Wyobraźcie sobie, że jesteście kosmitami. Lądujecie na Ziemi swoim super wypasionym statkiem kosmicznym w okolicach Barcelony, na początku lat dziewięćdziesiątych. Jesteście czystą inteligencją. Możecie przyjmować dowolne kształty, jesteście nieśmiertelni i możecie telepatycznie porozumiewać się z między sobą. Jeden z Was, dajmy na to nazywający się Gurb wyrusza na rekonesans. Drugi czuwa w statku. Gurb z racji tego, że może przyjmować dowolny kształt staje się przedstawicielem gatunku istot rozumnych o imieniu Martha Sanchez i seksownych kobiecych kształt ach. Wsiada do pojazdu innego autochtona i ślad po nim ginie. Co robicie? Oczywiście, że natychmiast wyruszacie na poszukiwania. Nie znając terenu, okolicy i posługując się dostępnymi informacjami z bazy galaktycznej. Nie będzie łatwo, oj nie. Po pierwsze musicie zrozumieć tubylców. Tubylców, którzy chodzą na dwóch nogach, piją dziwaczne alkohole, jeżdżą prostymi w budowie, ale skomplikowanymi w obsłudze pojazdami, ogólnie robią mnóstwo dziwacznych i dla Was, jako przybyszów z obcej planety niezrozumiałych rzeczy. Musicie być przygotowani na szereg pomyłek, wpadek, wypadków oraz popełnianych na każdym kroku faux pau. Musicie się liczyć z tym, że będziecie mieć kaca, traficie do więzienia, zakochacie się w sąsiadce i będziecie biegać w nartach po głównym deptaku Barcelony. Miasta, które właśnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich. Naprawdę liczcie się z tym, że droga do odnalezienia Gurba będzie długa, kręta, wyboista (to dzięki Katalońskiemu Przedsiębiorstwu Robót Publicznych) i być może nie będzie miała końca.
Jeśli mówią, że śmiech to zdrowie, to lektura tej książki winna być wypisywana na receptę:) Uśmiałem się setnie. Mendoza świetnie operuje groteską, absurdem i humorem. Ta dość cienka książka, którą czyta się bardzo szybko to świetna rozrywka i zabawa. Mendoza kpi i śmieje się z Katalończyków, społeczeństwa i ogólnie z ludzi. Właściwie kosmitę mógłby z powodzeniem zastąpić przybysz z innego kraju, ale wtedy nie mógłby przyjmować postaci Ojca Świętego Piusa XII w celu wzbudzenia zaufania. Cała książka składa się z wielu perełek ironii i groteskowego humoru: na przykład scena podrywania sąsiadki z góry za pomocą metody „pożycz cukier”. Absurd na absurdzie, absurdem pogania, napisany w ten sposób to coś, co Charlie lubi najbardziej. I wbrew pozorom mimo tej całej iście monthy pythonowskiej konwencji Mendoza pokazał mi Barcelonę (z początków lat dziewięćdziesiątych) i ludzi w niej mieszkających lepiej niż niejeden przewodnik. Dowiedziałem się na przykład co to są churros. Polecam gorąco każdemu tę książkę. Polakom, Europejczykom, Niemcom, Hiszpanom, Katalończykom czy też mieszkańcom rodzinnej planety Gurba. Świetna zabawa gwarantowana.
Witajcie moi drodzy parafianie! Dawno mnie nie było, a bo i te wakacje trwają i lato, i jakoś tak czasu nie mam zupełnie na czytanie książek. W tym roku urlopu również dłuższego nie będę miał, bo roztrwoniłem dni urlopu swego jak urzędnicy publiczne pieniądze, więc siedzę w pracy.
Dość tych wycieczek osobistych. Będzie o książce z polecenia. Kolejnego dobrego polecenia (warto znać odpowiednich ludzi). Samemu do głowy, by mi nie przyszło aby sięgnąć po jakiegoś izraelskiego współczesnego pisarza. Nie to, żebym coś miał do izraelskich pisarzów (lapsus językowy zamierzony), tak po prostu raczej nigdy nie byli w orbicie moich zainteresowań. A tu bach! Przeczytałem sobie “Rury” właśnie izraelskiego pisarza. Mistrza krótkiej formy jak go nazywają krytycy. Jakie wrażenia? Zdecydowanie mistrzem krótkiej formy Keret jest. “Rury” to zbiór “opowiadań”, “anegdot”, piszę w cudzysłowie, bo często w tym zbiorze mamy do czynienia z opowiadaniem dosłownie na jedną stronę. Ale ta zwięzłość, kondensacja i nasycenie wrażeń jest jak najbardziej na miejscu i zupełnie nie przeszkadza. Przyznam się szczerze, że nie miałem ani razu uczucia niedosytu nawet po najkrótszym tekście.
