Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘historia’

The story of lonely bicycle wheel…

Posted by charliethelibrarian w dniu 5 Grudzień 2011

Rower to piękna maszyna. Rower to zbiór wielu, bardzo wielu części zarówno drobnych jak i większych gabarytowo. Te części i elementy muszą ze sobą idealnie współpracować, muszą być zawsze w najlepszym stanie i być gotowe na wszystko. Czasem jednak jakiś bibliotekarz, który myśli, że jest profesjonalnym mountain bikerem, rozwali ważny element w swoim ukochanym rowerku, bo zjeżdżał jak szalony z pagórków w podkrakowskich lasach. Ten sam bibliotekarz niczego się nie nauczył po swoim wypadku i wciąż kusi los. Jednak tym razem za jego lekkomyślność zapłaciła niewinna ośka. Opowiem Wam historię smutną, rzewną, czasem nawet przerażającą. Będą łzy wzruszenia i radości, będą przekleństwa w chwilach gwałtownego uniesienia, ale mogę Wam już teraz zdradzić, że skończy się happy endem.

Biedne kółeczko z uszkodzoną ośką rozpoczęło wędrówkę do warsztatu remontowego. Odczuwało ono bardzo boleśnie brak swojego ukochanego towarzysza. Samotnie tocząc swoje szprychy poszukiwało nasze KOŁO substytutów szczęścia. Na początku próbowało KOŁO samoistnie stanąć na swej oponie. Przez chwilę wydawało się, że sukces został osiągnięty. Stało! Czuło powietrze przepływające przez szprychy, było przez chwilę samo dla siebie i nie potrzebowało nikogo, żadnego wsparcia, żadnej litości i współczucia. W tej jednej chwili KOŁO było władcą wszechświata, było w samym jego centrum. Przez chwilę miało wrażenie, że dokonało przełomu w rozwoju i wytyczyło nową ścieżkę innym jemu podobnym.

KOŁO SAMO!

KOŁO SAMO!

 

Niestety KOŁO nie jest przystosowane ewolucyjnie do tego, by samoistnie stawiać czoła przeciwnościom losu. Zimny prysznic nastąpił bardzo szybko.Bolesna była to lekcja życia. Nasze KOŁO poobijało sobie szprychy i jeszcze bardziej złamało ośkę, już i tak zniszczoną przez wstrętnego Charliego, który skazał KOŁO na wędrówki po zamglonym i zasmogowanym Krakowie.

Lekcja życia

Lekcja życia

 

Poszukiwanie oparcia zmuszało KOŁO do desperackich prób przytulania się do zupełnie obcych słupków. Nadzieje kółeczka na chwilę odpoczynku przy pewnym słupku zostały brutalnie zmiażdżone. Słupek to był zwykły dupek i nie wyrażał chęci pomocy dla kółka.

Słupek - dupek

Słupek - dupek

 

Dalsza wędrówka zaowocowała próbą przypodobania się rowerowi, który istniał w rzeczywistości 2D. KOŁO jest jednak trzywymiarowe i zupełnie nie pasowało do roweru płaskiego jak modelki z Fashion TV.

2D i 3D

2D i 3D

 

Przez zupełny przypadek KOŁO trafiło do biblioteki. Tam przez chwilę znalazło wsparcie i zrozumienie ze strony zakurzonych tomów, mogło nawet przez chwilę zawisnąć w powietrzu. Niestety o kręceniu się nie mogło być mowy. I choć gorąco namawiane na pozostanie za regałami, KOŁO opuściło z żalem gmach biblioteki.

 

Library wheel

Library wheel

Jeszcze długo trwała bezustanna wędrówka KOŁA po Krakowie, który w te dni jawił się niczym z obrazów Wyspiańskiego i wierszy Boya. Młodopolska aura towarzyszyła wędrówce KOŁA, przypominając wciąż o marności tego świata i bólu istnienia. Mgła wymieszana z powietrzem czarnym od dymu z kamienicznych pieców oblepiała KOŁO zimną, lepką warstwą uświadamiając jak ważna i istotna do odczuwania szczęścia całego organizmu jest sprawność i doskonałe zdrowie wszystkich jego elementów. Na szczęście warsztaty krakowskie uporały się z tą okropną usterką i KOŁO w pełni sprawne mogło dołączyć do ukochanego rowerka. Powrót był pełen wzruszeń i choć rower starał się zachować jak na prawdziwego ROWERA przystało i był ciut grubiański to KOŁO zdawało sobie sprawę, że w głębi swej ramy ROWER drży ze wzruszenia.

Happy end

Happy end

 

Mówiłem, że będzie happy end:) Teraz tylko szukam grupy filmowców, którzy zgodzą się napisać scenariusz, zgodzą się nakręcić film za zupełną darmochę, po to by podbić cały świat historią o samotnym kole! Ole!

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Joanna Olczak-Ronikier “Korczak: Próba biografii”

Posted by charliethelibrarian w dniu 2 Listopad 2011

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak..."

Korczak w moim życiu funkcjonował do tej pory na zasadzie postaci mitycznej, znanego pedagoga, który zginął wraz z dziećmi, którymi się opiekował. Taki obraz wyniosłem ze szkoły. Sąd dziecięcy, nowatorskie metody wychowawcze, heroiczna śmierć i „Król Maciuś Pierwszy”. Taki schematyczny i bardzo płytki obraz Janusza Korczaka funkcjonował w mym umyśle. Och! Naiwności niemalże dziecięca, która sprawia, że spłycamy i upraszczamy tak wiele rzeczy. Na szczęście warto się Ciebie pozbywać dzięki lekturom takich książek jak opisywana poniżej.

