Posty oznaczone jako ‘literatura amerykańska’
Posted by charliethelibrarian w dniu 29 Styczeń 2012

George R. R. Martin "Uczta dla wron: Sieć spisków"
Biedne Westeros, biedne Siedem Królestw. Łuny pożarów, gnijące trupy konsumowane przez wrony, wilki. Biedne Westeros władane przez tępą blondynkę, która myśli, że jest sprytna i przebiegła niczym Tywin Lannister. Naprawdę miło jest patrzeć jak Cersei pogrąża się w niebycie. Choć smutno robi się człowiekowi na myśl o losie królestwa do którego przyszła zima, a spichrze puste.
Skończyłem kolejny podtom:) Czytało się bardzo dobrze. Martin jak zwykle na poziomie. Co prawda nie ma Tyriona, nie ma Jona Snow, ale przecież opowieść dotyczy wielu ludzi i całego Westeros. Po skończonej “Sieci spisków” doceniłem zabieg Martina dotyczący przeniesienia akcji i opowiedzenia historii z innymi bohaterami. Jamie wzbudza sympatię, Brienne – mam nadzieję, że nic jej nie będzie. Sam Tarly zaczyna stawać się prawdziwym mężczyzną.Cersei wspomniana wcześniej przeze mnie, daje prawdziwy popis głupoty i wpada we własne sidła. A taka miała być sprytna. Sansa Stark i Littlefinger na pewno zamieszają jeszcze konkretnie. Trzeba przyznać, że Petyr ma łeb nie od parady. Tylko jakie są jego prawdziwe zamiary? Tego bardzo chciałbym się dowiedzieć:)
W “Sieci spisków” akcja toczy się wręcz leniwie. Jest kilka momentów bardziej żywych, w których na chwilkę pojawia się to co lubimy czyli:
Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele.
Nie jest jednak tego tak dużo jak w “Nawałnicy mieczy”.
Przede mną “Taniec ze smokami cz. 1″. Później trzeba czekać na premierę, ale to już pod koniec lutego:) Przynajmniej uwolnię się na chwilę od Martina (Choć nie wiem czy tego chcę:)
Opublikowany w Książki | Otagowane: burdele, cersei, chodzące trupy, czary, dużo seksu, dużo złota, dziewice, dziewki, dziwki, fantastyka, flaki, george r. r. martin, gwałty, Inni, korony, królów, krew, książka, literatura amerykańska, magia, mamony, miecze, miłość, morderstwa, Mur, nienawiść, niewolników, olbrzymy, plamy na honorze i na spodniach, recenzja, rozdziewiczanie, seks, sieć spisków, smoki, sperma, sprawiedliwość, tortury, trony, trupy, uczta dla wron, uczta dla wron: sieć spisków, upiory, walka, westeros, wilkory, wrony, władza, zdrada, zima nadchodzi, złoto, żądza | Komentarzy: 2 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 27 Styczeń 2012

George R. R. Martin "Uczta dla wron: Cienie śmierci"
Idę jak burza! Jak sztorm! Jak nawałnica, może mieczy, a może zwyczajna, gradowa taka? Następny tom połknięty, przetrawiony. I jaka ta „Uczta dla wron” jest?
Siedzą sobie te wrony i żrą tę padlinę i kraczą. Oj, jak dużo one kraczą! I tylko to robią. W porównaniu z poprzednim tomem NIC się nie dzieje! Martin musiał nowych bohaterów wprowadzić na arenę wydarzeń, bo sporo z poprzednich zostało przez wrony zjedzonych. Mamy więc Brienne, która szuka Sansy Stark, bo złożyła przysięgę Jamiemu Królobójcy. Cersei, złotowłosą królową. I kilka pomniejszych postaci, które natychmiast giną.
Nawet nie będę spoilerował tak bardzo. Zarysuję w skrócie akcję. Arya ucieka do Braavos, gdzie wstępuje do zakonu Boga o wielu twarzach. Grubas ser Świnka też jest w Braavos, lord dowódca Nocnej Straży wysłał go do Cytadeli, by zaczął się uczyć i został maestrem. Wędruje z nim Goździk wraz z dzieciakiem Mance’a Rydera i stary maester Aemon oraz brat z Nocnej Straży, który zaczyna się szlajać po burdelach. Cersei sprawuję władzę, jest jednak krótkowzroczna, butna, i myśli, że jest najmądrzejsza (długo tak nie pociągnie). Jamie próbuje siostrze przemówić do rozumu, ale ta nie chce go słuchać. Gdzieś tam się przebija informacja, że ścięli Cebulowego Rycerza – naprawdę szkoda. Mam nadzieję, że to podła plotka jest. Ogar podobno złapał niezły wkurw i grasuje po dorzeczu gwałcąc i zabijając, co się tylko da. Sansa siedzi w Orlim Gnieździe z Littlefingerem i powoli poddaje się jego urokowi. Wątek młodej Myrcelli Lannister, która jest w Dorne może tutaj namieszać całkiem sporo, lecz na razie nic się nie dzieje.
„Ucztę dla wron: Cienie śmierci” dobrze się czyta, ale nie ma tutaj, wielu rzeczy z poprzednich tomów, takich jak:
Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele. No dobra, dużo wron jest.
