzieś w mroku, a może krasnoludki, które wreszcie przestały sikać do mleka i zajęły się poważniejszą robotą? Nie powiem Wam, choć szczerze mówiąc sprawca morderstw praktycznie zaraz się ujawnia i jeśli był jakiś element zaskoczenia i napięcia to ja go przegapiłem. Dobra powiem Wam, to pradawny Zły, który żre ludzi od tysiącleci i ma nas za pokarm i plugastwo. Nie ma tutaj praktycznie żadnej zagadki i nastroju grozy. Wszystko takie schematyczne i przewidywalne. No, może okoliczności przyrody są w miarę ciekawe. Choć niektóre zgony są mocno naciągane (koty, które zadrapały młodą kobietę na śmierć? Serio?!). Ale mamy przecież do czynienia z potężnym Złym, który lubi krwawe porachunki i to akurat mię cieszyło. Było bowiem całkiem sporo krwi i flaków, dość barwnie opisanych.

Główny bohater Grzegorz Natanowski mnie irytował. Facet ma przyjaciółkę od dzieciństwa, przez młodzieńcze lata, a teraz nawet pracują razem i w ogóle się nie zorientował, że Renata jest napalona na niego jak Arab na kurs pilotażu. Co za matoł! Ale na szczęście później walczy ze Złym jak prawdziwy heros i załatwia paskudę, a nawet jego potomka:)

Książka nie była zła, ale nie była również dobra. Ot, do przeczytania na raz. W miarę dobrze napisana, kilka niezłych tekstów, kilka trafnych spostrzeżeń dotyczących współczesnej nam Polski, kilka literówek. Ogólnie taka obojętna. A to chyba źle, bo jak mawiał pewien apostoł, który podobno ostro eksperymentował z różnymi substancjami psychotropowymi, przed prawie dwoma tysiącami lat:

“Znam Twoje czyny, że ani zimny, ani gorący jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni ani gorący, ani zimny – chce Cię wyrzucić z mych ust.” (Ap. 3,15-16)

Ja mam wrażenia letnie po lekturze książki Kaszyńskiego. Ot, przeczytałem i znam. A za jakiś czas pewnie zapomnę. Ale okładka bardzo fajna.

 

P. S. Baj De Łej wczoraj minęły drei jahren od założenia mojego bloga. Jak ten czas szybko leci. A moja wątroba choć w strzępach to jednak jakoś się trzyma:) I szarych komórek jakby trochę mniej…

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Antologia “31.10. Halloween po polsku”

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Styczeń 2012

"31.10. Halloween po polsku"

"31.10. Halloween po polsku"

 Ech, jak zwykle rychło w czas Charlie czyta książki. Po Halloween już śladu nie ma, wszystkie żywe trupy grzecznie wróciły do grobów lub rozłożyły się w sposób jak najbardziej elegancki. Wiedźmy porzuciły miotły i przeniosły się do dziekanatów i wszelkiego rodzaju urzędów, na swoje posadki. Co do duchów to wessane zostały do odkurzacza i miotają się teraz wśród drobin kurzu i jednogroszówek (widzieliście kiedyś zawartość worka do odkurzacza? Nie wiem naprawdę skąd się bierze tyle tych monet tam… To prawie tak jak ze skarpetkami, moje udają się do skarpetkowej Valhalli po każdym praniu). Dobra, ale ja nie o tym, nie o tym.

O książce „31.10.Halloween po polsku” czytałem już na kilku portalach, akcja spodobała mi się i sobie ściągnąłem tego ebooka. Tak moi drodzy ebooka albowiem książka nie ma swojej papierowej wersji i istnieje tylko w postaci cyfrowej. I jest jeszcze coś ważnego w tej antologii. Otóż jest ona za zupełną darmochę! Ściągnąć sobie może każdy i każdy może przeczytać!

Nie będę ukrywał, że długo zwlekałem z lekturą, gdyż zwyczajnie podchodziłem do czegoś, co jest za darmo jak pies do jeża. To znaczy obawiałem się jakiejś grafomanii, która poziomem dorównuje depresji w Żuławach Wiślanych. Takie miałem głupie wyobrażenie, że jak piszą za darmo książki to pewnie badziew. Na szczęście lektura okazała się solidnym pacnięciem w potylicę, że Charlie nie powinien oceniać książki po okładce, ani tym bardziej po cenie.

Dwudziestu pięciu autorów i trzydzieści cztery opowiadania. Opowiadania przeróżne, od typowych historii o duchach (Anna Rybkowska “Autostopowiczka“), po historie o żarłocznych lodówkach (Mariusz Zielke “Żarłoczne lodówki“). Niektóre teksty zabawne, ironiczne. Inne opowiadania z kolei śmiertelnie poważne, trochę na siłę starające się stworzyć straszny klimat. Jednak ogólnie cały zbiór czytało się dobrze. Czasem tylko zżymałem się na banalny pomysł i kiepskie wykonanie. Niestety duża ilość opowiadań sprawiła, że bardzo szybko wylatują z pamięci. Moje szare komóreczki (w liczbie dwóch ostatnich weteranów) nie radzą sobie z gromadzeniem danych i informacji tak dobrze jak dawniej. Postaram się je jednak zmusić do maratonu pamięciowego i wymienię kilka opowiadań, które na owych dwóch szarych komórkach zrobiły wrażenie. W antologii brakowało mi żywych trupów, najbliższe tej tematyce było opowiadanie “Noc żywych awatarów” Wala Sadowa – interesujący pomysł, napisane z humorem i dość ciekawie. Inne opowiadanie, które zaintrygowało dwie szare komórki (nazywam je Pinky i Mózg) było bardziej fantastyką, niż opowieścią grozy. To “Nikczemnik” Antoniny Kostrzewy, historyjka o młodym adepcie magii, co chce zostać potężnym czarnoksiężnikiem, aż prosi się o rozwinięcie jego przygód. Dwie szare komórki – dwa opowiadania.