Najsmutniejsza książka jaką przyszło mi czytać od bardzo dawna. Przeczytałem dzieje życia Korczaka z wciąż obecną w zakamarkach mego umysłu świadomością losu, jaki go spotkał. Nie udało mi się odciąć od tej wiedzy. I nawet wtedy, gdy autorka prowadziła mnie przez jego lata dziecięce z ojcem i matką, którzy jako Żydzi, walczyć musieli o uznanie w polskim środowisku. Nawet wtedy, gdy autorka poruszała interesujący moim zdaniem epizod w życiu Korczaka, który polegał na włóczeniu się po najgorszych melinach Warszawy, picia wódki z szemranym towarzystwem, nawet wtedy wciąż widziałem finalną scenę z filmu Wajdy. Świadomość końca Korczaka nie opuszczała mnie również, gdy czytałem o jego sukcesach, spełnianiu się marzeń, sławie literata, sukcesach pedagogicznych i naukowych. Zresztą sama autorka nie pozostawia nam żadnych złudzeń, co do przyszłości. Nawet w chwilach szczęśliwych, opisach dzieci, które wreszcie mogą się cieszyć życiem czai się widmo Zagłady.

W tej próbie biografii pełno jest ludzi ważnych dla Polski, ważnych dla naszej historii. Niektóre postacie nakreślone zostały bardzo wyraziście i mocno. Pełno jest również ludzi, których można określić jako ziarna, które zmielone zostały przez żarna młyna historii. Gdyby nie „Pamiętnik” i inne pisma Korczaka nikt nie pamiętałby o dzieciach, które zginęły straszną śmiercią tylko dlatego, że były małymi żydkami. Nikt nie znałby ich imion i cech, które na zawsze zostały uwiecznione przez pióro i ołówek Korczaka. I to jest w tej książce najbardziej wzruszające.

Podziwiam autorkę za styl, w jakim napisana i opowiedziana jest historia Korczaka, czyli Henryka Goldszmita. Jest rzeczowy i spokojny, ale nie suchy i beznamiętny. W sposób wyciszony i nie natarczywy prowadzi nas autorka przez kolejne siódemki lat życia pedagoga. (Ważny motyw w życiu Korczaka, który podzielił swe losy na okresy siedmioletnie). Przy okazji poznajemy świetnie nakreślony obraz społeczeństwa polskiego i problemów, które dotykały zasymilowanych Żydów. Korczak również stykał z nienawiścią i antysemityzmem, który w Polsce tuż przed wojną osiągnął naprawdę spore rozmiary. Jego reputacja wybitnego pedagoga, literata często przegrywała z atakami antyżydowskich środowisk. Dodatkowe nieprzyjemności powodował fakt, że należał do loży masońskiej (kolejna ciekawostka z życia Korczaka, o której nie miałem pojęcia). Wszystkie ataki brał na siebie i obracał na swą korzyść z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru.

Czytałem tę książkę i byłem wzruszony. Czytałem tę książkę i byłem pełen podziwu dla siły Korczaka. Czytałem tę książkę i byłem przerażony. Czytałem tę książkę i byłem pełen bezsilnej złości na świat i ludzi. Czytałem tę książkę i obiecywałem sobie, że będę lepszym człowiekiem.  Czy coś z tych obietnic składanych samemu sobie zostanie zrealizowanych? To będę wiedział tylko ja, ale jak mawiał Stary Doktor w marzeniach tkwi siła.

 

P. S. Wybrałem zdjęcie okładki bez obwoluty, moim zdaniem lepiej wygląda. Bardziej pasuje do treści.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

William Weir “Największe kłamstwa w historii”

Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Październik 2011

William Weir "Największe..."

William Weir "Największe..."

Historia była zawsze moim ulubionym przedmiotem. I do dzisiaj moja wiedza jaką wyniosłem ze szkoły średniej jest u mnie wciąż pogłębiana i używana (miałem genialnego nauczyciela od historii – nauczył nas patrzeć na historię nie poprzez pryzmat dat, ale ludzi, którzy historię tworzyli). Często sypał jak z rękawa różnymi ciekawostkami, których próżno było szukać w podręczniku. Ciekawostki owe wielokrotnie rzucały nowe światło na suche, podręcznikowe fakty i informacje.