A tak się czyta książki w „Uczcie dla wron”:
„Sam był zmęczony jak pies, ale trudno mu było przerwać. Jeszcze tylko jedna księga — obiecywał sobie w duchu. — Potem odpocznę. Jeden foliał, jeszcze tylko jeden. Jeszcze jedna stronica, a potem pójdę na górę odpocząć i coś zjeść. Ale po jednej stronicy zawsze była następna i następna, a pod stosami kryły się kolejne księgi.”
Macie tak?
Opublikowany w Książki | Otagowane: boga, brienne, burdele, cersei, chodzące trupy, czary, dorne, dużo seksu, dużo złota, dziewice, dziewki, dziwki, fantastyka, flaki, george r. r. martin, gwałty, i inne duperele, Inni, jamie, korony, królów, krew, książka, lannister, literatura amerykańska, low fanatsy, magia, mamony, miecze, miłość, morderstwa, Mur, nienawiść, niewolników, olbrzymy, plamy na honorze i na spodniach, postaci, recenzja, rozdziewiczanie, sansa, seks, smoki, sperma, sprawiedliwość, tortury, trony, trupy, uczta dla wron, uczta dla wron: cienie śmierci, upiory, walka, westeros, wilkory, wron, wrony, władza, zdrada, zima nadchodzi, złoto, żądza | Komentarzy: 4 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Styczeń 2012

George R. R. Marin "Nawałnica mieczy: Krew i złoto"
Skończyłem! Skończyłem kolejny tom! Dumny z siebie jestem jak jasna cholera, zadowolony jak spasiony Garfield po wsunięciu kilku lazanii. A wiecie co jest najlepsze? Bezczelnie wołam jeszcze! Martin zaczarował mnie zupełnie:) „Krew i złoto” obfituje w takie ilości tego samego co w poprzednich tomach, tyle, że w znacznie skondensowanej dawce. Mam więc: Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele.
Po prostu miodzio. Dzieje się dużo, zwroty akcji są niesamowite i zaskakujące!
Dobra spoilerujemy:
Jon Snow – młody pnie się w górę, jest wierny, odważny, mądry i szlachetny. Stoi na Murze i nikt nie przejdzie mu pod jego czujnym okiem:) Wątek Jona zrobił się bardziej interesujący i ciekawy.
Jamie Lannister – przeżywa swoiste nawrócenie, staje się bardziej szlachetny i honorowy. Stara się naprawić swoje błędy i postępować zgodnie z własnym sumieniem, które nagle mu się wykształciło.
Tyrion Lannister – Krasnal był w sporych opałach, oskarżony o zabójstwo bratanka, miał być skazany na śmierć. Jamie pomaga mu uciec. Dla mnie stanowczo za mało Tyrionka było. Choć on z kolei trochę przechyla się na szalę zła. Jego historia miłosna z pierwszą żoną jest bardziej rozczulająca niż myślałem.
Sam Tarlyn – mało go, ale daje radę. Przeprowadził Goździk. Pomógł Jonowi zostać kimś ważnym. Choć wciąż walczy z otyłością to jednak zaczyna robić postępy jeśli chodzi o posiadanie takiej cechy charakteru jak odwaga.
Bran Stark – prawie w ogóle go nie widać. Pojechał na łosiu za Mur do trójokiej wrony nauczyć się latać (brzmi osobliwie, ale taka jest prawda).
Arya Stark – te kobiety z rodu Starków naprawdę mają tendencję do wkurzania mnie. Arya wędruje z Ogarem, lecz trafia na „Krwawe Gody” w Bliźniakach i muszą uciekać. Później to ona ucieka od Ogara co jest głupim posunięciem, ale dzięki pewnej monecie dostaje się na statek z Braavos.
Daenerys – zdobywa kolejne miasto, postanawia jednak odpocząć i zostaje w jednym z miast, które podbiła. Ma problemy ze swoją popędem seksualnym i podejrzewam, że to może sprawić jej dużo kłopotów.
Davos Cebulowy Rycerz – mało go było, ale postępuje szlachetnie i jest prawdziwym głosem rozsądku dla Stannisa.
Catelyn Stark – oj, oj, oj. Tego się nie spodziewałem. Biedactwo dostało od życia potężnego kopa w tyłek, albo raczej miecz w gardło…
Sansa Stark – niestety nie była szczęśliwa w związku małżeńskim z Tyrionem. Zapewne wynikało to z jej oziębłości seksualnej i zupełnego braku poczucia humoru. Udaje jej się jednak zbiec z Królewskiej Przystani przy pomocy Littlefingera, który ewidentnie ma na nią chrapkę.
To tyle. Zadziwiające jak działa umysł ludzki. Wspominałem, że Martina czytałem w liceum. Moje dwie szare komórki przechowały zaledwie strzępy informacji dotyczących cyklu „Pieśń Lodu i Ognia”, ale z całkowitą jasnością i wyrazistością pamiętam fragment, który odnosił się do powiedzenia, że Tywin Lannister sra złotem. Oto ten fragment:
„Fetor, który wypełnił wychodek świadczył jednak dobitnie, że często powtarzany żart o jego ojcu był tylko kolejnym kłamstwem. Okazało się, że Tywin Lannister wcale nie srał złotem.”