Jakie wrażenie po lekturze? Bać się nie bałem. Jestem już dużym chłopcem i swoje widziałem, jeśli chodzi o horror. Kilka ciekawych pomysłów, kilka takich, które mnie niczym nie zaskoczyły, a nawet trochę zirytowały. Ogólnie nie jest źle, ale szału nie ma. Mogę rzec, że “31.10. Halloween po polsku” zdecydowanie nie jest na poziomie  Żuław Wiślanych – jest znacznie, znacznie wyżej:)

„31.10. Halloween po polsku” jest dobrą antologią i można się z nią zapoznać.

Tutaj strona projektu: 31.10.pl.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Stanisław Lem “Szpital przemienienia”

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Grudzień 2011

Stanisław Lem "Szpital..."

Stanisław Lem "Szpital..."

Coraz bardziej wsiąkam i zanurzam się w Lemie. Skończyłem właśnie jego pierwszą książkę napisaną ponad sześćdziesiąt lat temu. U Lema nie ma znaczenia jak dużo wody w Wiśle upłynęło, jego proza wciąż się podoba, wciąż intryguje i zmusza do zastanowienia się nad naszym życiem, krajem, światem, losem. „Szpital…” to historia młodego lekarza, który zostaje zatrudniony w sanatorium dla psychicznie chorych, gdzieś na świętokrzyskim zadupiu. Niby nic takiego, ot młody pan doktór i jego pierwsza posada. Jednak Stefan Trzyniecki rozpoczyna pracę w kraju, przez który właśnie przeszła zawierucha wojenna. I w tym kraju, który utracił niepodległość i uległ niemieckiemu okupantowi istnieje szpital dla wariatów, który zdaje się być punktem zawieszonym w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Owszem plotki o łapankach i wywózkach dochodzą do pracowników. Traktowane są jednak jako przerażające i odległe echa innego świata. Znacznie bardziej dają się we znaki trudności z zaopatrzeniem szpitala w leki i jedzenie. Poza tymi ograniczeniami życie w sanatorium płynie „normalnym” i „zwyczajnym” trybem. O ile można użyć takich słów w przypadku domu wariatów. Stefan jest bystrym obserwatorem i wraz z nim poznajemy zarówno personel szpitala, który stanowi dość szerokie spektrum różnorakich osobowości, od doktora Kautersa, który trzyma książki oprawione w skórę z wewnętrznej strony kobiecych ud, po doktora Marglewskiego, usilnie starającego się wykazać, że geniusze to w istocie szaleńcy. Pacjentów tego ośrodka również poznajemy dzięki Stefanowi. Różni wśród nich są wariaci. Czy też bardziej poprawnie psychicznie chorzy. I tak mijają nam dni. Wraz ze Stefanem dyskutujemy z poetą Sekułowskim na temat życia, człowieczeństwa, wiary, sztuki. Wszystko toczy się zwyczajnie, aż do wstrząsającego i makabrycznego końca. Końca, który zafundowali obłąkanym Niemcy. Lem oddał mistrzowsko atmosferą ostatniej nocy przed przyjazdem plutonu egzekucyjnego. Chaos, panikę, Armagedon w szpitalnych salach. Rozpaczliwe próby ratowania bardziej „zdrowych”. Bezsilność w obliczu śmierci, przerażenie i strach przed agonią. Tchórzostwo i bohaterstwo okazane przed oprawcami. Ostatnie kilkanaście stron powieści to istne pandemonium.

Lem okazał się dla mnie świetnym pisarzem realistycznym. Scena operacji na otwartym mózgu została oddana tak wiernie i plastycznie, że dosłownie stanęła mi przed oczami. Dodatkowo piękny i interesujący styl pisania.

„Potem w biel przesączyło się nieco złota; nastąpił niepokój, potworzyły się perłowe wiry, aż tuman chmur rozciągnął się po horyzont, ścieńczał, opadł, a z pękających chmur łysnął dzień, lśniący jak nagi owoc kasztanu”.

Piękne czyż nie? Było takich opisów świata znacznie więcej.

Nie sposób mówić o tej książce i nie wspomnieć faktu, że Lem napisał ją w 1948. Było to tuż przed ogłoszeniem socrealizmu głównym i jedynie słusznym prądem artystycznym. Lem opowiadał później, że został zmuszony do napisania dalszych części, które nie będą tak kontrrewolucyjne i będą zawierać więcej elementów słusznej walki klas. I tak „Szpital przemienienia” stał się pierwszym tomem trylogii „Czas nieutracony”. Lem stanowczo odciął się później od dwóch tomów i zabronił ich wydawać. Ja mam wydanie z 1955 gdzie jest trylogia. Przeczytam sobie z czystej ciekawości, co też mistrz i jego krytycy tam nawypisywali. Bo „Szpital przemienienia” uznany został za książkę zbyt wywrotową i godzącą w socjalizm. Nic dziwnego, skoro Lem pisze (wkładając słowa w usta Sekułowskiego): „[…] a jeżeli chodzi o teorie rewolucyjne, nędzarze nie mają czasu na takie rzeczy. Tym się zawsze zajmowali renegaci pasibrzuchów. Ludziom jest zresztą zawsze źle.” Jak można tak pisać w czasach, gdy rewolucja socjalistyczna buduje Nową Polskę. Zresztą książkę Lemowi wydali dopiero po siedmiu latach.

Zamierzam również przypomnieć sobie film Edwarda Żebrowskiego „Szpital przemienienia”. Pamiętam go jak przez mgłę.

„Szpital przemienienia” to książka napisana z klasą. Kto zna późniejsze książki Lema, nie będzie w żaden sposób zawiedziony czy rozczarowany. Jest książką inną od późniejszych, ale widać w niej światły i niezwykły umysł pana Stanisława. Polecam gorąco.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

Józef Ignacy Kraszewski “Adama Polanowskiego, dworzanina króla Jegomości Jana III, notatki”

Posted by charliethelibrarian w dniu 4 Grudzień 2011

Józef I. Kraszewski "Adama..."