O czym pisze Keret? O Izraelu, o jego społeczeństwie, ludziach zamieszkujących ten kraj. Robi to jednak poprzez groteskę, czarny humor, ironię podając to wszystko polane surrealizmem. Czytając teksty Kereta często się zastanawiałem na ile autor opisuje swoje własne doświadczenia. Jak wiele w tych “opowiadaniach” zawartych jest osobistych wspomnień Kereta. Oczywiście nie starałem się przekładać jego tekstów na rzeczywistość, tego się po prostu nie da, teksty są zbyt abstrakcyjne. Po prostu przemyślenia na temat osobistych doświadczeń pisarza pojawiały się mimowolnie.
“Opowiadania” Kereta przesiąknięte są smutkiem, fatalizmem oraz bezradnością, jeśli chodzi o człowieczy los. Nie tylko w Izraelu czy Palestynie, ale w takim ogólnym, uniwersalnym wymiarze. I choć czarny humor znacznie łagodzi tę rozpacz dotykającą bohaterów tekstów, można śmiało stwierdzić, że Keret jest piewcą piekła życia na ziemi. Piekła, które może złagodzić sarkazm, ironia i groteska.
Polecam gorąco tę książkę. Warto po nią sięgnąć, nawet po to aby się trochę pośmiać z szalonych pomysłów autora.
Po lekturze “Gottlandu” Szczygieł mi się nawet spodobał jako autor. Nie powinno więc dziwić, że sięgnąłem po jego drugą książkę o Czechach. “Zrób sobie raj” jest już inne niż “Gottland” przede wszystkim jest znacznie lepiej napisana i znacznie przyjemniej mi się czytało.
Kolejny raz przekonałem się jak bardzo różnią się od nas Polaków, nasi południowi sąsiedzi! Jak bracia Słowianie mogą patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. Pisząc o Czechach nie można nie mówić o ich poczuciu humoru, które jest genialne. Przecież Czesi to Wojak Szwejk, to osławione czeskie filmy i K***A KRECIK! Tylko taki naród mógł wymyślić Krecika! Gościa, który stworzył Krecika powinni ozłocić a samego Krecika wstawić sobie jako godło!
Czesi uważają, że śmiech pozwala przetrwać najgorsze chwile i to on jest najprawdziwszą reakcją ludzką. Śmiech pozwala przezwyciężyć i przetrwać wszystko – nazim, komunistyczny reżim, który był znacznie ostrzejszy niż u nas, wreszcie rozbuchany kapitalizm. I choć Szczygieł przemyca poglądy, że jest to tak jak z zamiataniem śmieci pod dywan (w końcu kiedyś trzeba będzie sprzątnąć) nie zmienia to faktu, że poczucie humoru Czesi mają.
Szczygieł oprowadza nas po Czechach, w których naprawdę trudno zostać bohaterem (przypadek czeskich Cichociemnych, którzy zabili Heydricha – namiestnika hitlerowskiego na Czechy, Czesi dzisiejsi wciąż umniejszają ich czyn a pomnik niedawno postawili). Zresztą sam opis ich ostatniej walki jest jak fabuła czeskiej komedii. Szczygieł ładnie pokazuje nam czeskie środowisko artystyczne, które wydaje się dużo bardziej hardcorowe niż nasi artyści. (Wiele rzeczy nie przeszłoby w Polsce a takie genitalia na krzyżu, pani Nieznalskiej w Czechach najwyżej spowodowałyby uniesienie brwi).