Książka Weira ma w założeniu odbrązawiać i odkłamywać mity jakie narosły wokół przeróżnych wydarzeń historycznych. Mity, które prawdopodobnie były odkłamywane już przez niejednego historyka, ale jak to bywa z mitami żadne nagie fakty im się nie przeciwstawią. Mit historyczny ma to do siebie, że oddziałuje na wielu ludzi i wzbudza w nich emocje – te pozytywne jak i negatywne. I dla mas nie ma znaczenia prawda historyczna. Ważny jest kontekst i emocje jakie wzbudza określone wydarzenie. Autor książki bierze więc na warsztat takie uznane “prawdy” jak: Neron, który podpalił Rzym dla zgrywy, a później grał na skrzypcach podczas tegoż pożaru (swoją drogą o skrzypcach nigdy nie słyszałem), o Gotach, że byli krwawymi barbarzyńcami, o zburzeniu Bastylii, która miała być ciężkim więzieniem. Galileusz jest brany na warsztat, albowiem, aż tak bardzo Kościół go nie prześladował. Weir pisze o kłamstwach Dzikiego Zachodu – Jessie Jamesie, który w amerykańskiej tradycji ludowej uważany jest za ichniego Robin Hooda czy też Wyatt Erp, co wcale nie był takim obrońcą prawa i sprawiedliwości (i weź tu użyj człowieku tych dwóch słów obok siebie bez skojarzeń). Jest jeszcze kilka innych mitów. O “Protokołach Mędrców Syjonu”, Ramzesie II, niezdobytym Afganistanie, jakimś poszukiwaczu żyły złota w Australii…

Książka może i ciekawa, ale raczej dla  zupełnego laika i człowieka, który naprawdę nie posiada jakiejkolwiek wiedzy historycznej. Wszystko ładnie, łopatologicznie wyjaśnione i przedstawione. Autor przytacza w większości mity, które są silnie obecne w anglosaskim kręgu kulturowym i w Polsce niektóre raczej nie są znane. Ja na przykład dowiedziałem się o historii związanej z Robertem Brucem, który był królem Szkotów i pokonał Anglików w bitwie pod Bannockburn. W legendzie o szkockim królu, który postanawia walczyć z Anglikami do końca, tylko dlatego, że na wygnaniu obserwował pajączka usiłującego wić pajęczynę od jednego końca wejścia jaskini do drugiego. Szkot podobno przysiągł, że jeśli pajączkowi się uda, to on Robert Bruce stanie przeciwko Angolom. Pajączkowi się udało.

Książka mnie niczym nie zaskoczyła, trochę wynudziła. Jest taka amerykancka i przewidywalna w swej prostocie. Wspomniałem wcześniej, że wszystko łopatologicznie i bez polotu wyjaśnione. Nie jest bardzo źle, ale zdecydowanie nie jest bardzo dobrze. Taka mocno średnia.

 

P. S. Niektóre kłamstwa zdemaskowane w książce ciężko nazwać największymi w historii.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Ambroży Grabowski “Domy dawnego Krakowa”

Posted by charliethelibrarian w dniu 2 Październik 2011

Ambroży Grabowski "Domy..."

Ambroży Grabowski "Domy..."

Kraków, Kraków dawna stolica Polaków. Zaprawdę powiadam Wam, gród ten w swej wielkości i wspaniałości przyćmiewa wszystkie inne grody w Polsce rozłożone. Stolica dawna, przez wstrętnego Wazę swej czci pozbawiona wiele przeszła przez stulecia. To w tych murach bluszczem pokrytych oraz uliczkach moczem śmierdzących przetrwała miłość do Ojczyzny. To tu rodziły się i umierały pomysły na niepodległość. Domy w Krakowie niejedno widziały i niejednego czynu tak bohaterskiego jak nikczemnego były świadkiem.

Dlatego bardzo miłą lekturą jest wybór wspomnień Ambrożego Grabowskiego dotyczący niektórych bardziej sławnych miejsc w Krakowie. Ambroży Grabowski był jednym z szacowniejszych obywateli miasta Krakowa na początku dziewiętnastego wieku. Księgarz, kolekcjoner i historyk. On to złaził Kraków wzdłuż i wszerz. Spisując i opisując wszelkie interesujące miejsca. Jako historyk odgrzebał wiele dokumentów i przybliżył krakowianom historię ich miasta. Tak naprawdę to od niego zaczęło się zainteresowanie historią grodu Kraka. To on odkrył prawdziwe nazwisko autora ołtarza Mariackiego! Coś co jest dla nas oczywistością było zapomniane przez kilka wieków!

“Domy…” to wybór krótkich tekstów Ambrożego dotyczących charakterystycznych miejsc w Krakowie. Napisane są zwyczajnym językiem, poruszają kwestię własności kamienic, kosztów utrzymania, przy niektórych Ambroży rzuci jakąś ciekawostką. Dużo jest rysunków w tej książeczce, które obrazują stan Krakowa z XIX wieku. Dla mnie osobiście bardzo inspirująca i pouczająca lektura. Będę teraz mógł błyszczeć nieznanymi szerszej publiczności faktami. Na przykład takim: podczas pobytu króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który zatrzymał się w kamienicy, która dziś nazywa się Pałac Krzysztofory pewien szlachcic Achacy Pisarski wracając po pijaku z jakiejś imprezy uciął głowę swojemu słudze! Dodajmy, że sługa wiernie pracował dla IMĆ pana Achacego przez szesnaście lat! Zostawił nieutuloną w żalu żonę i sześcioro dziatek. A sam pan Achacy Pisarski to nie był byle szlachetka. Jak mi mówi Wikipedia to był namiestnik województwa krakowskiego, poseł na Sejm i tak dalej. Widać, że kiedyś szlachta po pijaku potrafiła stracić głowę! (Co ja robię, miałem takie smaczki zostawić sobie na później, a tu się dzielę z Wami:)

Lektura tej książki przyjemność mi sprawiła i była interesującą w całej rozciągłości. Jedno zdanie urzekło mnie. Ambroży takimi słowami opisuje lata spędzone w jednej z kamienic przy ulicy Grodzkiej: “Przeszły owe lata, z niemi młodość moja, a pamięć ich tylko się jak sen w umyśle moim pozostała”.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Jacek Dehnel “Fotoplastikon”

Posted by charliethelibrarian w dniu 2 Lipiec 2011

Jacek Dehnel "Fotoplastikon"

Jacek Dehnel "Fotoplastikon"

Moja pierwsza książka Jacka Dehnela, pisarza o dobrej, ugruntowanej pozycji jeśli chodzi o polski i nie tylko świat literacki. “Fotoplastikon” to ponad sto mini opowieści, wariacji snutych przez Dehnela na temat starych fotografii, których Dehnel jest namiętnym zbieraczem i kolekcjonerem.