Ten fragment pamiętałem bardzo dobrze i czytając kolejne tomy cyklu z niecierpliwością czekałem na niego. No i wreszcie się doczekałem. Nie wiem dlaczego akurat ten fragment. Nie będę tego faktu zgłębiał, bo mogę się przerazić tym co wyjdzie na jaw. Niech wam wystarczy tylko ta refleksja nad kondycją umysłową Charliego…
Dwa podtomy trzeciego tomu(sic!) zdecydowanie rządzą!
Opublikowany w Książki | Otagowane: burdele i inne duperele, charlie, chodzące trupy, czary, dużo seksu, dużo złota, dziewice, dziewki, dziwki, fantastyka, flaki, george r. r. martin, gwałty, Inni, jon snow, korony, królów, krew, krew i złoto, książka, literatura amerykańska, magia, mamony, miecze, miłość, morderstwa, Mur, nawałnica mieczy, nawałnica mieczy: krew i złoto, nienawiść, niewolników, olbrzymy, plamy na honorze i na spodniach, recenzja, rozdziewiczanie, seks, smoki, sperma, sprawiedliwość, stark, tortury, trony, trupy, upiory, walka, westeros, wilkory, winter is coming, wrony, władza, zdrada, zima nadchodzi, złoto, żądza | Komentarzy: 4 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 20 Styczeń 2012

George R. R. Martin "Nawałnica mieczy: Stal i śnieg"
Uff! Udało mi się zdobyć trzeci tom „Pieśni Lodu i Ognia”. Dokładniej to 3.1 (sprytny ten Martin). Niestety Agnes nie jestem w stanie Ci pomóc
Co my mamy w trzecim tomie, zasadniczo to samo co w dwóch poprzednich. Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele. (Dam sobie to do tagów:)
Martin posiada talent ogromny. Ledwo skończyłem „Stal i śnieg”, a już mi się chce czytać następny tom. I przyblokował wszelkie inne moje lektury. Nie spocznę dopóki nie przeczytam wszystkiego, wtedy odetchnę z ulgą i spocznę w moim Winterfell Krakowskim, bo zima nadeszła:)
Będę teraz SPOILEROWAŁ, bo dużo się wydarzyło i jak będę stary i będę chciał pokazać wnukom mój kawałek Internetu, to chciałbym móc pamiętać co ja właściwie czytałem.
Arrya ma mnóstwo przygód, jest zadziorna, bezczelna, odważna i bardzo często głupia. Trafia od jednych band do drugich za każdym razem udaje jej się uniknąć niebezpieczeństwa:) Pod koniec zostaje porwana przez Ogara Sandora Clegana, który chce ją odstawić za solidny okup rodzinie. Jej przygody lubię czytać, bo nie wiadomo z czym wyskoczy.
Jon Snow bękart Neda przyłącza się do dzikich, z nimi wędruje i poznaje również smak kobiecego ciałka. Przedziera się z bandą dzikich za Mur aby zaatakować Czarny Zamek, udaje mu się uciec i ostrzec resztę braci z Czarnego Zamku. Jakoś tak wcześniej budzący moją sympatię, chłopak z białym wilkorem tym razem trochę przynudzał. No nic zobaczymy co mu Marin wyszykował w 3.2.
Samwell Tarly Nowy bohater, ser Świnka cudem przeżywa atak Innych na Pięść Starych Ludzi, w nocnej bitwie Czarna Straż zostaje rozgromiona. Nieliczni docierają do Twierdzy Castera, po drodze Samwell zabija Innego obsydianowym sztyletem. W grodzie Castera dochodzi do buntu i wzajemnego wyrzynania się. Samwell znów cudem przeżywa, ucieka z Goździk (to córka i żona Castera) oraz jej nowo narodzonym synem. Ciekawy wątek, zobaczymy co grubasek wymyśli.
Jamie Lannister też nówka postać, trochę dostaje po dupie od życia. Krwawi Komedianci ucinają mu prawą dłoń. Koleś jest zabawny, ironiczny i o dziwo ma dużo tajemnic do wyjawienia. Miło, że Martin wprowadził go na scenę.
Davos Cebulowy Rycerz. Polubiłem gościa w „Starciu królów” i dobrze, że się uratował. Zostaje lordem i mówi prawdę w oczy Stannisowi, ale jakoś szczególnie nie za dużo tam się dzieje.
Tyrion. Za mało Krasnala! Stanowczo za mało. I jakiś taki smętny się zrobił. I jeszcze brzydszy niż był, bo mu ucięli nochala w bitwie. Zmuszony został poślubić Sansę Stark! Półmężczyzna jedną z moich ulubionych postaci.
Daenerys. Młoda radzi sobie zadziwiająco dobrze i nawet, aż za bardzo. Jak na kilkunastoletnie dziewczę, udaje jej się zrobić w balona potężnych handlarzy niewolnikami z Astaportu i zyskać Nieskalanych i zrobić sobie potężną armię. Mam nadzieję, że Matka Smoków da jeszcze ognia:)
Bran. Mało go, póki co wędruje na Mur żeby opanować sztukę wstępowania w ciała zwierząt.