Dużo uwagi pan Mariusz poświęca wierze Czechów a raczej jej braku. Jezu (sic!) jakie tam są piękne dialogi o Bogu, jak ci Czesi ładnie mówią, że Bóg im niepotrzebny, że po co mają sobie psuć życie jakimiś nakazami. Na bardzo naiwne pytania polskich studentów dlaczego nie wierzą – odpowiadają pragmatycznie i rzeczowo. Na przykład: “Gdy wszyscy Cię opuszczą, do kogo się zwrócisz?” pada odpowiedź: “Jakim człowiekiem musiałabym się okazać gdyby mnie wszyscy opuścili”. Oczywiście Szczygieł dla mnie trochę nachalnie porównuje pod tym względem Polskę i Czechów, ich kraj określając słowami “bezbożni sąsiedzi”. Czy wyobrażacie sobie, że nawet katedra św. Wacława czyli patrona Czech nie należy do kościoła! Tylko do państwa czeskiego! Wyobraźcie sobie taką sytuację na Wawelu. Jak ja bym chciał, żeby w Polsce było jak w Czechach. Tzn. (kościół katolicki zredukowany do roli takiej jaką powinien pełnić – służba wiernym i nic więcej, brak przywilejów, brak odszkodowań majątkowych). A kościoły traktowane są tam jako zabytki sztuki architektonicznej i obiekty historyczne. Żeby być sprawiedliwym czeski reżim komunistyczny ostro tępił kościół w latach komuny. Księża cierpieli prześladowania, takie same prześladowania spotykały wiernych. Ateizacja kraju nie nastąpiła więc tak bardzo z przyczyn naturalnych była po części procesem społecznie wymuszonym. Ale po odzyskaniu wolności i demokracji Czesi nie rzucili się na klęczkach do kościołów. Po prostu kościół również kojarzy im się z organizacją totalitarną!
Dość o sprawach wiary, będzie o książce. Czytało mi się świetnie, moim zdaniem o niebo lepsza od “Gottlandu”. Lepiej napisana, Szczygieł przytacza naprawdę zabawne anegdotki. Oczywiście pokazuje również drugą stronę tego medalu – jeśli zastąpimy wszystko śmiechem nie będzie już szans na żadną refleksję. Podobno nawet dramaty i tragedie w Czechach reklamuje się jako smutne komedie a Czesi na siłę szukają zabawnych momentów. Pan Mariusz bardzo ładnie ukazał specyfikę naszych południowych sąsiadów, ich główne cechy jednak bez operowania zbytnimi stereotypami. Książka Szczygła nominowana została do Nike i dla porównania przeczytam inne pozycje ale już teraz jak dla mnie może spokojnie nagrodę otrzymać! Polecam!
Aż bym sobie wyemigrował do tego kraju, za bardzo jednak jestem Polakiem abym mógł tam swobodnie się czuć. Jednym z postanowień majowych Charliego będzie wizyta w Czechach! I to na dłużej.
AHOJ!
P. S. A wrzucę mój ulubiony odcinek Krecika. Krecik i jego kabrio
Ostatnio w przeczytanych przeze mnie książkach motywem przewodnim jest motyw podróży. Czytałem o dzielnym astronaucie, pisałem o jeszcze dzielniejszej kobiecie, która dyktuje książki zza światów. Teraz będzie o niezwykłym podróżniku z początków naszej ery. Chciałbym przedstawić Wam Pomponiusza Flatusa, obywatela rzymskiego, człowieka niezwykle ciekawskiego, fizjologa i badacza, który wiedziony nadzwyczajnym głodem przygód wyrusza wszędzie tam gdzie usłyszy historie o jakiś niezwykłych wodach. Gdy dociera nad te wody natychmiast próbuje empirycznie, czyli na sobie działanie magicznych wód. Z reguły wody mają magiczny skutek w postaci sraczki lub delikatniej mówiąc biegunki. I tak wędruje sobie Pomponiusz od jednych magicznych wód do drugich i stale towarzyszy mu jego nieodłączna towarzyszka bieguneczka, której raczej nie polubił, ale którą taktuje jako dopust bogów za swą nadmierną ciekawość i żądzę wiedzy. Poznajemy go w momencie gdy pozbawion konia oraz majątku trafia w ręce koczowniczego plemienia Arabów, którzy “gdy dają sobie od tyłu, kłaniają się przedtem stukrotnie i wypytują o zdrowie i stan interesów”. Zresztą motyw dawania od tyłu przewija się przez całą historię Pomponiusza, ale nie ma się co dziwić przecież to świat antyczny a wtedy raczej dawanie sobie od tyłu było w dobrym tonie. Wracając do Pomponiusza Arabowie odstawiają go do rzymskiego obozu. Po czym z jednym z urzędników rzymskich wędruje do Nazaretu. Gwoli przypomnienia mamy początek naszej ery, co nie jest bez znaczenia dla dalszych przygód Pomponiusza. W Nazarecie Pomponiusz dowiaduje się o zbrodni jaka została popełniona na bogatym i bogobojnym obywatelu Nazaretu, a oskarżonym i skazanym na ukrzyżowanie za tę zbrodnię jest cieśla Józef. Pomponiusz zostaje wynajęty przez syna cieśli, kilkuletniego rumianego blond chłopca o imieniu Jezus! jako prywatny detektyw. Nie będę opowiadał całej historii choć Pomponiusz mi świadkiem, że korci mnie strasznie. Pokrótce – Pomponiusz okazuje się gościem nie w ciemię bitym, choć o słabym żołądku i niewyregulowanych jelitach (co w pewnym momencie okazuje się kluczowe dla biegu wydarzeń). Pomponiusz to typowy człowiek swoich czasów – wykształcony filozof, który swych rzymskich bogów uważa za mit a żydowskiego boga ma za nic. Oczytany badacz, krasomówca a jednocześnie tchórz i konformista. Zna się świetnie na ludziach i potrafi wykorzystać tę wiedzę jednak nie czyni tego wyłącznie dla swego dobra.