Józef I. Kraszewski "Adama..."

 Dołączyłem do pewnego projektu. Projekt Kraszewski to inicjatywa świetna i czasem trzeba coś zrobić kolektywnie i w grupie. Postanowiłem pomóc entuzjastom i również przeczytać jakąś książkę tego pisarza. Z lat młodości pamiętam “Starą baśń” oraz “Hrabinę Cosel”. Więcej książek chyba nie czytałem, a za wszystkie nieprzeczytane serdecznie żałuję i proszę o możliwość przeczytania większej ilości.

Bez poważniejszego wstępu się nie obejdzie. Kraszewski “płodnym” pisarzem był. Płodnym to mało powiedziane, on był prawdziwym buhajem twórczości. Książki sypały się z jego rąk jak publiczne pieniądze na wynagrodzenia i premie dla urzędasów. Jedna za drugą, i za trzecią, później była czwarta i piąta (chwalę się umiejętnością liczenia)… Napisał dwieście trzydzieści dwie powieści (232)! I są to same powieści, dzieł innego rodzaju nawet nie zliczę. Ja wziąłem, zabrałem się, ruszyłem do czytania „Adama Polanowskiego…”. Książka ta opisuje nam panowanie Jana III Sobieskiego. Narratorem jest fikcyjna postać członka hetmańskiego, a później królewskiego dworu. Polanowski jest szlachcicem prawym, szlachetnym, który ze zgrozą opisuję wszelkie matactwa, kupczenie urzędami, zrywanie sejmów, walki i intrygi dworskie. Polanowski to szlachcic prosty, uczciwy i nie wątpiący ani przez chwilę w dobroć i szlachetność Jana III, który w powieści przedstawiony jest jako człowiek i władca idealny, któremu trafiła się żona chciwa, ambitna, jędzowata i to przez nią Sobieski nie może skutecznie władać Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Oj, dostało się Marysieńce Sobieskiej. Polanowski nie lubi tej francuskiej lafiryndy straszliwie. Cały upadek i rozpad państwa to wina tej dumnej i wyniosłej baby. Ja pamiętam z liceum, że Marysieńka poprzez listy Sobieskiego, była przedstawiana nam zupełnie inaczej. Zostawmy tą francuską zołzę i przejdźmy dalej. Polanowski barwnie odmalowuje nam obraz chylącego się ku upadkowi mocarstwa, które w ostatniej przedśmiertnej drgawce zmiażdżyło Turków pod Wiedniem. Przypatrujemy się rozkładowi państwa, które z potęgi militarnej i politycznej przekształciło się w marionetkę sterowaną przez sąsiadów. Czytałem wydanie z pięćdziesiątego pierwszego roku. Znalazłem tam posłowie, w którym mowa była o walce klas, schyłkowym feudalistycznym społeczeństwie oraz mackach rodzącego się na Zachodzie kapitalizmu. Taka mała uwaga, że do wszystkiego można było dorobić filozofię, jaką się chciało.

Kraszewski świetnie oddaje obyczaje, zwyczaje, rzeczywistość końca siedemnastego wieku. Język jest stylizowany na język epoki, mamy trochę wtrąceń łacińskich, ale są one tłumaczone. Mnie na przykład zastanowiło, że słowo hipochondryk było w tym wydaniu przetłumaczone na słowo śledziennik. Dla mnie śledziennik to było niezrozumiałe i nieznane słowo. Hipochondryka od razu skojarzyłem. Jeszcze jedna refleksja dotycząca słów. Polanowski mówi o ewencie (po łacinie wydarzenie). Dziś w naszych czasach furorę robi angielskie słowo event (to samo znaczenie, co po łacinie). Dla mnie kolejny dowód na to, że wszystko już było, a historia kołem się toczy:) Kraszewski nadąża za zamieniającymi się modami językowymi, a nawet je wyprzedza:)

Ogólnie lektura notatek Polanowskiego była przyjemna, nie zmęczyłem się bardzo, książka może być dobrym wprowadzaniem do poznania historii tamtego okresu i zainspirować do poszukiwania informacji na własną rękę. Ja zauważyłem, na kilku forach historycznych w tematach dotyczących właśnie Sobieskiego cytowane są fragmenty książki bez podania źródła oczywiście. Stwierdzam, że warto było dołączyć do projektu i na Polanowskim na pewno nie poprzestanę.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Marcin Wolski “Wallenrod”

Posted by charliethelibrarian w dniu 29 Listopad 2011

Marcin Wolski "Wallenrod"

Marcin Wolski "Wallenrod"

Kolejna książka z cyklu Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu”. O poprzednich pisałem tu i tu.

Marcin Wolski do tej pory raczej kojarzył mi się z satyrą. A to przecież płodny pisarz fantastyki jest. Niewykluczone, że w moich młodzieńczych latach zetknąłem się z prozą pana Marcina. Fakt ten został pogrzebany w czeluściach mej pamięci lub zginął wraz z którąś z moich szarych komórek. Na potrzeby dzisiejszej recenzji przyjmijmy, że jest to moja pierwsza książka Wolskiego. Nie mam żadnych uprzedzeń i negatywnego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Skoro książka ukazała się w cyklu „Zwrotnice czasu” musi być ciekawa. Poprzednie dwie, które przeczytałem wywarły na mnie bardzo dobre i cudowne wrażenie.