Cateyln Stark i Sansa Stark – nie chce mi się o tych dwóch babach pisać. Wkurwiają mnie niemiłosiernie. Cateyln to taka mamałyga, która życzy śmierci wszystkim tylko nie swojej rodzince i niczym nie różni się od Cersei, a Sansa mogłaby rozłożyć nogi przed Krasnalem – co prawda nie jest urodziwy, lecz na miłosnej sztuce się zna:)
Alem się rozpisał! No, ale to wystarczy mi, żeby ogarnąć te dłużyzny:) Przeczucie mam, że Sandor Clegane będzie jakimś dobrym kolesiem:)
Opublikowany w Książki | Otagowane: burdele, chodzące trupy, czary, dużo seksu, dużo złota, dziewice, dziewki, dziwki, fantasy, fatnastyka, flaki, george r. r. martin, gwałty, Inni, korony, królów, krew, książka, literatura, literatura amerykańska, magia, mamony, miecze, miłość, morderstwa, Mur, nawałnica mieczy: stal i śnieg, nienawiść, niewolników, olbrzymy, pieśń, pieśń lodu i ognia, plamy na honorze i na spodniach, recenzja, rozdziewiczanie, seks, smoki, sperma, sprawiedliwość, tortury, trony, trupy, upiory, walka, wilkory, wrony, władza, zdrada, zima nadchodzi, złoto, żądza | Komentarzy: 7 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Styczeń 2012

George R. R. Martin "Gra o tron"
Ja, maestro Charlie Librarian adept sztuk wyzwolonych, bakałarz studiów wszelakich, strażnik Wiedzy i Mądrości oraz rycerz Słowa Drukowanego znany w całej krainie Stu Bibliotek opowiem Wam dzisiaj szlachetni czytelnicy o książce, która wielu znaną była. Lecz jeszcze większy rozgłos zyskała dzięki produkcji telewizyjnej.
„Gra o tron” choć nie jest książką wiekową zdążyła już zyskać status kultowej. Miłośnicy fantasy uważają książkę Martina za absolutne must known (ja przynajmniej spotkałem się z większością takich opinii). Mimo tej niewątpliwie wysokiej pozycji w literaturze fantasy „Gra o tron” nie była, aż tak bardzo popularną książką. Dzięki świetnemu serialowi HBO wielu ludzi postanowiło sięgnąć po prozę Martina, by skonfrontować wizję scenarzystów stacji telewizyjnej z oryginałem. Ja sam przeczytałem Martina (oczywiście te wydane w tamtych latach tomy) jeszcze w liceum. Niestety szare komórki odpowiedzialne za zapamiętanie wrażeń z lektury zginęły w oparach alkoholowych dnia 1.10.2005 ( trzeci rok studiów – inauguracja roku akademickiego). Niech odpoczywają w spokoju. Dlatego podczas oglądania serialu coś mi tam świtało, gdzieś dzwonili, ale nie wiem, w którym meczecie i zachowywałem się jak nasi posłowie, którzy nie wiedzą, nad czym głosują, ale próbują mądrych udawać i rączkę do góry podnoszą. Zawziąłem się, a że jakimś dziwnym trafem „Gra o tron” była jednym z prezentów pod choinkę, łyknąłem Martina jak zimne piwko w upalny dzień. To znaczy szybko, robiąc przerwy na zadowolone westchnienia i delektując się orzeźwieniem.
Streszczę Wam fabułę tak na jednym wydechu:
Westeros – kontynent z Siedmioma Królestwami, którymi włada jeden król, ale one były kiedyś naprawdę oddzielnymi królestwami, od czasu Aegona Zdobywcy są jednym królestwem, królestwem włada Robert Baratheon, który ma w herbie jelenia z dużym porożem, a tron na którym zasiada wykuty jest z mieczy i jest strasznie niewygodny. Robert jest kiepskim królem, bo w głowie ma tylko polowania, turnieje, chlanie, dupczenie dziewek i ruchanie dziwek. Nic więc dziwnego, że jego żona go nie lubi i rozkosz znajduje UWAGA SPOJLER w ramionach swego brata bliźniaka zwanego przez wszystkich Królobójcą a to dlatego, że zabił poprzedniego króla Aerysa Szalonego, choć należał do Gwardii Królewskiej i przysięgał go chronić i nie robić mu krzywdy a tu wbił mu miecz w plecy i wszyscy mają go w pogardzie, ale każdy się go boi, bo jest świetnym rycerzem i wszystkich zabija. Oboje z królową pochodzą z rodu Lannisterów, mają oni w herbie złotego lwa i ich zawołaniem jest „Lannister zawsze spłaca swoje długi”. Ród jest strasznie bogaty i trzęsie praktycznie całym królestwem i jeszcze jest Eddard Stark lord Północy, który nie lubi Lannisterów za to kocha króla Roberta jak brata, Starkowie mają w herbie wilkora czyli takiego większego wilka z północy zza Muru. Bo jest jeszcze na północy w mroźnych krainach Mur, wybudowany kilka tysięcy lat temu, który strzeże krainy ludzi przed zagrożeniem ze strony dzikich a na Murze czuwa Czarna Straż i ludzie z Czarnej Straży to w większość, złodzieje i inne męty, które by uniknąć topora wybrały życie na Murze, którzy nie mogą mieć dzieci i do końca swoich dni nie mogą opuszczać Muru, a Eddard Stark ma kilkoro dzieci i wszystkie one są takie szlachetne i każde z nich znalazło swojego wilkora i inni ludzie boją się wilkorów i zawołaniem Starków jest „WINTER IS COMING” i jest jeszcze….