Co jest motywem książki – mógłbym być złośliwy i powiedzieć, że dawanie od tyłu i problemy gastryczne głównego bohatera ale to byłoby strasznie płytkie. Książka jest inteligenta, ironiczna, sarkastyczna i mądra. Intryga kryminalna nie jest może jakaś zawiła ale pomieszanie historii, osób, wydarzeń, znanych z Biblii i innych książek wywołuje uśmiech. A dodatkowe odnajdywanie takich smaczków sprawia jeszcze większą przyjemność z lektury. Oczywiście można się pokusić o porównywanie historii Mendozy z Biblią, ale nie wolno przesadzać i na opowieść pana Eduardo należy patrzeć z przymrużeniem oka. Bo choć jest to historia, w której występują tak dobrze nam znane postaci, to jednak jest to fikcja literacka. Mendoza jak Jezus pokazał, że nie wolno oceniać ludzi po okładce – bogobojny obywatel okazuje się łotrem, puszczający bąki głodomór mędrcem a dziwka kobietą o dobrym i szlachetnym sercu. Wciągająca, pełna dobrego humoru i zabawna. Wartka akcja i nieoczekiwane zbiegi okoliczności dodatkowo przyczyniły się do tego, że lektura była czystą radością. Mendoza zafundował mi naprawdę niezwykłą podróż.
No to teraz moi drodzy książkonauci, będzie o absolutnym klasyku literatury fantastyczno naukowej. Wybitnej książce naszego pisarza. “Dzienniki gwiazdowe” to zbiór opowiadań, w których poznajemy astronautę Ijona Tichego.
Astronauta ów to człek niezwykle ciekawski i wciąż nosi go przemożna chęć poznawania coraz to nowych planet i ich mieszkańców. I tak sobie podróżuje ten nasz astronauta od galaktyki do galaktyki, od małych systemów planetarnych po ogromne skupiska setek milionów planet. Podróżuje w swej zielonej rakiecie, z której odłazi lakier a mózg elektronowy opowiada mu dowcipy z brodą. Każda jego wizyta to opis świata obcych. Poznawanie zupełnie dziwacznych kultur ale w jakiś niewytłumaczalny sposób strasznie podobnych do naszej kochanej Ziemi. Na przykład na jednej planecie Pincie bodajże, Ijon opisuje zadziwiający system rządów, w którym mieszkańcy pragną zostać rybami i non stop żyją w wodzie. Bulgocząc wciąż jak to dobre jest życie ryby wesoło zanurzają się powolutku pod wodę. Oficjalne organy wciąż powtarzają, że niedługo wszyscy mieszkańcy dostąpią tego zaszczytu i będą oddychać skrzelami. Ale póki co niech zacisną zęby bo planeta i nią rządzący przeżywają chwilowe trudności oraz występują chwilowe braki. Ci którzy pragną bulgotać trochę inaczej niż wszyscy albo nie daj wielka rybo! mówią, że ludzie w ogóle nie powinni żyć w wodzie mają nomen omen przechlapane. Owi osobnicy są usuwani do karnych brygad gdzie wykonują rybie posągi. Piękna ta podróż, w której Lem świetnie wypunktował pewien system społeczny socjalizmem zwany. Gdzie indziej nasz dzielny kosmiczny wędrowiec spotyka zakonnika, który żali się, że misja chrystianizacyjna wśród obcych idzie opornie, wręcz bardzo opornie. Kiedy zaciekawiony nasz podróżnik pyta się tego bogobojnego męża dlaczego. Ten opisuje mu, że wszyscy ci obcy zbyt dosłownie biorą nauki Kościoła. Jedni wysłuchawszy kazań zakonnika o tym jak to męki cielesne natychmiast otwierają drogę do raju, chcąc zapewnić owo miejsce swemu ulubionemu kaznodziei robią mu z dupy jesień średniowiecza (kolokwialnie rzecz ujmując).Co nie spotyka się ze zrozumieniem Kościoła. Inni z kolei masowo wstępują do zakonów i zaprzestają się rozmnażać albowiem Kościół powtarza, że spółkowanie grzechem jest i tylko czystość cielesna może otworzyć bramy niebios. W skutek tych masowych wstąpień do klasztorów całej rasie grozi wyginięcie. Zakonnik najbardziej jednak obawia się naukowców, ludzi rozumu, racjonalistów. To oni stanowią prawdziwe zło nauczając prawd naukowych i wyjaśniając wszelkie zjawiska, które do tej pory przypisywane były Wszechmocnemu.