Co autor miał na myśli pisząc „Wallenroda”? Sam tytuł może nam dużo powiedzieć. Postać Wallenroda powinna być znana każdemu nawet bardzo słabo wykształconemu Polakowi. Do literatury wprowadził ją niejaki Mickiewicz, co to z „Panem Tadkiem” i „Zosieńką” niejednego „Poloneza” obalili… Ekhm… znaczy się zatańczyli. Pomysł pana Wolskiego jest prosty. Piłsudski żyje znacznie dłużej dzięki tajemniczej postaci doktora Vallbonne (mam skojarzenia z serkiem). UWAGA! SPOILERY! (nie będą przeszkadzać zbytnio w lekturze). Twardą ręką rządzi krajem, zawiera pakt z samym diabłem (Adolf H.). Atakujemy wraz z Niemiaszkami Sowietów. Wojnę z Ruskimi wygrywamy, później wspólnie z Luftwaffe rozwalamy Francję i Anglię, a na końcu ratujemy Nową Jerozolimę na Ukrainie przed atomowym holocaustem… KONIEC SPOILERÓW! Pomysł szalony, a powiedzieć, że historia ta jest mocno alternatywna to tak, jakby powiedzieć, że Grecja przeżywa drobny kryzys. Całą akcję fabularną znamy ze wspomnień Heleny Wichmann agentki polskiego wywiadu, która dotarła bardzo blisko Führera. Wspomnienia te otrzymuje mejlem postać dziennikarza z naszego świata i dzięki cybernetycznym geniuszom udaje mu się go (tego mejla) odczytać.

Tyle w kwestii fabuły. Teraz o wrażeniach z lektury. Czytało się bardzo szybko. Wartka akcja, interesujące pomysły, (choć bardzo szalone) sprawiły, że łyknąłem książkę w drodze z Krakowa do Wrocławia. A lektura do cienkuszy nie należy. Byłbym tutaj śpiewał peany pochwalne na cześć, ale… I tu się zaczyna nie jedno ale, ale nawet kilka ale. Czy wspomniałem, o Ale (to takie piwo jest). Lubię historie, w których Polska okazuje się potęgą, wygrywa wszystkie wojny, a kraj nasz jest krainą miodem i wódką płynącym (chyba coś pomieszałem, ale niech tak zostanie). Zaspokaja to moją wewnętrzną potrzebę bycia Członkiem Wielkiego Mocarstwa, w skrócie CzWM. Znam jednak w miarę dobrze historię, jestem mimo mej ckliwej i romantycznej natury dobrze zorientowany w szarej rzeczywistości i jeśli ktoś za dużo miesza potrafię to wyczuć (przynajmniej tak mi się wydaje). A takie odniosłem wrażenie przypadku tej lektury. Czułem podczas czytania, że autor pisząc książkę również zaspokaja swoją wewnętrzną potrzebę bycia CzWM. Nie mówię, że to źle. Sam napisałem wyżej, że książkę czytało się szybko i dość przyjemnie. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Podczas lektury zauważyłem kilka stylistycznych i merytorycznych błędów (przyganiał kocioł garnkowi – sam na swoim blogu walę byka za bykiem, a czepiam się innych). Już na pierwszej stronie polskie bombowce bombardują siedzibę premiera, przy Dowling Street (Downing Street winno być). Było parę potknięć, jeśli chodzi o ciągłość akcji.  Niby nic wielkiego przecież to książka fantastyczna, a nie naukowa, co nie zmienia faktu, że błędy były widoczne i mnie irytowały. Widoczne również były nawiązania do naszej rzeczywistości. Niektóre fajne i intrygujące, inne tak nachalnie podane, że trochę mnie zmierziły. Na przykład autor perfidnie zemścił się na Anglikach za nasze zniszczone miasta rozpierdalając Anglię w drobny mak.

Podsumowanie nastąpi teraz i będzie krótkie. W mojej opinii dobry zabijacz czasu, nie ma się co za bardzo unosić patriotycznymi uczuciami podczas lektury. Zdecydowanie najsłabszy tom z przeczytanych przeze mnie z cyklu „Zwrotnice czasu”. Do pociągu w sam raz. Wciągnęła mnie, trzymałem jednak dystans.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Stanisław Lem “Katar”

Posted by charliethelibrarian w dniu 21 Listopad 2011

Stanisław Lem "Katar"

Stanisław Lem "Katar"

Ech, nie zostałem posiadaczem Kindla:( Gratuluję zwyciężczyni Claudette :) A ja zostaję póki co w świecie “analogowych” książek.

Katar moi drodzy, to zmora ludzkości na którą nie wynaleziono jeszcze lekarstwa. Jedynie Goździkowa może coś na ten temat wiedzieć, ale ona siedzi w bólach głowy i raczej nie prędko podeśle nam rozwiązanie. Lem w swojej książce również nie dał ludzkości szans na wyleczenie się z kataru. Gorzej! Sprawił, że katar sienny może być przyczyną zgonów! A jeśli dodatkowo jesteś bogatym, samotnym turystą po pięćdziesiątce z USA, przebywającym na kuracji w kąpieliskach siarkowych we Włoszech to masz przechlapane. Katar sienny okazuje się jedną z cech wyróżniających ofiary tajemniczych śmierci, które poprzedzone są nagłymi napadami szaleństwa. I ów wyżej wspomniany katar (niech będzie na wieki przeklęty on i potomstwo jego!) może powodować śmierć, ale nie musi. Zmiennych jest bowiem tyle, że prywatny detektyw będący kiedyś astronautą musi się zwracać o pomoc do francuskich naukowców z ich specjalnym superkomputerem. Komputer może się przyda, może się nie przyda. Ale przygoda astronauty jest jak najbardziej ciekawa, interesująca i wciągająca.

Przeczytany przez mnie, kolejny kryminał Lema. Kryminał, który choć ociera się o science-fiction raczej typowym science nie jest. Mamy co prawda podróż na Marsa, ale tylko jako tło. Mamy bliżej nieokreśloną sytuację polityczną panującą na świecie i w Europie podczas śledztwa, ale również można ją uznać za mało ważną. Ważne w tej powieści jest prawdopodobieństwo, dedukcja i intuicja. Ważna jest trafna analiza świata i obnażenie roli “przypadku”, który w końcowym rozrachunku przypadkiem nie jest. Lem w sposób bardzo inteligentny potrafi prowadzić z czytelnikiem grę co rusz podsuwając mu pod nos nieprawdopodobne scenariusze wydarzeń. Tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe. Czy za dziwnymi i trudno wytłumaczalnymi zgonami amerykanów stoją terroryści? Czy też w grę wchodzi obca cywilizacja, której ludzkość nigdy nie pozna i nigdy nie zrozumie, gdyż liczba możliwych cywilizacji zupełnie różnych od nas jest ogromna. Pan Stanisław po raz kolejny miło mnie zaskoczył robiąc ze “zwykłego” kryminału bardzo interesującą i zajmującą książkę. Zagadka kryminalna jest tutaj ważna nie przeczę. Jednak jakoś nie było mi spieszno do poznania jej rozwiązania.

