Jak wspominałem przy “Tańcu…” wreszcie mam czas zająć się książkami leżącymi odłogiem. “Rytuał” zacząłem czytać przed moim karnawałem z Martinem i teraz postanowiłem dokończyć.
Co mamy moi drodzy w tym horrorze? Grupkę pracowników jednego oddziału banku, którzy zaczynają ginąć w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach przyrody i nie tylko. Dlaczego giną? Czy powodem jest zemsta zza grobu, psychopata czający się gdzieś w mroku, a może krasnoludki, które wreszcie przestały sikać do mleka i zajęły się poważniejszą robotą? Nie powiem Wam, choć szczerze mówiąc sprawca morderstw praktycznie zaraz się ujawnia i jeśli był jakiś element zaskoczenia i napięcia to ja go przegapiłem. Dobra powiem Wam, to pradawny Zły, który żre ludzi od tysiącleci i ma nas za pokarm i plugastwo. Nie ma tutaj praktycznie żadnej zagadki i nastroju grozy. Wszystko takie schematyczne i przewidywalne. No, może okoliczności przyrody są w miarę ciekawe. Choć niektóre zgony są mocno naciągane (koty, które zadrapały młodą kobietę na śmierć? Serio?!). Ale mamy przecież do czynienia z potężnym Złym, który lubi krwawe porachunki i to akurat mię cieszyło. Było bowiem całkiem sporo krwi i flaków, dość barwnie opisanych.
Główny bohater Grzegorz Natanowski mnie irytował. Facet ma przyjaciółkę od dzieciństwa, przez młodzieńcze lata, a teraz nawet pracują razem i w ogóle się nie zorientował, że Renata jest napalona na niego jak Arab na kurs pilotażu. Co za matoł! Ale na szczęście później walczy ze Złym jak prawdziwy heros i załatwia paskudę, a nawet jego potomka:)
Książka nie była zła, ale nie była również dobra. Ot, do przeczytania na raz. W miarę dobrze napisana, kilka niezłych tekstów, kilka trafnych spostrzeżeń dotyczących współczesnej nam Polski, kilka literówek. Ogólnie taka obojętna. A to chyba źle, bo jak mawiał pewien apostoł, który podobno ostro eksperymentował z różnymi substancjami psychotropowymi, przed prawie dwoma tysiącami lat:
“Znam Twoje czyny, że ani zimny, ani gorący jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni ani gorący, ani zimny – chce Cię wyrzucić z mych ust.” (Ap. 3,15-16)
Ja mam wrażenia letnie po lekturze książki Kaszyńskiego. Ot, przeczytałem i znam. A za jakiś czas pewnie zapomnę. Ale okładka bardzo fajna.
P. S. Baj De Łej wczoraj minęły drei jahren od założenia mojego bloga. Jak ten czas szybko leci. A moja wątroba choć w strzępach to jednak jakoś się trzyma:) I szarych komórek jakby trochę mniej…
Ja z książki łaski Charlie Bibliotekarz pierwszy tego imienia, król niezmierzonych połaci Magazynu Zbiorów Zwartych, władca Szerokich Regałów, namiestnik Zakurzonych Półek, bezpośredni spadkobierca i kontynuator tradycji Deweya, Ranganathana etc.. Wojownik UKD i obrońca Katalogu Alfabetycznego. Ja rycerz Rewersu powiadam Wam moi drodzy czytelnicy, że z każdej rzeczy początkiem następuje jej koniec. I tak jak Martina lekturę zacząłem tak na chwilę dzisiejszą ją zakończyłem. Informacja ta napawa mnie smutkiem i rozpaczą, jednak na horyzoncie świta jutrzenka nadziei i radości. Otóż za niecałe dni dwadzieścia ukaże światu swe dziewicze stronice kolejna część „Pieśni Lodu i Ognia” wydana sumptem wydawnictwa Zysk i S-ka. Dlatego przerwa w lekturze zbyt długą nie będzie, a wyczekiwanie sprawi, że apetyt ostrzejszy się stanie i danie książkowe smakować Charliemu lepiej będzie.