Wszystkie podróże Ijona czegoś nas nauczą, coś nam opowiedzą o nas samych i naszej planecie. W dodatku na kartach książki tryskają fontanny humoru, abstrakcyjne skojarzenia wyglądają zza każdej planetoidy a lekkość pióra Lema sprawia, że klasyk ten czytałem z przyjemnością. Pod płaszczykiem fantastycznych planet i ras Lem celnie punktuje naszą ludzką psychikę i nasze zachowania. Sparafrazuję Gombrowicza i napiszę: “Lem wielkim astronautą był! I zachwyca, wciąż zachwyca”.
Jako ciekawostkę dodam, że przez lata powstały różne zbiory opowiadań Lema o tytule “Dzienniki gwiazdowe”. Ja posiadam książkę z roku 1958. A więc prawdziwego staruszka. I w tym zbiorze jest jedna podróż Ijona Tichego, której podobnież Lem zakazał publikować później. Jest to podróż dwudziesta szósta. Ijon ląduje w niej na dziwnej planecie nazywającej się Merka. Owa Merka jest zagrożona przez inny kraj tak zwaną Raszę i Czajnę. Ijon trafia na dziwne ćwiczenia, podczas których symulowany jest atak przy użyciu tajemniczej broni jaką jest ejbom. Bardzo zgrabne opowiadanko będące satyrą na Amerykę lat pięćdziesiątych, która tak naprawdę również nie była takim sympatycznym krajem podówczas. Opowiadanie jest również przykładem niezłej propagandy komunistycznej Nic więc dziwnego, że Lem troszku się go wstydził i traktował jako takie trochę niechciane dzieciątko co to zdarzyło mu się przypadkiem.
“Dzienniki gwiazdowe” mimo tylu lat i tak wielu późniejszych książek z gatunku literatury fantastycznej wciąż wychodzą obronną ręką i można spokojnie je polecać następnym pokoleniom, które być może sięgną gwiazd tak jak Ijon Tichy.
Któż nie zna tego autora, jego groteskowych opowiadań i poważnych sztuk. Któż, któż! Ech, Mrożek to ikona i postać z piedestału. Przez lata nieobecny w Polsce, znany na całym świecie dramaturg, genialny pisarz. Jednym słowem wielki człowiek!
A w tej biografii poznajemy troszkę innego Mrożka. I to dzięki samemu Mrożkowi poznajemy tego innego Sławka. Sławka z lat przedwojennych i Sławka podczas wojny. Oraz Sławka komunistę i członka partyji jednej i wiecznej. A wszystko to napisane z dystansem do siebie. Mrożek opisuje swoje życie nie szczędząc sobie dobrodusznych uwag o swej naiwności w latach młodzieńczych. Z rozbrajającą szczerością opisuje swoją naiwność w stosunku do komunistów i wszelkiej maści działaczy.
Pan Sławomir ze szczegółami opisuje swoje dzieciństwo, które przypadło na troszkę lat przedwojennych i lata okupacji. Ta zadziwiająca pamięć do detali, które wydają się być zupełnie nie do zapamiętania. To drobiazgowe i pedantyczne kreślenie sytuacji jaka panowała w domu rodzinnym podczas pobytu na wsi. Wszystko jest tu potrzebne i wszystko ma swoje miejsce. Oczywiście nie szczędzi również szczegółów dotyczących jego samego jako odludka, nie mającego przyjaciół, wiecznie siedzącego w książkach.