Lem pisał “Katar” w połowie lat siedemdziesiątych. Amerykanie podbijali wtedy kosmos, po Księżycu misja na Marsa wydawała się oczywistą oczywistością. Sytuacja polityczna świata była niespokojna, we Włoszech działały lewackie grupy terrorystyczne (Lem uczynił zamach terrorystyczny jednym z wątków w swej książce). Czytając “Katar” po raz kolejny mogłem ujrzeć talent pisarza do jak najbardziej trafnej oceny rzeczywistości, mechanizmów rządzących ludźmi i cywilizacją.

Polecam gorąco:)

 

P. S. Znajdziecie nawet kilka smaczków językowych sprzed trzydziestu sześciu lat:) (Tusz – kto bierze tusz?)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Henryk Wernic “Druga książka do czytania dla dzieci do lat 10″

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Listopad 2011

Henryk Wernic "Druga książka..."

Henryk Wernic "Druga książka..."

Podczas lektury tej książeczki przeznaczonej do nauki czytania uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, kiedy nauczyłem się czytać. Owszem pamiętam moją pierwszą samodzielnie wybraną i przeczytaną książkę (pisałem o niej tutaj), ale nie pamiętam momentu, kiedy z analfabety stałem się człowiekiem w pełni piśmiennym. nie mogę sobie tego przypomnieć za Chiny Ludowe. Mniejsza z tym. Co mnie podkusiło żeby sięgnąć po książkę do nauki czytania sprzed ponad stu laty? Zapewne to moja wrodzona ciekawość i zainteresowanie starymi wolumenami:). Co prawda do tej książeczki określenie wolumen pasuje jak kwiatek do kożucha, ale co mi tam.

Ja raczej nie czytam książek dla dzieci. Póki co własnego potomstwa nie posiadam (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), a dzieci z rodziny i u przyjaciół widuję zbyt rzadko żeby mieć szansę zapoznać się z ich obecnymi lekturami. Sam jednak byłem dzieckiem i klasykę znam. “Druga książka…” to mocna klasyka. Tak mocna, że chyba już nieznana. I znowu Charlie ma za zadanie wydobyć z mroków i czeluści Magazynu Bibliotecznego na światło dzienne, zapomniane dziełko, zapomnianego pedagoga i napisać wkrótce zapomnianą recenzję. Ech, co za los…

“Druga książka…” składa się z kilkudziesięciu krótkich czytanek. Niektóre są wierszykami, inne zagadkami, większość to czytanki opisujące różnego rodzaju zwierzątka, w ich naturalnym środowisku mamy więc kózkę, gołąbka, jaszczureczkę, owieczkę. Jak to w książce dla dzieci. Wszystkie te czytanki niosą przesłanie jasne i proste: ucz się i pracuj, bądź miłosierny i pomagaj bliźnim. Nie kłóć się i nie kradnij, bo inaczej umrzesz śmiercią straszliwą. No dobra, może nie straszliwą, ale umrzesz. Nie znam się na dzisiejszej literaturze dla dzieci. Dla małych dzieci. Ale chyba tam tak otwarcie się nie mówi o śmierci? Chyba, że ja już jestem przewrażliwiony, najlepsze są historyjki z morałem, w stylu wróbelek schował się w gnieździe jaskółek, one zamurowały mu wejście i hultaj zmarł z głodu. Większość czytanek wygląda w ten właśnie sposób. Ładnie opisane jakieś stworzenie, miejsce, po czym następuje lakoniczny komentarz będący morałem. Do łez rozbawiła mnie historia psów z zakonu św. Bernarda, czyli Bernardynów (no shit Sherlock!). Wzruszająca historia o Barrym, dzielnym psie, który przez dwanaście lat wiernej służby w alpejskich górach, odszedł na zasłużoną emeryturę. I tak dożył swoich dni. I kiedy dożył tych swoich dni, oto co go spotkało. Przeczytajcie sami historię Barrego:

Story of Barry

Story of Barry

Story of Barry 2

Story of Barry 2

 

Grande finale

Grande finale

 

Szkoda mi się zrobiło Barrego. Jakoś tak moim zdaniem normalne zgnicie w ziemi bardziej pasowałoby do bohatera. Ciekawe czy jeszcze tam stoi na straży?

Podczas lektury rozpoznałem kilka motywów z Jachowicza, zauważyłem również, że język tych powiastek był ciut archaiczny jak na 1907 rok. Nie zwróciłem uwagi, że miałem kolejne wydanie tej książki. Niestety nie udało mi się ustalić, w którym było pierwsze. Ale na pewno sporo wcześniej.

Czy dziś te czytanki sprawdziłyby się? Uważam, że całkiem sporo z tych rzeczy po retuszu i odświeżeniu mogłoby służyć jako czytanki. Oczywiście po bardzo starannej selekcji i dużym liftingu.

Kolejna pozycja z mroków wyniesiona na światło dzienne. Misja spełniona. Charlie może spokojnie przetrzeć nos zaatakowany wielowiekowymi grzybami i odpocząć. Uff…

 

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Łukasz Śmigiel “Decathexis”

Posted by charliethelibrarian w dniu 14 Listopad 2011

Łukasz Śmigiel "Decathexis"

Łukasz Śmigiel "Decathexis"

Zacznę od tego, że chciałem podziękować Cedro za książkę, którą wygrałem w TYM konkursie. To bardzo miłe.