Większość fotografii pochodzi z przełomów wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Zdjęcia te mają kolory sepii, często są zniszczone, bo losy tych fotografii zapewne bywały pogmatwane. I właśnie losy tych fotografii oraz losy ludzi przedstawionych na tych fotografiach Dehnel próbuje nam opowiedzieć. Zdjęcia są różne, przedstawiają różnych ludzi – wszystkie łączy jedynie wielka niewiadoma. Niewiadoma, którą Dehnel stara się rozwikłać w bardzo interesujący sposób. Jego miniatury literackie na temat każdej fotografii są zastanawiające. Sto miniatur, sto różnych zdjęć. Niektóre teksty zachwyciły mnie bardzo, inne zdenerwowały, bo uważałem, że Dehnel podąża zupełnie nie w tą stronę. Autor książki potrafił jednak wydobyć emocje ze zdjęć, które praktycznie od ponad stu lat były martwe. Martwe, bo krewni już dawno nie żyli, bo wojna wyczyściła wszelkie rodzinne powiązania, albo wojna sprawiła, że zupełnie przypadkowi ludzie stali się właścicielami zdjęć, których nie powinni mieć w posiadaniu.

Dehnel stara się przy całej swojej erudycji, wykształceniu – poznać te zdjęcia. Poznawanie tych zdjęć niekoniecznie musi oznaczać bezapelacyjną akceptację tego co się na nich dzieje. Czasem miałem wrażenie, że autor drwi z  postawy sfotografowanych ludzi, że ma z nich niezłą polewkę. A przecież nie przystoi, minęło tyle lat, takie fotografie wymagają przecież nabożnego podejścia, a tu taki Dehnel się nabija i często robi to w sposób zajebisty. Przecież ludzie na fotografiach nie mają szans żadnych na obronę. Ich kości już dawno spróchniały i tylko te fotografie jako mgnienie przeszłości po nich zostały. Niektóre teksty odbierałem też jako takie popisywanie się Dehnela, że czego to on nie wie, i jakie ma zajebiste skojarzenia i jakże on głęboko potrafi spojrzeć na zdjęcia. Takie małe grafomaństwo. No ale może przemawia przeze mnie zwyczajna zazdrość bo koleś jest tylko starszy ode mnie o cztery lata i uznanym pisarzem już jest.

Osobiście nie rozumiem pasji pana Jacka do zbierania starych fotografii, które nie mają z jego przeszłością nic wspólnego. Ale po lekturze “Fotoplastikonu” na pewno dwa razy się zastanowię albo przynajmniej przyjrzę jakimś fotografiom w stylu vintage.

Polecam książkę, bardzo miła lektura, przenosi nas w dawne czasy, pozwala nabrać dystansu do nas samych, do naszego życia, które tak naprawdę nie różni się niczym od życia ludzi z fotografii. Rządzą nami te same prawa natury, te same namiętności złe i dobre. Dehnel jest świetny właśnie w wydobywaniu tych namiętności.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Cukier krzepi…

Posted by charliethelibrarian w dniu 18 Kwiecień 2011

Wszyscy o tym wiemy doskonale. Ale, oj chyba będziemy mieć powrót do starych czasów, gdy cukier był luksusem. Tak wyglądała reklama społeczna w latach trzydziestych:

Cukier i trzy koszule

Cukier i trzy koszule

Oj chyba nasz premier i kochany rząd nie chcą aby wszyscy czuli się jak magnaci. Strach pomyśleć jak zdrożeją koszule?!

Cukier krzepi kobiety!

Cukier krzepi kobiety!

Intrygujące prawda? Że też biała śmierć miała taki PR. Zwróćcie uwagę na średni wiek – naprawdę ZUS bardzo chciałby powrotu starych dobrych czasów. A może wysokie ceny cukru – czyli artykułu przedłużającego życie to właśnie spisek ZUS-u. Te urzędasy chcą pozbawić narodu jego żywotności i wpędzić wszystkich do grobu znacznie wcześniej! Odkryłem ogólnokrajowy spisek! Na alarm, kto żyw do cukru!

Zdjęcia pochodzą z “Tygodnika Ilustrowanego”  z roku 1931, bodajże. (zawsze jak robię zdjęcia to zapominam zapisać sobie z jakiego dokładnie numeru pochodzą – mało sumienny ze mnie bibliotekarz).