Jednakże by nie zapomnieć o wydarzeniach dziejących się w „Tańcu ze smokami” krótkie spoilery. Wróciliśmy do starych bohaterów – Tyrion bierze udział (nie z własnej woli) w spisku mającemu za zadanie przywrócić na tron syna Rhaegara, który wcale nie został zabity. Wpada w ręce ser Joraha. Ser Jorah pragnie oddać Krasnala Daenerys i wkupić się z powrotem w jej łaski. Królowa smoków nie daje sobie rady, jako władczyni Meeryn. Odnoszę wrażenie, że Martin nie lubi kobiet i z każdej swej bohaterki robi po pewnym czasie irytującą pindę. Daenerys zaczęła świetnie, ale w tym tomie zwyczajnie mnie wkurza. Jon Snow robi co może na Murze, a może niewiele i nuże Inni ich dopadną i Mur padnie snadnie. Bękart Boltona to kawał skurwysyna i psychopaty oraz zboczeńca. Mam nadzieję, że Theon Sprzedawczyk (który żyje!) otrząśnie się ze strachu przed Bękartem Boltona i przestanie być Fetorem. Davos także żyje! I radzi sobie całkiem nieźle. Polubiłem Cebulowego Rycerza i mam nadzieję, że Martin tak szybko nie skaże go ponownie na śmierć tym razem prawdziwą. I jest Bran! Spotkał trójoką wronę i uczy się latać. Zaczną go powoli zżerać czardrzewa i zostanie na zawsze w jaskini z leśnymi dziadkami dziećmi.
W tej części, która toczy się równocześnie z wydarzeniami z „Uczty wron” mamy to do czego przyzwyczaił nas Martin. Humor (na czoło zdecydowanie wysuwa się tutaj Ed Cierpiętnik i jego fatalistyczna filozofia życiowa), zaskakujące zwroty akcji (które mogą się wydawać czasem naciągane – taki Theon na przykład lub młody Gryf), ale nie przeszkadzało mi to wciągnąć powietrza i mruknąć kilkukrotnie: Osz kurwa! Jest też znacznie więcej takich rzeczy jak:
Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele (dobra burdeli jest niedużo).
Zostaje mi teraz czytać inne książki, które leżały odłogiem jak część pola w trójpolówce i odliczać czas do premiery części drugiej.
P. S. Nie myślcie, że nie śledzę bieżących wydarzeń. Polska literatura straciła wyjątkową osobę, Wisława Szymborska odcisnęła swoje piętno na kulturze naszego kraju, bardzo głębokie piętno. Jej brak odczujemy dotkliwie.
George R. R. Martin "Uczta dla wron: Sieć spisków"
Biedne Westeros, biedne Siedem Królestw. Łuny pożarów, gnijące trupy konsumowane przez wrony, wilki. Biedne Westeros władane przez tępą blondynkę, która myśli, że jest sprytna i przebiegła niczym Tywin Lannister. Naprawdę miło jest patrzeć jak Cersei pogrąża się w niebycie. Choć smutno robi się człowiekowi na myśl o losie królestwa do którego przyszła zima, a spichrze puste.
Skończyłem kolejny podtom:) Czytało się bardzo dobrze. Martin jak zwykle na poziomie. Co prawda nie ma Tyriona, nie ma Jona Snow, ale przecież opowieść dotyczy wielu ludzi i całego Westeros. Po skończonej “Sieci spisków” doceniłem zabieg Martina dotyczący przeniesienia akcji i opowiedzenia historii z innymi bohaterami. Jamie wzbudza sympatię, Brienne – mam nadzieję, że nic jej nie będzie. Sam Tarly zaczyna stawać się prawdziwym mężczyzną.Cersei wspomniana wcześniej przeze mnie, daje prawdziwy popis głupoty i wpada we własne sidła. A taka miała być sprytna. Sansa Stark i Littlefinger na pewno zamieszają jeszcze konkretnie. Trzeba przyznać, że Petyr ma łeb nie od parady. Tylko jakie są jego prawdziwe zamiary? Tego bardzo chciałbym się dowiedzieć:)
W “Sieci spisków” akcja toczy się wręcz leniwie. Jest kilka momentów bardziej żywych, w których na chwilkę pojawia się to co lubimy czyli:
Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele.
Nie jest jednak tego tak dużo jak w “Nawałnicy mieczy”.
Przede mną “Taniec ze smokami cz. 1″. Później trzeba czekać na premierę, ale to już pod koniec lutego:) Przynajmniej uwolnię się na chwilę od Martina (Choć nie wiem czy tego chcę:)
George R. R. Martin "Uczta dla wron: Cienie śmierci"
Idę jak burza! Jak sztorm! Jak nawałnica, może mieczy, a może zwyczajna, gradowa taka? Następny tom połknięty, przetrawiony. I jaka ta „Uczta dla wron” jest?