Czy moi drodzy boicie się Śmierci? Nie lubicie tej kostuchy z kosą, co to zabiera nas nie wiadomo gdzie? Bo ja jej nie lubię. Nie lubię jej bardzo. I chyba się boję. Może dlatego oglądam te horrory klasy ziet, żeby ją trochę ośmieszyć i sprawić, że będzie wyglądała głupio. A co by było gdybym żył w świecie, gdzie Śmierć jest religią panującą i każdy aspekt życia poświęcony jest przymilaniu się (w przeciwieństwie do naszego kościotrupa) tej ładnej damie z kosą. Świat Kierkegaardu jest właśnie miejscem, gdzie ludzie czczą Śmierć. Jest ona Królową wszystkiego. Cały przemysł, gospodarka, kultura i obyczaje poświęcone są Morii. Jeśli coś idzie nie tak, to na pewno Moria się gniewa. Trzeba, więc rozerwać na strzępy jakiegoś starca w ramach Mordu Kolektywnego. A jeśli będziemy należeć do sekty cierpiętników to na pewno się ucieszymy, że po naszej śmierci trafimy w brzuchy naszej rodziny, a naszego peniska zjedzą wdowy po nas. Cmentarze i wszechobecne nagrobki to niepodzielnie panujący w stolicy Kierkegaardu Kirkucie trend architektoniczny. Ale niech Was nie przerażają mroczne rytuały, które odprawiane są przez kapłanów Morii. Nie bójcie się rozszarpania żywcem przez dziki tłum w ramach Mordu kończącego tydzień pracy. Nie bójcie się dopóki nie jesteście starzy i chorzy. Wtedy raczej na sto procent traficie na listę loteryjną, a później wasze ciało zostanie rozerwane na drobne cząsteczki, które zostaną zabrane na pamiątkę. Nie bójcie się tego. Bo wbrew pozorom „Decathexis” nie jest książką ponurą i smutną. Te wszystkie rytuały, tortury i obrzydliwości mają za zadanie uświadomić żyjącym, że żyją! I nawet oblizywanie stóp rozkładającemu się trupowi, jest w jakiś sposób chorą, wypaczoną afirmacją życia. Bo wbrew pozorom w tym świecie naznaczonym śmiercią ludzie trzymają się życia i choć nie jest to powiedziane wprost, to lubią życie. Boją się do tego przyznać, bo w końcu mają tradycję, tysiącletnie rytuały, które do tej pory się sprawdzały. Na szczęście idzie nowe! Nauka i postęp cywilizacyjny głoszący upadek starego, okrutnego systemu! Światłość i para zawładną królestwem Kierkegaardu, a zabobon i ciemnota odejdą w zapomnienie! Na czele zmian stoi młoda królowa, która przy pomocy zakochanego w niej młodego tanatologa  Jona Pendergasta wprowadzi królestwo na drogę postępu i cywilizacji. Jednak zaplute karły Morii nie śpią i szykują bardzo niemiłą niespodziankę postępowcom.

Książka jest świetna! Czytało mi się bardzo dobrze. Bawiłem się setnie poznając szalone pomysły autora dotyczące wykorzystania różnego rodzaju mitów, legend, religii w stworzeniu świata Kierkegaardu. Świetny język, bardzo plastyczny i sugestywny odmalował mi świat, w którym po ulicach paradują dżentelmeni niczym w wiktoriańskiej Anglii, a jednocześnie na placyku miejskim odbywa się egzekucja w stylu prymitywnego plemienia. Obrazy tortur, gnijących ciał, morderstw były bardzo wyraziste, jednocześnie napisane w taki sposób, że nie odrzucały zbytnio. Zresztą książka to solidna mieszanka horroru, kryminału, powieści przygodowej, powieści fantasy i Bóg wie czego jeszcze. Wyszło to książce na dobre, ale daje się odczuć, że to jest bardzo silny miks.

Nie jest jednak tak, że książka „Decathexis” nie jest pozbawiona wad. Czego mi brakowało? Zakończenie! Troszkę mnie rozczarowało, nastąpiło zbyt szybko i co prawda dało otwarcie na następny tom i kontynuację przygód Pendergasta, ale było zbyt oczywiste i trochę nachalne wręcz. Zresztą do pewnego momentu wszystko rozwija się fajnie, dzieją się interesujące rzeczy i nagle wszystko przyspiesza. Zbyt przyspiesza. Ja chciałbym mieć okazję lepiej poznać Jona, poznać również fascynujący świat Kierkegaardu. Autor nie dał mi tej szansy w takim stopniu, w jakim chciałbym. Nie można mieć wszystkiego:)

Polecam gorąco! Ciekaw jestem następnego tomu, jeśli się pojawi. I jeszcze raz dziękuję Cedro:)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Ludwik Stanisław Liciński “Halucynacje ; Z pamiętnika włóczęgi”

Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Listopad 2011

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

 

Kiedy czytałem próbę biografii Korczaka, Joanna Olczak – Ronikier wspomniała o epizodzie w życiu młodego Janusza, w którym Korczak włóczył się po melinach i pił wódkę z prostytutkami, złodziejami i “andrusami” warszawskimi. Towarzyszem jego eskapad był pisarz, który był “wschodzącą” gwiazdą polskiej literatury. Wielu uznanych polskich literatów, dziennikarzy, krytyków literackich wróżyło mu ogromny sukces. Mówiono o nim, jako burzycielu  starego porządku, piewcy nędzarzy i dziwek. Miał być poetą o iście młodopolskim stylu będącym za pan brat z przedstawicielami proletariatu. Z tego, co wyczytałem z biografii pisarza, to rzeczywiście niezłym był włóczęgą, pijakiem, brał nawet udział w rewolucji 1905 roku. Ścigany przez Ruskich i Austriaków pałętał się od zaboru do zaboru. Ogólnie był pisarzem, który żyje takim życiem, jakie opisuje w swoich książkach. Wielu biografów Zofii Nałkowskiej określa go jako wielką niespełnioną miłość pisarki. Co mnie uderzyło, to podkreślane wszędzie opinie wystawiane Licińskiemu przez mu współczesnych dotyczące jego wielkości, ogromnym talencie literackim i niesamowitej wrażliwości społecznej na krzywdę dołów społecznych. Miał być objawieniem i jego literatura miała odmienić oblicze Ziemi, tej Ziemi. Weryfikacja nastąpiła dość szybko. Już w kilkadziesiąt lat po jego śmierci na gruźlicę w wieku trzydziestu czterech wiosen. Nikt z szerszej publiczności o Licińskim nie pamięta. Kojarzą go jedynie poloniści siedzący w bibliografiach literatury polskiej i niejaki Charlie bibliotekarz, który w swej bibliotece miał egzemplarz jego dzieł wydany z okazji siedemdziesięciolecia zgonu pisarza. A Charlie sięgnął po niego tylko, dlatego, że pewna pisarka wspomniała o nim w biografii Starego Doktora, bo Stary Doktor zanim był Stary to był młody i wódeczkę też lubił sobie grzmotnąć, jak na prawdziwego polskiego Żyda przystało.