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Ciężki był żywot starych kobiet…

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Kwiecień 2011

Taka ciekawostka historyczna, znaleziona w Kalendarzu Powszechnym Juliusza Wildta na rok 1861. Kalendarze takie to prawdziwa kopalnia informacji o dawnych czasach. Jest w nich wszystko – porady gospodarcze, ciekawostki gieograficzne, informacje o targach jakie odbywają się w różnych miastach, genealogia panujących rodów w Europie, rozkłady jazdy pociągów i tym podobne. Tutaj naprawdę interesująca informacja z dalekich krajów:

Kalendarz Powszechny

Cóż nie miały lekko stare kobiety, za to psy raczej nie narzekały.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , | 1 komentarz »

Małgorzata Szejnert “Wyspa Klucz”

Posted by charliethelibrarian w dniu 14 Kwiecień 2011

Małgorzata Szejnert "Wyspa Klucz"

Małgorzata Szejnert "Wyspa Klucz"

Bo to nie jest tak, że Charlie nie czyta. Charlie czyta wciąż, ale ostatnio trochę mniej i jakby tak bardziej rozdrobnionym jest w tym swoim czytaniu. Tu stroniczka jakiejś książki, tam rozdzialik i tak zbiera Charlie te okruchy literatury w swojej główce. Może coś mu po tym zostanie a może to wszystko wywietrzeje , zostanie spalone w alkoholowym ciągu. Tego nikt nie wie, tym bardziej Charlie. Jedno jest pewne: “Wyspa Klucz” tak szybko z Charliego głowy nie zniknie. Ten reportaż, ten zbiór esejów, ta książka  jest fantastyczna. Cud, miód i orzeszki – ale proszę nie myśleć, że taka ta książka słodziutka. Oj nie.

Stany Zjednoczone – Imperium Rzymskie naszych czasów. Kraj, który miał i ma ogromny wpływ na kształt współczesnego świata. Ziemia Obiecana dla wszystkich. Stworzona przez przybyszy i imigrantów ojczyzna wolności i swobody. Kraj, w którym możliwe są historie w rodzaju od pucybuta do milionera. My Polacy mamy swoje własne wyobrażenie o USA. O Ojczyźnie dolara. Społeczeństwo amerykańskie zostało opisane w tak wielu rozprawach, książkach, że chyba nie sposób tego ogarnąć. Więc po cóż jeszcze jedna książka o USA? Można powiedzieć, że ta książka jest i nie jest o Ameryce. Bo opowiada ona losy ludzi, którzy dopiero przybywali do tej Ziemi Obiecanej. Opowiada ich dzieje w momencie gdy pierwszy raz stawiali stopę na amerykańskiej ziemi. A ziemią tą była wyspa Ellis. Gdzie przez kilkadziesiąt lat była stacja imigracyjna przyjmująca przybyszów do Stanów. Oczywiście było to w czasach gdy z Europy do Stanów płynęło się statkami. Czyli koniec wieku XIX i pierwsze dekady wieku XX. To wtedy Stany przyjęły najwięcej imigrantów w swej historii. Ale nie przyjmowały wszystkich z otwartymi ramionami.

O, nie było tak łatwo. Wszyscy, którzy przypłynęli z Europy na wielkich parowcach, płynąc w okrutnych warunkach, często gorszych niż w bydlęcych wagonach. Wszyscy ci Niemcy, Rosjanie, Polacy, Włosi, Szwedzi, Żydzi, Cyganie, Ormianie i wiele wiele innych narodowości, szczepów, plemion, nacji pierwsze swe kroki stawiało właśnie na wyspie Ellis. I tutaj byli poddawani “selekcji” i choć to brzydkie słowo tak to się odbywało. Stany Zjednoczone odrzucały chorych, szalonych, wszystkich, którzy mogli stanowić w przyszłości ciężar dla społeczeństwa. Autorka książki w bardzo sugestywny sposób opisuje wszelkie procedury, maluje nam przed oczami wygląd pomieszczeń stacji. Idealnie przedstawia zachowania różnych ludzi. Ja czułem wszystko, czułem strach i przerażenie ludzi, którym każe się robić dziwne rzeczy, zabiera się ich bagaże, każe się rozbierać. Brud, smród i ubóstwo jakie panuje na stacji przedostaje się dzięki słowom Szejnert nie tylko przez strony książki ale przez stulecie. Szejnert skupia się na poszczególnych osobach, zarówno pracownikach stacji jak i przybyszach, nakreśla ich portret i przedstawia dzieje. Poznajemy historie smutne i wzruszające. Historie mające tragiczny finał ale również te z tak lubianym przez nas happy endem.

Ta książka pełna jest wszystkiego: śmierci, bólu, nędzy, rozpaczy, cierpienia ale jednocześnie historii nieprawdopodobnych, wzruszających i dających nadzieję. Losy milionów pokazane na przykładzie losów kilkudziesięciu osób. Pełno w niej faktów i liczb ale to w żaden sposób nie przeszkadza, wręcz przeciwnie pozwala sobie wyobrazić skalę i ogrom przedsięwzięcia jakim przez lata była stacja witająca przybyszów w Nowym Świecie. Książka choć reportażem jest, nie pozbawiona jest poetyckości i metafor. Stojąca tyłem do imigrantów Statua Wolności (tak ją widzą imigranci patrząc na nią z Wysyp Ellis), wydaje się mieć ich w d… Drapacze chmur, które dla dziesięcioletniego włoskiego chłopca i jego brata wydają się masywem górskim. Ogromne znaczenie przedmiotu nazywanego buttonhook, który pierwotnie służył do zapinania guzików a oddał nieocenione usługi służbom medycznym wyspy Ellis.