Mrożek opisuje również swoją drogą jaką musiał przejść by stać się pisarzem. Pracę jako reportera, którego zadaniem jest wychwalanie nowego systemu, opisuje również coraz większe zniechęcenie do owego systemu i nieustające uczucie duszenia się w tej Polsce stalinowskiej a później gomułkowskiej. Nudnym kraju, w którym człowiek musi żyć według podwójnych standardów i aby przetrwać musi wyrobić w sobie zadziwiającą umiejętność godzenia rzeczy zupełnie różnych.Pan Sławek nie szczędzi również opisów swojego zachwytu zachodem. Krajami, w których jest obfitość wszystkiego a ludzie mogą oddychać pełną piersią. Nic więc dziwnego, że postanowił opuścić kraj.
To naprawdę dobra książka. Czytałem ją z uśmiechem i czystą przyjemnością. Dodatkowym smaczkiem są opisy Krakowa i podkrakowskich wsi, w których Mrożek przebywał. Tak się składa, że Kraków chyba raczej też mym domem zostanie, nawet sobie obiecywałem podczas lektury, że postaram się odnaleźć miejsca opisane przez Mrożka. Co nie będzie trudne, gdyż w latach pięćdziesiątych miasto Kraka to raczej taka pipidówka była (bez obrazy rodowite Krakusy). Pipidówka ale z tradycjami!
Jest w tej książce świetny fragment, w którym Mrożek opisuje gdzie odnalazł swoje miejsce. Było to na pierwszym sylwestrze Mrożka, który został zaproszony przez Tadeusza Brzozowskiego. I tam w wieku chyba 20 czy też 19 lat pił alkohol. Mrożek wspomina, że nie ważne ile wypił. Ważne z kim pił! A pił z artystami! I od tamtej pory wiedział, że to środowisko jest jemu przeznaczone!
Książka zabawna i mądra. Bardzo silnie podkreślany jest fakt, że Mrożek napisał tę książkę po afazji. Zabieg marketingowy wydawnictwa, przynajmniej ja tak to odbieram jest następujący. Otóż “Baltazara” napisał Mrożek w ramach zajęć terapeutycznych, które miały mu pomóc przezwyciężyć afazję, na którą Mrożek zapadł po udarze mózgu. Szczerze mówiąc, ten szczegół jest naprawdę zbędny bo książka trzyma poziom i tym większa chwała dla pisarza, który potrafił stworzyć coś tak dobrego po takiej chorobie.
P. S. A nie mogę się powstrzymać i muszę zacytować fragment, może króciutki ale bawi mnie on zawsze do łez “Już i inne rakiety latać zaczęły, jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie rżnął nożem.” Chyba wszyscy się domyślają z jakiego opowiadania Mrożka to fragment, a jeśli nie to przykro mi bardzo. Albo nie, nie jest mi przykro tylko smutno.
Po światłowodach w każdej sekundzie płyną miliardy informacji. Jedne są ważne, inne nie, jedne śmieszne, inne smutne. Chciałem się podzielić niektórymi śmiesznymi zdjęciami, wyszperanymi w sieci. Niektóre z nich to suchary, pewnie już wszyscy widzieli. Ale wciąż mnie śmieszą. Zaczniemy od zdjęcia, w którym widać, że niektórych zima bardzo, ale to bardzo cieszy, nawet jeśli nastąpiła nadinterpretacja wrażeń zmysłowych:
Cocaine. So much cocaine.
Piękny koteczek.
Teraz obrazek w stylu WTF? albo może trochę grzeczniej: O co chodzi?
WTF?
Dzieci to najsłodszy temat:
Mniam, mniam
Dzieci to nasza przyszłość oraz skarby, to przecież one będą zapier… pracować na nasze emerytury. Dlatego uczmy je prawidłowych postaw i dobrego zachowania. Tak jak tutaj w przypadku małej Heather, która napisała list do dziadka, przepraszając go za nieobecność na jego… pogrzebie
Przepraszam dziadku.