Dajmy sobie spokój ze szczegółami biograficznymi. Nie chcę Was zanudzić. Przecież sobotni wieczór jest, wszyscy zmęczeni po wczorajszych marszach (był ktoś w Warszawie?). Ja spacerowałem po Krakowie, który był piękny i iście świąteczny. Dobra, dość tego off topicu:) Przeczytałem dwa zbiory ni to opowiadań, ni to krótkich form literackich. Po pierwsze Liciński jako obserwator życia społecznego sprawdza się świetnie. Bystry obserwator, znający najgorsze dzielnice Warszawy w mocnych słowach opisuje świat wyrzutków społeczeństwa. Wyrzutków, których los jest nieraz gorszy niż zwierząt. Za wszystko wini on oczywiście społeczeństwo i przedstawicieli kleru, władz i arystokracji. Podobał mi się zwłaszcza antyklerykalizm Licińskiego w iście Chrystusowym stylu (jakkolwiek dziwnie to brzmi). Gdy Liciński opisuje świat kurew, nożowników, pijaków – czyta się go wtedy bardzo dobrze. Wiele jego spostrzeżeń wciąż jest aktualnych. Natomiast, gdy przychodzi do spraw miłości, zaczyna się ten rozbudowany, wyegzaltowany i barokowy styl pisania, który po tylu latach trąci myszką i to mocno zdechłą. Te fragmenty czytałem bardzo wolno i ze zmęczeniem. Te wszystkie uczucia, które nim szarpały jak jesienny, pożółkły liść kasztanowy spadający z wysokiego drzewa, którym miota wicher targający krakowskim powietrzem. Drażniło mnie to strasznie.

Liciński znajduje więcej wspólnego z dnem społecznym, mętami lub jak pisali krytycy w dobie komuny lumpenproletariatem niż z „normalnymi” poważanymi obywatelami, którzy dla niego są pełni obłudy, hipokryzji i gorsi są od zwierząt. W prostytutce znajduje pokrewną duszę i uważa za lepszą od wszystkich dam z dobrych domów, które dają po cichu i udają moralnie lepsze. Liciński w dziwce widzi przynajmniej szczerość i smutek oraz brak nadziei na poprawę losu. Już wspomniałem wyżej te fragmenty były dla mnie najlepszą częścią książki. Przeczytałem również opowieść o jednym ze wspólnych wypadów z Korczakiem. Bardzo interesująca i ciekawa.

Podsumowując moi drodzy. Nie dziwi mnie, dlaczego Liciński zapomnianym pisarzem jest. Część jego prozy wciąż jest interesująca. Opisana rzeczywistość slumsów warszawskich wciąż intryguje i przeraża. Jednak wiele cennych obserwacji i ciekawych zdarzeń, opisów ludzi, ginie w manierycznym stylu pisarskim, który mnie osobiście nużył i męczył. Dziś Liciński byłby świetnym reporterem. Miał podobno łatwość nawiązywania kontaktów z tak zwanym „elementem”, który przecież niechętny obcym, zwłaszcza z inteligenckich sfer, natychmiast brał go za swojego. Ogólnie mówiąc cieszę się, że poznałem jego pisarstwo, ale jeśli ktoś nie musi może sobie spokojnie darować. Wiem, że to smutne, bo w ten sposób Liciński skazany na dalsze zapomnienie jest.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Jacek Dukaj “Król Bólu”

Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Listopad 2011

Jacek Dukaj "Król Bólu"

Jacek Dukaj "Król Bólu"

Mam problem z czytaniem. Otóż za dużo tych książek jest! Pałętają się wszędzie, nowości, klasyki, arcydzieła i szmirowate, kiczowate powieści, które chciałoby się czytnąć, wchłonąć, poznać. A tu jeszcze przydałoby się jakiś filmik obejrzeć, pójść na piwko, pojeździć na rowerze. I poza tym pracować… Life is too short…  Nie załamuję się jednak i dzielnie podnoszę rękawicę i nadstawiam drugi policzek okrutnemu losowi, który zmusza mnie do podejmowania coraz trudniejszych wyborów.

Jacek Dukaj – na blogu pisałem o „Xavrasie” i „Wrońcu”, jeśli klikniecie to zrozumiecie, że pisałem praktycznie same peany:) Inne jego opowiadania i powieści czytałem wcześniej, więc nie ma po nich śladu na blogu. Odczucia pozostawiły po sobie bardzo pozytywne.

Jakie wrażenia po „Królu Bólu”, najnowszym zbiorze opowiadań? No cóż, wrażenia są mieszane. Po pierwsze primo chciałem nadmienić, że „Król…” leżał u mnie na półce już od wakacji. Podczytywałem go sobie w wolnych chwilach, ale odłożyłem na dłużej, bo nie mogłem przebrnąć przez pierwsze opowiadanie pod tytułem „Linia oporu”. Po drugie primo, w tym opowiadaniu Dukaj naprawdę popłynął. Niczym Chruszczow, który zaczął napieprzać butem w siedzibie ONZ podczas przemówienia w okresie kryzysu kubańskiego. Zwyczajnie nie mogłem tego czytać. Zero fabuły, bełkot – co prawda świetnie wystylizowany – jednak nie zmienia to faktu, że dla mnie to był bełkot. Po trzecie primo ultimo udało mi się jednak przełamać wstręt i czytanie wznowiłem, z czego jestem ogromnie zadowolony i proszę o nagrodę szanowną komisję d/s mobilizacji czytelniczej.