To rewelacyjna książka. Rzadko gruboskórnego Charliego coś wzruszy, czy tam dotknie wrażliwszej części jego duszy (zresztą facet nie powinien w ogóle o tym wspominać), jednak ta książka go wzruszyła. I to wystarczająca rekomendacja. Polecam tę książkę każdemu. Jest świetna!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Back to the past…

Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Styczeń 2011

Wielokrotnie już wspominałem, że przeglądam sobie stare czasopisma. Pozwala mi to nabrać dystansu do dzisiejszych czasów. Do tych wszystkich słów, że kiedyś to było lepiej. Ludzie byli bardziej przyjaźni, każdy sobie pomagał. O tym, że dawniej to było mniej morderstw, okrucieństwa i krwi. A dziś to tylko krew i flaki na ekranach telewizorów. Moje podróże w przeszłość za każdym razem utwierdzają mnie, że tak naprawdę wszystko już było a ludzie się nie zmieniają. Rządzą nimi te same namiętności i uczucia. Po prostu każde pokolenie musi idealizować przeszłość inaczej nie miałoby nadziei na przyszłość. Jakkolwiek pokrętnie to brzmi wydaje mi się, że taka jest prawda. Chciałbym teraz poruszyć sprawę epatowania okrucieństwem w mediach. Zwrócę uwagę, że śmierć i trupy były zawsze obecne na łamach prasy. A pogoń za tanią sensacją od zawsze towarzyszyła dziennikarzom. Zamieszczę poniżej fotografie z “Tygodnika Ilustrowanego” z bodajże 1908 roku, choć będzie bez trupów to być może artykuł i zdjęcia zobrazują podejście ówczesnych ludzi do tematu śmierci i przemijania.

Oto pierwsze zdjęcie:

Proszę zwrócić uwagę jakie to pogodne i w sumie wesołe zdjęcie. Chłopaki sobie siedzą, po żadnym nie widać jakiś szczególnych zmartwień. Wszystko psuje owa szubienica w tle i podpis pod zdjęciem. Jak to miło, że więźniowie robią sobie zdjęcie razem z więziennym katem. Wszystko fajnie, ładnie ale jest jeden szczegół, który psuje tę idyllę. Otóż jak przeczytamy w treści artykułu:

A więc praktycznie wszyscy ze zdjęcia zostali powieszeni na owej szubienicy, która tak ładnie im w tle sobie stała. Moim zdaniem to niezła masakra i swojego rodzaju wyrachowanie. Robić ludziom zdjęcie praktycznie tuż przed egzekucją. Mi osobiście to zdjęcie mrozi krew w żyłach.

Dalsza treść artykułu:

Czyli człowiek w płaszczu to kat. W zamian za darowanie życia podjął się niewdzięcznego zadania bycia katem. Twardy z niego musiał być skurczybyk. Własnego szwagra wieszać. Ale prawo jest prawem. Jak to mawiali starożytni Rzymianie Dura lex, sed lex.

O ludziach z powyższej fotografii tak napisano w czasopiśmie:

Byli to według carskich władz bandyci i mordercy. Niestety nie za bardzo wiem i nie za bardzo mi się chce sprawdzać, czy to zwykli złodzieje i mordercy czy też może czasem to nie byli jacyś rewolucjoniści. Przecież wtedy Polaków walczących przeciwko carskiej Rosji nazywano bandytami. Może kiedyś to sprawdzę.

Następne zdjęcie:

Też w sumie niezłe zdjęcie. Stoi sobie bandyta, elegancko ubrany pod szubienicą, na której zawiśnie. Naprawdę kozak. A to co o Gruszczyńskim napisali w “Tygodniku”:

A więc był z tego kolesia prawdziwy kozak. I na koniec cytat, który może być podsumowaniem tego wpisu. Co napisano w artykule o fotografiach i czasach z początków XX wieku:

Oczywiście do samych informacji z “Tygodnika Ilustrowanego” też trzeba mieć dystans. Pamiętajmy, że carska cenzura działała i raczej treść i wymowa artykułu nie mogła być inna. Mnie tutaj bardziej chodzi o samo podejście do życia i śmierci. Kiedyś śmierć dla większości ludzi nie była czymś niezwykłym. Stykali się z nią na co dzień. W “Tygodniku Ilustrowanym” w wielu jego numerach jest pełno zdjęć, które można uznać dzisiaj za drastyczne. Topielcy, ofiary katastrof kolejowych czy nawet ofiary morderstw. Niestety nie zamieszczę ich tutaj bo już mi się nie chce z powrotem szperać w ich poszukiwaniu. Taki leniwy jestem trochę.

Ale żeby nie zostawiać ludzi bez żadnego zupełnego potwierdzenia o epatowaniu okrucieństwem zamieszczę poniżej słit focię żandarmów tureckich. No w sam raz na Naszą klasę albo fejsa:

Prawda, że chłopaki wyszli na zdjęciu bardzo profesjonalnie. To zdjęcie pochodzi z okresu wojen bałkańskich.