Siedzą sobie te wrony i żrą tę padlinę i kraczą. Oj, jak dużo one kraczą! I tylko to robią. W porównaniu z poprzednim tomem NIC się nie dzieje! Martin musiał nowych bohaterów wprowadzić na arenę wydarzeń, bo sporo z poprzednich zostało przez wrony zjedzonych. Mamy więc Brienne, która szuka Sansy Stark, bo złożyła przysięgę Jamiemu Królobójcy. Cersei, złotowłosą królową. I kilka pomniejszych postaci, które natychmiast giną.
Nawet nie będę spoilerował tak bardzo. Zarysuję w skrócie akcję. Arya ucieka do Braavos, gdzie wstępuje do zakonu Boga o wielu twarzach. Grubas ser Świnka też jest w Braavos, lord dowódca Nocnej Straży wysłał go do Cytadeli, by zaczął się uczyć i został maestrem. Wędruje z nim Goździk wraz z dzieciakiem Mance’a Rydera i stary maester Aemon oraz brat z Nocnej Straży, który zaczyna się szlajać po burdelach. Cersei sprawuję władzę, jest jednak krótkowzroczna, butna, i myśli, że jest najmądrzejsza (długo tak nie pociągnie). Jamie próbuje siostrze przemówić do rozumu, ale ta nie chce go słuchać. Gdzieś tam się przebija informacja, że ścięli Cebulowego Rycerza – naprawdę szkoda. Mam nadzieję, że to podła plotka jest. Ogar podobno złapał niezły wkurw i grasuje po dorzeczu gwałcąc i zabijając, co się tylko da. Sansa siedzi w Orlim Gnieździe z Littlefingerem i powoli poddaje się jego urokowi. Wątek młodej Myrcelli Lannister, która jest w Dorne może tutaj namieszać całkiem sporo, lecz na razie nic się nie dzieje.
„Ucztę dla wron: Cienie śmierci” dobrze się czyta, ale nie ma tutaj, wielu rzeczy z poprzednich tomów, takich jak:
Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele. No dobra, dużo wron jest.
A tak się czyta książki w „Uczcie dla wron”:
„Sam był zmęczony jak pies, ale trudno mu było przerwać. Jeszcze tylko jedna księga — obiecywał sobie w duchu. — Potem odpocznę. Jeden foliał, jeszcze tylko jeden. Jeszcze jedna stronica, a potem pójdę na górę odpocząć i coś zjeść. Ale po jednej stronicy zawsze była następna i następna, a pod stosami kryły się kolejne księgi.”
George R. R. Marin "Nawałnica mieczy: Krew i złoto"
Skończyłem! Skończyłem kolejny tom! Dumny z siebie jestem jak jasna cholera, zadowolony jak spasiony Garfield po wsunięciu kilku lazanii. A wiecie co jest najlepsze? Bezczelnie wołam jeszcze! Martin zaczarował mnie zupełnie:) „Krew i złoto” obfituje w takie ilości tego samego co w poprzednich tomach, tyle, że w znacznie skondensowanej dawce. Mam więc: Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele.
Po prostu miodzio. Dzieje się dużo, zwroty akcji są niesamowite i zaskakujące!
Dobra spoilerujemy:
Jon Snow – młody pnie się w górę, jest wierny, odważny, mądry i szlachetny. Stoi na Murze i nikt nie przejdzie mu pod jego czujnym okiem:) Wątek Jona zrobił się bardziej interesujący i ciekawy.
Jamie Lannister – przeżywa swoiste nawrócenie, staje się bardziej szlachetny i honorowy. Stara się naprawić swoje błędy i postępować zgodnie z własnym sumieniem, które nagle mu się wykształciło.
Tyrion Lannister – Krasnal był w sporych opałach, oskarżony o zabójstwo bratanka, miał być skazany na śmierć. Jamie pomaga mu uciec. Dla mnie stanowczo za mało Tyrionka było. Choć on z kolei trochę przechyla się na szalę zła. Jego historia miłosna z pierwszą żoną jest bardziej rozczulająca niż myślałem.
Sam Tarlyn – mało go, ale daje radę. Przeprowadził Goździk. Pomógł Jonowi zostać kimś ważnym. Choć wciąż walczy z otyłością to jednak zaczyna robić postępy jeśli chodzi o posiadanie takiej cechy charakteru jak odwaga.