Dobra koniec z tym. Naprawdę dużo się dzieje w tej książce i czasem można się zgubić. Intrygi, krew, śmierć, opisy walk, trochę magii, trochę legend z dawnych wspaniałych czasów kontynentu, sporo tajemnic i wartka akcja oraz świetna narracja sprawiły (kurczę zapomniałem o seksie, dużo seksu, cycków i tak dalej) sprawiły, że Martina przeczytałem błyskawicznie, pewnie też tak zrobiłem w liceum, nie pamiętam (ach te szare komórki! Świeć Panie nad ich dendrytami i aksonami). To naprawdę świetna książka rozrywkowa. Gdyż nie ma co ukrywać, „Gra o tron” do literatury szczególnie wysokich lotów nie należy (a niech mnie rozszarpią wilkory za te obrazoburcze stwierdzenia!). Dla mnie nie ma większego sensu debatowanie nad portretami psychologicznymi postaci, nie potrzebna mi jest ekonomiczna analiza sytuacji Siedmiu Królestw czy też dyskusje nad zasadnością użycia konnicy w tej czy innej bitwie. Martin w sam raz zadowolił mnie „realizmem” świata przedstawionego. A to, że często wkurzałem się na postępowanie bohaterów świadczy tylko o tym, że lektura oddziaływała na me emocje i ostatnie szare komórki tłukące się w bibliotekarskiej głowie. „Gra o tron” to po prostu powieść fantasy skupiająca się bardziej na walkach o władzę, namiętnościach ludzkich i politycznych intrygach niż wojnach z magami i trollami. Naprawdę solidna porcja niezłej przygody, a nie żadna egzystencjalna i siląca się na pełną powagę powieść o życiu. I jeszcze ta bezkompromisowość w pozbywaniu się bohaterów, którzy teoretycznie byli głównymi! Miszczostwo! Podobno amerykańscy telewidzowie się obrazili na stację HBO, która zgodnie z książką uśmierciła pewnego bohatera (nie będę zdradzał kogo, bo może ktoś nie wie:)
Martin zapewnił mi sporo dobrej zabawy i teraz właśnie jestem w trakcie drugiego tomu!
Byłbym zapomniał, trochę spóźnione, ale szczere. Wszystkiego najlepszego w NOWYM ROKU! Obyście żadnych recept nie potrzebowali, oby głowy Wasze wolne były od politycznego bagna (chyba, że to lubicie), oby serca Wasze biły zdrowo i radośnie w rytmie cza-cza!
Opublikowany w Książki | Otagowane: eddard stark, fantasy, flaki, game of thrones, george r. r. martin, gra o tron, hbo, intryga, krew, książka, lannister, literatura amerykańska, literatura fantasy, pot, recenzja, rycerze, serial, smoki, szare komórki, westeros, winter is coming, winterfell, władza, żelazny tron | Komentarzy: 7 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 16 Grudzień 2011

Isaac Marion "Ciepłe ciała"
Będę szczery. Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej książki. Wręcz negatywnie sceptycznie. Przecież historia o zakochanym zombie nie może mieć sensu (tak jakby chodzące żywe trupy również miały sens). Uwielbiam tematykę zombie. Jestem fanem; głównie filmów, ale literaturą nie pogardzę również i w swym zadufaniu uważam się trochę za znawcę tematu. Może nie piszę za dużo o tym na blogu, ale obejrzałem wiele produkcji o żywych trupach. Zarówno tych należących do głównego nurtu jak i totalnie amatorskich badziewi. Dlatego nie mogłem przepuścić tak szeroko i pozytywnie komentowanej książki. Moje wątpliwości budził jedynie właśnie fakt silnej reklamy i dużego rozgłosu.
Wspominałem o moim sceptycyzmie, który był nacechowany mocno negatywnie. Otóż jestem świeżo po przeczytaniu książki. Mój instynkt mnie nie zawiódł. Książka śmierdzi. I to nie obrzydliwą zgniłą wonią rozkładającego się ciała żywego trupka. Śmierdzi przeciętnością, banałem, żenadą i romansem dla nastolatków, którym przejadły się zwyczajne i normalne seriale/książki o zakochanych dzieciakach. Teraz potrzebują zakochanych wampirów i zombiaka to się chyba nazywa, paranormal romance czy cuś. Nosz Dżizas, kurwa ja pierdolę. (Przepraszam najmocniej, alem się uniósł gniewem słusznym). Dobra, zrozumiałbym gdyby to miała być parodia tego rodzaju książek dla nastolatków. Ale ja w tej książce żadnej ironii, gry z czytelnikiem nie zauważyłem (no może poza tym, że trupek nazywał się R, jego miłość Julia:). Wręcz przeciwnie główny bohater (żywy trup), bierze wszystko ŚMIERTELNIE poważnie.