P. S. Żeby być rzetelnym znalazłem artykuł w “Dzienniku Łódzkim” na temat Fremla właśnie. Trochę się różni od tego co napisane było w “Tygodniku Ilustrowanym” i ciekaw jestem kto popełnił błąd. Czy dziennikarz sprzed lat stu czy autor artykułu, do którego link zamieszczam poniżej:

Artykuł z “Dziennika Łódzkiego”

 

Opublikowany w Praca, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Stefan Dąmbski “Egzekutor”

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Styczeń 2011

Stefan Dąmnski "Egzekutor"

Stefan Dąmbski "Egzekutor"

Będzie o książce mocnej. Książce, którą Polacy powinni poznać. Nie ze względu na walory artystyczne i estetyczne tekstu. Książka ta porusza temat, który w polskiej świadomości ma odbiór jednoznaczny. Chodzi o drugą wojnę światową. Od maleńkości uczeni jesteśmy jednego. Niemcy to byli ci źli, oni mordowali, gwałcili i popełniali najohydniejsze zbrodnie (co jest prawdą w dwustu procentach). Natomiast dzielni żołnierze z największej armii podziemnej świata czyli Armii Krajowej to rycerze bez skazy, którzy nigdy nie zhańbili się zbrodnią i niepotrzebnym okrucieństwem (tutaj prawda jest mniej jednoznaczna) i właśnie o tej nie do końca wiernej mitowi AK prawdzie opowiada w swych wspomnieniach Stefan Dąmbski.

Autor należał od ’42 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej regionu rzeszowskiego. Wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, donosicielach i Niemcach. Wszystkie zatwierdzone przez dowództwo AK. Po wojnie walczył z Sowietami i emigrował do Ameryki. W roku 1993 popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Wspomnienia zebrane i zredagowane przez Ośrodek KARTA zaczął pisać już w latach 70-tych. Czyli trzydzieści lat po wojnie.

O czym jest ta książka? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Jedno jest pewne – nie można jej traktować jako historycznej, zgodnej z faktami relacji z czasów drugiej wojny światowej. Zbyt wiele jest tam błędów, pomyłek. Ja składam to na karb lat, które upłynęły, nim pan Stefan zaczął spisywać wspomnienia. Stan psychiczny autora, który był praktycznie cały czas pogrążony w depresji również musiał wpłynąć na proces pisania. Skoro nie jest ta książka historyczną relacją to czym jest? Czy możemy poważnie traktować opisy wyroków, wykonywanych z zimną krwią jako prawdziwe skoro udowodnione jest, że bohater wspomnień nie brał udziału w opisywanej akcji? Ja spróbowałbym nie czepiać się tak bardzo zgodności z faktami historycznymi. Gdyż jedno jest pewne – Stefan Dąmbski był żołnierzem i wykonywał wyroki śmierci. Dlatego zapis jego uczuć oraz emocji można traktować jako jak najbardziej wiarygodny.

A jest to zapis przerażający. Młody chłopak trafia do AK bo wychowany w duch patriotycznym pragnie walczyć za Ojczyznę. Poznaje trudy leśnego życia. Z czasem okazuje się, że jest bardzo dobry w likwidacji zdrajców narodu. Zimny, opanowany zawsze bez emocji opowiada o robocie. Naprawdę włosy na karku się jeżą gdy czyta się, jak z zimną krwią wykonuje wyroki.Krytycy mówią nawet, że Stefan Dąmbski przedstawił siebie jako sadystę, dla którego zabić człowieka to jak splunąć. I w książce opisów potwierdzających tę opinię jest naprawdę dużo.

Cała książka jest dla mnie formą spowiedzi, lecz takiej, w której autor nie liczy na przebaczenie. Ciężko jest również wczuć się w emocje jakich doświadczał autor. Bo jak ja chłopaczek, którego największym zmartwieniem w latach nastoletnich było to, że mnie Zosia z równoległej klasy liceum nie kocha albo dostałem trójkę z biologii ma zrozumieć RÓWIEŚNIKA, który miał pecha dorastać podczas wojny totalnej. Ja nie posiadam oprócz zdobytej wiedzy, przeczytanych książek żadnego wykładnika w postaci doświadczenia, którym mógłbym ocenić Stefana. Jedyne co mogę powiedzieć to, to że nie rozumiem. Nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy przez lata mieszkali w jednej wiosce nagle stają się śmiertelnymi wrogami tylko dlatego, że jeden to Ukrainiec a drugi Polak. Nie rozumiem jak gwałt zbiorowy na młodej Ukraince można sobie wytłumaczyć jako obowiązek patriotyczny, że Polska wymaga od swoich patriotów by poprzez gwałt udowodnili, jak to kochają Ojczyznę ponad wszystko. Przyznam się, że ta właśnie scena najbardziej mną wstrząsnęła. Najbardziej zapadła mi w pamięć.

Po ukazaniu się “Egzekutora” wśród weteranów z AK zawrzało. Pojawiły się głosy o szarganiu, hańbieniu złotej legendy AK. Że to bzdury wyssane z palca. Na nieszczęście autora, który prawdopodobnie nieświadomie przypisał sobie nie swoje wyczyny, krytycy książki znaleźli solidne argumenty przemawiające za tym, by nie traktować jej poważnie.