List jest przesłodki dzięki swej dziecięcej naiwności. Dziewczynka przeprasza za nieobecność na pogrzebie, pyta się dziadka jak spędził święta. Pyta się również jak to jest mieć własny grób i mówi, że pewnie dziadka roznosi duma bo ona sama byłaby dumna z posiadania grobu z własnym imieniem. Na koniec mówi, że jak ona sama umrze to dziadka odwiedzi. Post scriptum to rozbrajające pytanie o rodzaj świąt jakie ma się, kiedy się umrze. Boskie!
A teraz przejdziemy do tematów około bibliotecznych, szeroko związanych z książką oraz bibliotekami. Ale wciąż pamiętając o dzieciach:
List od młodej czytelniczki, która zaniepokojona stanem swojej biblioteki, dzieli się swoimi pieniążkami. Wzruszające. To się nazywa wierny i oddany czytelnik! I to już od najmłodszych lat!
Wierny czytelnik
A teraz coś dla wzrokowców, jakość zdjęcia nie najlepsza ale co poniektórzy może się nabrali.
Hugh Laurie obecnie bardziej znany jako doktor Gregory House, popełnił w swoim życiu książkę. Książkę napisał już dawno temu w roku 1996. Wtedy jeszcze aktor komediowy Laurie nie spodziewał się, że na zawsze już zostanie Housem. Książka podobno stała się światowym bestsellerem, do Polski wtedy nie dotarła, bo nikt nie kojarzył House, tfu, Lauriego. Chyba, że miłośnicy “Czarnej żmiji” ale tych raczej nie było zbyt wielu.
No ale kiedy cyniczny, wiecznie nieszczęśliwy, zgryźliwy, genialny, lekarz – lekoman podbił serca Polaków, ktoś wpadł na pomysł, że można trzepnąć troszkę kaski (czego absolutnie nie potępiam!) i wypuścić na rynek książkę House’a, tfu, Lauriego. I w sumie dobrze się stało.
Fabuła – samotny, były żołnierz armii Jej Królewskiej Mości – sceptyk ze zdroworozsądkowym podejściem do życia, obecnie najemny ochroniarz, otrzymuje propozycję zostania płatnym zabójcą. Ów były żołnierz posiada jednak silny, zdrowy i twardy jak skała kręgosłup moralny dlatego postanawia ostrzec swoją niedoszłą ofiarę. Później akcja toczy się lawinowo jak to w książce sensacyjnej tudzież szpiegowskiej. Mamy zajebiste dupy, pieniądze, CIA, grupy terrorystyczne, pieniądze, możnych tego świata, pieniądze, brytyjskie służby wywiadowcze, międzynarodowy spisek, pieniądze i jeszcze więcej pieniędzy. Po drodze jest jeszcze nienawiść, miłość, poczucie sprawiedliwości i miłość do wielkich pieniędzy a wszystko to okraszone wisielczym i cynicznym humorem głównego bohatera.
House, tfu, Laurie całkiem zgrabnie pisze i poczucie humoru ma naprawdę zacne. Ale.. (zawsze jest jakieś ALE), jeśli chodzi o wątek spisku to tak marnie. Ogólnie pierwsza połowa książki to błyskotliwe, bardzo zabawne teksty, później robi się z tego naciągana powieść szpiegowska co mi nie pasuje. Trzeba również pamiętać, że książka jest z połowy lat dziewięćdziesiątych i troszkę się zdezaktualizowała jeśli chodzi o międzynarodową politykę. Jednak jest wciąż aktualna jeśli chodzi o Zachód, ich pieniądze, hipokryzję – obnaża w sposób bardzo inteligentny mechanizmy wielkiej polityki.
Widać również, że książka była przygotowywana do wydania na tzw. chybcika. Ja odczuwałem dyskomfort i widziałem wyraźnie, w niektórych fragmentach, że tłumacz skiepścił sprawę. Najlepiej, gdybym porównał sobie z oryginałem ale aż taki drobiazgowy to ja nie jestem.
Ogólnie lektura w sam raz na wakacje. House, tfu, Laurie daje radę i na pewno każdy czytając książkę niejeden raz się uśmiechnie.
Dwa fragmenty, które mnie się spodobały:
“No i jeszcze jądra.
Zmieniły się. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że były tymi samymi jądrami, które nosiłem przy sobie przez całe życie i które, przyznaję, traktowałem jak przyjaciół. Te były większe, i przybrały zupełnie niewłaściwy kształt”
“Jeśli chodzi o seks to wydaje mi się, że mężczyźnie znajdują się pomiędzy młotem a miękkim, zwiotczałym usprawiedliwiającym kowadłem”