Mamy, więc zombiaka, który pamięta tylko tyle, że jego imię zaczynało się na R. R jak to inni żywi „Martwi” musi od czasu do czasu przekąsić mózgiem żywego człowieka. A bo to dobrze wpływa na gnicie, nie łupie go później w kręgosłupie i ogólnie gazy gnilne łatwiej się wypuszcza. Żywy, jeszcze cieplutki mózg to również niezła jazda. Prawie jak po grzybkach. „Martwi” spożywają go by, choć na chwilę przypomnieć sobie jak to jest mieć wspomnienia i czuć emocje. R nie jest typowym zombie. Nie chce jak wszyscy chodzić do Kościoła zombiaków, niechętnie poluje, (ale jak już to robi to jest najlepszy), słucha sobie w samolocie Franka Sinatry i ogólnie jak na gościa, któremu gnije mózg jest bardzo elokwentny i posiada spory zasób wiedzy. Podczas jednej z wycieczek obiadowych zjada mózg jakiegoś żołnierzyka. Po czym przyprowadza do siedziby „Martwych” żywą dziewczynę tegoż żołnierzyk. Od tego czasu R. zaczyna się zmieniać, Julie (to ta uprowadzona żywa dziewczyna) również dostrzega w nim „ludzia”, a nie tylko chodzące martwe ciało. W R. rodzą się już nie tylko larwy muchy plujki, ale również (uwaga będzie mocne słowo) UCZUCIA. I tak oboje rozpoczynają batalię o zmienienie świata, który jest skostniały w swej formie i skończony. Pragną dla wszystkich – zarówno dla ludzi i martwych ludzi: równości, wolności, przyszłości. Z domkami na przedmieściach, dobrą pracą, wakacjami na Florydzie i darmowymi kuponami do McBrainu. Nic nie wspominają o darmowym pochówku, ale martwym ludziom ten postulat chyba nie jest potrzebny do prawdziwego szczęścia. Książka kończy się oczywiście happy endem. Już widzę hicior kinowy z jakimś przystojnym aktorem w roli gnijącego amanta (to się na pewno dobrze sprzeda). Już kręcą, a gnijącym amantem ma być niejaki Nicholas Hoult.
Po „Ciepłych ciałach” niczego się nie spodziewałem. Jedyną zaletą tej książki jest fakt, że bardzo szybko i w miarę dobrze się czyta. Pisarzowi nie mam nic do zarzucenia, jeśli chodzi o styl pisania. Ale cała ta historia jest dla mnie z mózgu wyssana. Jeśli chodzi o żywe trupy wolę te biegające, powłóczące nogami i jęczące „Brainzzzz! Must eat Brainzzzz!” Albo najlepiej tylko warczące. Nie chcę wykładu o miłości od kolesia, któremu gnije fiutek i śledziona wypada przez dziurę w brzuchu. Widocznie nie jestem już nastolatkiem, (co za odkrycie! Charlie zasługujesz na Nobel Prize) i stoję po stronie konserwy, która nie potrafi zaakceptować tego, że dwójka młodych ludzi, z czego jedno jest martwe, lecz na chodzie, może zapałać do siebie uczuciem gorącym jak w tragedii Szekspira. Zostawiam tę książkę nastolatkom. I muszę na odtrutkę obejrzeć dziś jakiś horror z zombie, które żrą ludzi, aż im (tym zombie) szczęki pękają.
Opublikowany w Książki | Otagowane: bibliotekarz, ciepłe ciała, gnicie, isaac marion, książka, literatura amerykańska, miłość, nicholas hoult, paranormal romance, przeciętna, recenzja, romans, warm bodies, zombie, śmierć, żywe trupki, żywe trupy | Komentarzy: 5 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Grudzień 2011

Dashiell Hammett "Szklany klucz"
Zacząłem. Zacząłem po kryminalnej konferencji bibliotekarzy czytać kryminały. Dokładniej jeden. Klasyk. Mocny. Zadymiony. Z kapeluszem i whisky oraz cygarem w zębach (taki był klasyk, ja go tak nie czytałem: po pierwsze nie palę, a od whisky wolę czystą wódkę; ot takie skrzywienie narodowe). Klasyk napisany przez ojca chrzestnego czarnego kryminału. Dobrze zrobiłem, że zacząłem. Intrygę przed czasem rozwiązałem. Wiedziałem kto zabił zanim główny bohater wykrzyczał to w twarz mordercy. Miałem obawy co do sposobu w jaki mój organizm zareaguje na klasyka czarnego kryminału. Czy nie będzie to zbyt klasyczne danie (to wciąż po „Grillbarze…” mam takie skojarzenia kulinarne). Nie było. Było dobre.
Ameryka czasy prohibicji. Skorumpowani politycy, nielegalne lokale sprzedające kiepski alkohol. Fortuny rodzące się z przemytu i pędzenia podejrzanego bimbru. Hazard, dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Wybory za pasem, lokalny boss półświatka i prominentny biznesmen popiera w wyborach senatora. W tajemniczych okolicznościach ginie syn owego senatora. Ned Beaumont przyjaciel i pracownik bossa postanawia odnaleźć mordercę. Po drodze zostaje pobity, kończy wieloletnią przyjaźń, zostaje zastępcą prokuratora, wygrywa na wyścigach, staje się przyczyną samobójstwa, wypija morze whisky i wypala z kilkadziesiąt cygar. Wszystko to z ironicznym uśmiechem na ustach. Twardy, męski, bezwzględny, przebiegły i inteligentny. Ned nie jest postacią do końca pozytywną. W końcu robi w półświatku. Niejeden grzech i grzeszek ma zapewne na swym sumieniu. Ale czułem do niego sympatię, choć momentami postępował irracjonalnie (wtedy tak mi się wydawało). On miał jednak plan. Przeprowadził go i wykrył sprawcę morderstwa. Na koniec wyprowadził się z bezimiennego amerykańskiego miasta w poszukiwaniu nowych przygód.