Ktoś kto całe życie uczony był o tym, że w AK służyli sami rycerze, dla których hasło “BÓG, HONOR, OJCZYZNA” znaczyło wszystko i według tego hasła żyli, na pewno dozna szoku po tej lekturze. Mnie na mit o bohaterskich partyzantach uodporniła babcia, która swoimi opowieściami o bandach grasujących po lasach, skutecznie zasiała ziarno wątpliwości. Babcia w swych opowieściach nie rozróżniała formacji i poglądów ideowych partyzantów, którzy przychodzili do ich gospodarstwa, po to by rekwirować w imię walki zbrojnej żywność. Jedyne co wspominała, to to, że niektórzy zostawiali kwity, które po wojnie miały być podstawą odszkodowań. To chyba byli Akowcy tak babcia mówiła. Babcia wspominała jeszcze o tym, że jej brata, który sympatyzował z komunistami zastrzelili jak psa partyzanci z NSZ.

Wojna to straszna rzecz i wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Wracając do AK i jej legendy – to była największa organizacja podziemna, wielka armia, w której siłą rzeczy musiały się trafić jednostki wyrodne. Osobnicy, którzy z radością popełniać będą najgorsze zbrodnie i wycierać sobie usta Ojczyzną. Z posiadanej przeze mnie wiedzy wiem, że AK starała się likwidować takie tałatajstwo ze swoich szeregów. No ale czasem trzeba było postępować w myśl zasady “cel uświęca środki” a takie bestie to przydatne narzędzia.

Dyskusja jaka toczy się na temat książki, na forum Ośrodka Karta porusza wiele tematów z reguły oscylujących wokół wielkich słów takich jak Ojczyzna, patriotyzm, męczeństwo, szlachetność. Wiele głosów porusza kwestę czy na bestialstwo można odpowiadać większym bestialstwem po to by przestraszyć przeciwnika. Czy nakręcanie spirali nienawiści może doprowadzić do jakiegoś rozwiązania oprócz eliminacji jednej ze stron konfliktu. Ja przyznam się nie zdawałem sobie sprawy, że tereny wokół Rzeszowa, Przemyśla były aż tak bardzo wymieszane narodowościowo. Owszem wiedziałem o akcji “Wisła”, przesiedleniach, wysiedlaniach ale nie miałem obrazu tych rejonów przed wojną.

Na wojnie nic nie jest pewne. No chyba jedynie to, że rację ma silniejszy. Nie da się dziś odpowiedzieć na pytanie czy gdyby AK nie podjęło akcji odwetowych na Ukraińcach to konflikt by sam wygasł. Czy też może UPA ośmielone brakiem reakcji ze strony AK urządziłoby Polakom jeszcze większą rzeź. Najgorszym zawsze jest to, że kary za zbrodnie nie ponoszą ci, którzy te zbrodnie popełnili. Po obydwu stronach konfliktu cierpią normalni ludzie, dzieci, kobiety. Ręka sprawiedliwości rzadko dopada winowajców.

Ja chciałem zwrócić uwagę na jedną rzecz. W jednym fragmencie pan Stefan wspomina, że dobrze mu w tej partyzantce. Do szkoły nie musi chodzić, pracować nie musi, wszyscy go szanują, dziewczyny same nogi rozkładają przed partyzantem (troszkę cynicznie to napisałem ale sens wypowiedzi taki był). Warto się zastanowić jak wielu dobrych żołnierzy AK szło do lasu, licząc na podobne bonusy. Broń Boże nie oceniam, zwracam tylko uwagę na ten fakt. Żołnierzom przecież należą się pewne przywileje.

Ależ się rozpisałem ale problemów jakie ta książka porusza nie da się streścić w jednym wpisie. Polecam książkę gorąco. Można się z nią nie zgadzać, można ciskać na nią gromy ale znać ją trzeba.

Na koniec zacytuję słowa samego autora z końca książki, ku przestrodze:

Gdy strzelało się do człowieka, który mówi tym samym co ja językiem, którego nieraz znało się od lat, trudno jakoś było wytłumaczyć się przed własnym sumieniem. W imię czego [...]? Czy robiło się to “w imię Ojczyzny”, czy był to tak zwany zakres działań wojennych?

[...] Naszym obowiązkiem było pokazać światu, że Polak nigdy się nie podda i że za “waszą i naszą wolność” będzie ginął z uśmiechem na ustach. Ale w rzeczywistości, póki żył, mordował wszystkich, którzy nie byli po jego stronie[...].

Zdaję sobie sprawę, że przy tej lekturze można kręcić głową z niedowierzaniem i posądzać mnie o grubą przesadę.[...]

[...] w końcu uznałem, że doszedłem do tego zwierzęcego stadium głównie przez moje wychowanie w młodych latach – atmosferze do przesady patriotycznej. Każdy z nas rodzi się jak ten prosty kamień, który można uciosać według własnego upodobania. Każdy z nas bez względu na narodowość, jest taki sam.[...]

Pisząc te wspomnienia, próbuję – podając różne przykłady – usprawiedliwić siebie i takich jak ja, gdy chodzi o ogromne krzywdy, jakieśmy w tym czasie wyrządzili rasie ludzkiej. Za późno dziś by prosić kogokolwiek o przebaczenie, tak się ludziom życia nie przywróci. Niech to będzie jeszcze jedno ostrzeżenia dla przyszłych pokoleń i różnych organizatorów politycznych. Niech pamiętają, że każda wojna to tragedia, że w niej zawsze giną ludzie młodzi, mający całe życie przed sobą – i to giną niepotrzebnie. “

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.