Na szczęście podczas dalszej lektury było już lepiej. Opowiadania „Oko potwora” nie dało się nie porównać do lemowskiej fantastyki. Statki kosmiczne ze stosami atomowymi, członkowie załogi znani tylko ze względu na swoją funkcję. Kosmos jakiego nie powstydziłby się Lem. Ponadto świetnie oddana atmosfera paranoi, podejrzliwości, klaustrofobii jaka musiałaby panować na takich statkach kosmicznych. Wszystkie te plusy przysłania jeden minus. Otóż Dukaj znów zaczyna popadać w nadmierne filozofowanie i całe fragmenty tego opowiadania znów stają się filozoficzną kupą słów, dla mnie osobiście nie do strawienia. Prosty ze mnie człowiek i proste lubię przyjemności.

Tytułowy „Król Bólu i pasikonik” to Dukaj, którego lubię. Świetnie opisana Ziemia, która podzieliła się na strefy, których nie można przekraczać, ze względu na różnice w DNA mieszkańców. A wszystko przez bioterroryzm. Dukaj znów zachwycił ogromem wyobraźni i rozmachem opisywanego świata. Czytając miałem wrażenie, że czytam opis bardzo prawdopodobnej przyszłości ludzkości. Zresztą Dukaj we wszystkich swoich opowiadaniach poruszył problem przyszłości ludzkiego gatunku. Zarówno jeśli chodzi o rozwój technologii i nauki jak i sferę filozoficzną i egzystencjalną, oraz wszelkie implikacje społeczne, które rozwój danej technologii ze sobą niesie. Czytanie opowiadań Dukaja nie pozostawia nam wątpliwości, że pan pisarz sporo nad tym główkował i główkuje dalej. A zasób wiedzy, jaki wydaje się posiadać daje mu do tego główkowania pełne usankcjonowane prawo.

„Aguerre w świcie” to również świat napisany z rozmachem, drobiazgi i szczegóły życia społecznego, obyczajowego przytłaczają i wszystkie opisane rzeczy zdają się mieć sens i swoje miejsce w świecie stworzonym przez Dukaja. Niestety tak jak w poprzednich opowiadaniach autor znów dryfuje w stronę przedziwnych konstrukcji logicznych i filozoficznego. Można się zgubić, ale nie trzeba. Opowiadanie mimo dryfowania świetne.

„Szkoła” opowiadanie to napisał Dukaj mając lat dwadzieścia. Ech, zazdrość tak potężnie Charliem targnęła, że mało co nie zadławiłem się herbatką jak się dowiedziałem o tym fakcie. Świetne, mocne, przez większą część niemal społecznikowskie opowiadanie o slumsach i niedoli dzieci z faveli. Ale końcówka powala i miażdży. I znowuż pomysł genialny i błyskotliwy.

„Serce mroku”. Oglądaliście „Czas Apokalipsy”? Czytaliście „Jądro ciemności”? Zakładam, że tak. Bo przecież blog Charliego elitarnym jest i sama śmietanka internetowego towarzystwa tutaj zagląda:D Trudno więc, żeby ta śmietanka nie znała tak oczywistych pozycji w kulturze i popkulturze. „Serce mroku” utrzymane jest mocno w temacie dwóch wymienionych wyżej tytułów. Zresztą gra słów z nazwą powieści Josepha Conrada oczywista:) Tylko zamiast kongijskiej dżungli, mamy dżunglę obcej planety. A zamiast Marlowa mamy nazistę z Astro Corps. Trzecia Rzesza w kosmosie? Niezły absurd. Mnie się podobało:) Dobre, ciężkie opowiadanie. Czułem duchotę i obcość planety Mrok. Nawet czułem sympatię do nazisty wędrującego przez nieznaną dżunglę, by uciszyć Polaka, który oszalał i nadawał dziwaczne sygnały ze środka Piekła (dziś trzeba uważać, na to co się pisze i dlatego oświadczam, że sympatia nie była znów taka wielka, raczej maciupeńka).

„Crux” można powiedzieć, że opowiadanie z naszego podwórka, bo i o Polsce i takie zabawne wręcz. Radosna i przyjemna chwila wytchnienia po ciężkich klimatach poprzednich opowiadań. Czytało się dobrze, ironia i humor skrzyły się bardzo wyraźnie i pomysł również fantastyczny. Dukaj w wersji soft albo light. Jak kto woli.

„Piołunnik” też z naszego podwórka. Klimat dosyć interesujący. Służba Bezpieczeństwa, osiemdziesiąty szósty rok. Wybuch w Czarnobylu i zmarli powstający z grobów, lasów, pól. I jeden wódz rewolucji wie skąd jeszcze. A we wszystko to wplątany kapitan SB, co to miał misję jechać do Krakowa, na Wawel. I w razie gdyby nasi wielcy królowie i wodzowie powstali z umarłych strzelić im po kuleczce w potylicę. Ech te komuchy i ich metody rozwiązywania problemów. Opowiadanie również przyjemne i bardzo dobrze się czytało.

Cóż można rzec o całym zbiorze? To co napisałem na początku – wrażenia mieszane. Z jednej strony zachwyca ogromna i szalenie ciekawa oraz płodna wyobraźnia pisarza. Z drugiej raziła mnie maniera filozofowania i zbędnego ględzenia. Jestem jednak zadowolony, że skończyłem „Króla Bólu”. Mogę z czystym sumieniem rzec, że Dukaj jest jednym z najciekawszych pisarzy science-fiction w Polsce i nie tylko.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.