To była dobra książka. Ciekawa i dobrze napisana. Klimaty Ala Capone, Niewidzialnych, czy też jednego z moich ulubionych seriali „Zakazane Imperium”. Mężczyźni pachną whisky i fajkami, biją się na pięści, a jednocześnie potrafią być dżentelmenami. Szalone i mroczne lata trzydzieste.
Dasheill Hammett to jeden z twórców, prekursorów i filarów gatunku czarnego kryminału. Dobrze, że zacząłem od jego książki. Na pewno na „Szklanym kluczu” się nie skończy. Polecam książkę nie tylko miłośnikom kryminałów, ale czytelnikom, którzy do tej pory kryminał raczej omijali z daleka (normalnie sam nie wierzę, że to piszę:).
Opublikowany w Książki | Otagowane: bibliotekarz, bimber, cygara, czarny kryminał, dashiell hammett, gangsterzy, intryga, kryminały, książka, lata trzydzieste, literatura amerykańska, maryka, morderca, morderstwo, politycy, prohibicja, prywatny detektyw, recenzja, szklany klucz, usa, wóda, whisky | Komentarzy: 6 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Październik 2011

William Weir "Największe..."
Historia była zawsze moim ulubionym przedmiotem. I do dzisiaj moja wiedza jaką wyniosłem ze szkoły średniej jest u mnie wciąż pogłębiana i używana (miałem genialnego nauczyciela od historii – nauczył nas patrzeć na historię nie poprzez pryzmat dat, ale ludzi, którzy historię tworzyli). Często sypał jak z rękawa różnymi ciekawostkami, których próżno było szukać w podręczniku. Ciekawostki owe wielokrotnie rzucały nowe światło na suche, podręcznikowe fakty i informacje.
Książka Weira ma w założeniu odbrązawiać i odkłamywać mity jakie narosły wokół przeróżnych wydarzeń historycznych. Mity, które prawdopodobnie były odkłamywane już przez niejednego historyka, ale jak to bywa z mitami żadne nagie fakty im się nie przeciwstawią. Mit historyczny ma to do siebie, że oddziałuje na wielu ludzi i wzbudza w nich emocje – te pozytywne jak i negatywne. I dla mas nie ma znaczenia prawda historyczna. Ważny jest kontekst i emocje jakie wzbudza określone wydarzenie. Autor książki bierze więc na warsztat takie uznane “prawdy” jak: Neron, który podpalił Rzym dla zgrywy, a później grał na skrzypcach podczas tegoż pożaru (swoją drogą o skrzypcach nigdy nie słyszałem), o Gotach, że byli krwawymi barbarzyńcami, o zburzeniu Bastylii, która miała być ciężkim więzieniem. Galileusz jest brany na warsztat, albowiem, aż tak bardzo Kościół go nie prześladował. Weir pisze o kłamstwach Dzikiego Zachodu – Jessie Jamesie, który w amerykańskiej tradycji ludowej uważany jest za ichniego Robin Hooda czy też Wyatt Erp, co wcale nie był takim obrońcą prawa i sprawiedliwości (i weź tu użyj człowieku tych dwóch słów obok siebie bez skojarzeń). Jest jeszcze kilka innych mitów. O “Protokołach Mędrców Syjonu”, Ramzesie II, niezdobytym Afganistanie, jakimś poszukiwaczu żyły złota w Australii…
Książka może i ciekawa, ale raczej dla zupełnego laika i człowieka, który naprawdę nie posiada jakiejkolwiek wiedzy historycznej. Wszystko ładnie, łopatologicznie wyjaśnione i przedstawione. Autor przytacza w większości mity, które są silnie obecne w anglosaskim kręgu kulturowym i w Polsce niektóre raczej nie są znane. Ja na przykład dowiedziałem się o historii związanej z Robertem Brucem, który był królem Szkotów i pokonał Anglików w bitwie pod Bannockburn. W legendzie o szkockim królu, który postanawia walczyć z Anglikami do końca, tylko dlatego, że na wygnaniu obserwował pajączka usiłującego wić pajęczynę od jednego końca wejścia jaskini do drugiego. Szkot podobno przysiągł, że jeśli pajączkowi się uda, to on Robert Bruce stanie przeciwko Angolom. Pajączkowi się udało.
Książka mnie niczym nie zaskoczyła, trochę wynudziła. Jest taka amerykancka i przewidywalna w swej prostocie. Wspomniałem wcześniej, że wszystko łopatologicznie i bez polotu wyjaśnione. Nie jest bardzo źle, ale zdecydowanie nie jest bardzo dobrze. Taka mocno średnia.
P. S. Niektóre kłamstwa zdemaskowane w książce ciężko nazwać największymi w historii.
Opublikowany w Książki | Otagowane: amerykańska rewolucja, bastylia, galileusz, goci, historia, książka, kłamstwo, literatura amerykańska, mity, mity historyczne, największe kłamstwa w historii, neron, recenzja, rewolucja francuska, robert bruce, szkocja, william weir, zburzenie bastylii | Komentarzy: 4 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 26 Wrzesień 2011

Philip K. Dick "Trzy stygmaty..."
Greetings Ziemianie! Dziś nie będzie klasyki dziewiętnastowiecznej tylko coś znacznie bliższego naszym czasom, choć również zaliczane do klasyki, ale gatunku science – fiction! “Trzy stygmaty…” to według najzagorzalszych fanów s-f absolutne must known! Wpadła mi w łapki zupełnie przez przypadek i mając świadomość, że kiedyś w zamierzchłych czasach już ją przeczytałem, postanowiłem rozwiać mgłę wspomnień i lekturę sobie odświeżyć. Philip K. Dick to Guru dla wielu miłośników s-f. Jego książki i opowiadania zdobyły wiele nagród, stały się ikonami oraz podwalinami literatury science – fiction. Choć jego dzieła mogą i są uznawane za typowe dla gatunku, nie znajdziemy tutaj zbyt wiele tak zwanej hard s-f. Dick skupia się bardziej na surrealistycznym ukazaniu rzeczywistości, którą ciężko jednoznacznie sklasyfikować i określić.
W “Trzech stygmatach…” widzimy Ziemię na początku dwudziestego pierwszego wieku. Ziemię, która przechodzi gwałtowne zmiany klimatyczne, jest na niej gorąco jak w piekle. Człowiek, który wyjdzie w południe na ulicę, usmaży się bardzo szybko. Na Antarktydzie bogacze spędzają czas w kurortach, a ONZ zasiedla Marsa, Wenus i księżyce różnych planet kolonistami, którzy nie pragną podbijania kosmosu. Poznajemy jednego z bohaterów książki, w momencie, gdy budzi się na kacu obok niezłej dupy. To Barney Mayerson, który jest jasnowidzem w wielkiej korporacji. Swoje zdolności wykorzystuje do przewidywania, czy dany produkt stanie się modny w następnym sezonie. Barney powoli i systematycznie piął się po szczeblach kariery. Poświęcił wszystko – łącznie ze swoim małżeństwem. Nic więc dziwnego, że gdy dostał powołanie do bycia kolonistą, kombinuje jak się tutaj z tego wywinąć. Jego szef Leo Bulero, to typ, który handluje nielegalnym narkotykiem, rozprowadzanym wśród kolonistów. Narkotyk nazywany Can-D sprawia, że koloniści odrywają się od ponurej i beznadziejnej rzeczywistości swoich baraków i wracają na Ziemię. Niezbędnym czynnikiem wywołującym wizję powrotu na Ziemię, są miniaturowe zestawy dla lalki zwanej Perky Pat, które produkowane są wyłącznie przez firmę Leo Bulera. Leo trzyma więc w garści wszystkie kolonie i kosi ogromną kasę zarówno ze sprzedaży zestawów, jak i z handlu narkotykiem. Sielankę przerywa wiadomość o powrocie z układu Proximy sławnego przedsiębiorcy, Palmera Eldritcha. Palmer wprowadza na rynek nowy narkotyk, który uzyskał od mieszkańców Proximy. Jest on dużym zagrożeniem dla produktu Leo. Po pierwsze ONZ uznaje jego legalność, po drugie “wizje” są znacznie lepsze. Rozpoczyna się pojedynek i wyścig z czasem.
Tyle można powiedzieć o warstwie fabularnej książki. Reszta to niepokojące i ponure opisy wizji i halucynacji, jakich doznają bohaterowie książki po zażyciu obydwóch rodzajów narkotyków. Nic nie jest do końca pewne, a rzeczywistość zmienia swe kształty, szybciej niż Jan Maria Rokita partie polityczne. Palmer Eldritch okazuje się być czymś więcej niż przedsiębiorcą, Barney przeżywa pokutę za popełnione grzechy, a Leo, który jest ulepszonym człowiekiem w wyniku przyśpieszonej ewolucji widzi w sobie zbawcę ludzkości. Dzieje się dużo i szybko, nic nie jest pewne. Nie wiemy czy bohaterzy naprawdę przenoszą się do innych światów, czy mogą podróżować w czasie i przestrzeni, nie wiemy kiedy mamy do czynienia z opisem narkotycznej wizji, a kiedy z “rzeczywistością”. Autor nie daje nam tego komfortu cały czas zasiewając w nas ziarno wątpliwości.
Mroczna i ponura jest to historia. Pesymizm bije z każdej stronicy, a wizja przyszłości również nie jest zbyt kolorowa. W opowieści Dicka nie znajdziemy żadnego solidnego punktu oparcia, a zakończenie zamiast uspokoić zwiększa uczucie swędzenia z tyłu głowy, świadczące o niepokoju zasianym przez autora. Dick jest pisarzem, który stale podważa istnienie realnego świata. W “Trzech stygmatach…” nie wiadomo, w której warstwie “rzeczywistości” akurat znajdują się bohaterowie, a wraz z nimi czytelnik. Poza tym, pod koniec mamy dużo metafizycznego gadania, o naturze rzeczywistości.
Lektura godna polecenia, ale jeśli ktoś nie spotkał się wcześniej z prozą Dicka, może być ciężko.
Opublikowany w Książki | Otagowane: barney mayerson, bibliotekarz, dick, eldritch, fiction, książka, literatura, literatura amerykańska, narkotyki, philip k. dick, recenzja, rzeczywistość, science, trzy stygmaty palmera eldritcha | Zostaw Komentarz »
Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Sierpień 2011

Harry Harrison "Wojna z robotami"
Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.
Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

Bender
Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.
BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!
Opublikowany w Książki | Otagowane: antologia, bender, biblioteka, cybernetyka, fantastyka, futurama, harry harrison, Książki, literatura amerykańska, polska, recenzja, roboty, s-f, science - fiction, wojna, wojna z robotami, zbiór opowiadań | Komentarzy: 3 »