Bran Stark – prawie w ogóle go nie widać. Pojechał na łosiu za Mur do trójokiej wrony nauczyć się latać (brzmi osobliwie, ale taka jest prawda).
Arya Stark – te kobiety z rodu Starków naprawdę mają tendencję do wkurzania mnie. Arya wędruje z Ogarem, lecz trafia na „Krwawe Gody” w Bliźniakach i muszą uciekać. Później to ona ucieka od Ogara co jest głupim posunięciem, ale dzięki pewnej monecie dostaje się na statek z Braavos.
Daenerys – zdobywa kolejne miasto, postanawia jednak odpocząć i zostaje w jednym z miast, które podbiła. Ma problemy ze swoją popędem seksualnym i podejrzewam, że to może sprawić jej dużo kłopotów.
Davos Cebulowy Rycerz – mało go było, ale postępuje szlachetnie i jest prawdziwym głosem rozsądku dla Stannisa.
Catelyn Stark – oj, oj, oj. Tego się nie spodziewałem. Biedactwo dostało od życia potężnego kopa w tyłek, albo raczej miecz w gardło…
Sansa Stark – niestety nie była szczęśliwa w związku małżeńskim z Tyrionem. Zapewne wynikało to z jej oziębłości seksualnej i zupełnego braku poczucia humoru. Udaje jej się jednak zbiec z Królewskiej Przystani przy pomocy Littlefingera, który ewidentnie ma na nią chrapkę.
To tyle. Zadziwiające jak działa umysł ludzki. Wspominałem, że Martina czytałem w liceum. Moje dwie szare komórki przechowały zaledwie strzępy informacji dotyczących cyklu „Pieśń Lodu i Ognia”, ale z całkowitą jasnością i wyrazistością pamiętam fragment, który odnosił się do powiedzenia, że Tywin Lannister sra złotem. Oto ten fragment:
„Fetor, który wypełnił wychodek świadczył jednak dobitnie, że często powtarzany żart o jego ojcu był tylko kolejnym kłamstwem. Okazało się, że Tywin Lannister wcale nie srał złotem.”
Ten fragment pamiętałem bardzo dobrze i czytając kolejne tomy cyklu z niecierpliwością czekałem na niego. No i wreszcie się doczekałem. Nie wiem dlaczego akurat ten fragment. Nie będę tego faktu zgłębiał, bo mogę się przerazić tym co wyjdzie na jaw. Niech wam wystarczy tylko ta refleksja nad kondycją umysłową Charliego…
Dwa podtomy trzeciego tomu(sic!) zdecydowanie rządzą!
George R. R. Martin "Nawałnica mieczy: Stal i śnieg"
Uff! Udało mi się zdobyć trzeci tom „Pieśni Lodu i Ognia”. Dokładniej to 3.1 (sprytny ten Martin). Niestety Agnes nie jestem w stanie Ci pomóc
Co my mamy w trzecim tomie, zasadniczo to samo co w dwóch poprzednich. Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele. (Dam sobie to do tagów:)
Martin posiada talent ogromny. Ledwo skończyłem „Stal i śnieg”, a już mi się chce czytać następny tom. I przyblokował wszelkie inne moje lektury. Nie spocznę dopóki nie przeczytam wszystkiego, wtedy odetchnę z ulgą i spocznę w moim Winterfell Krakowskim, bo zima nadeszła:)
Będę teraz SPOILEROWAŁ, bo dużo się wydarzyło i jak będę stary i będę chciał pokazać wnukom mój kawałek Internetu, to chciałbym móc pamiętać co ja właściwie czytałem.
Arrya ma mnóstwo przygód, jest zadziorna, bezczelna, odważna i bardzo często głupia. Trafia od jednych band do drugich za każdym razem udaje jej się uniknąć niebezpieczeństwa:) Pod koniec zostaje porwana przez Ogara Sandora Clegana, który chce ją odstawić za solidny okup rodzinie. Jej przygody lubię czytać, bo nie wiadomo z czym wyskoczy.
Jon Snow bękart Neda przyłącza się do dzikich, z nimi wędruje i poznaje również smak kobiecego ciałka. Przedziera się z bandą dzikich za Mur aby zaatakować Czarny Zamek, udaje mu się uciec i ostrzec resztę braci z Czarnego Zamku. Jakoś tak wcześniej budzący moją sympatię, chłopak z białym wilkorem tym razem trochę przynudzał. No nic zobaczymy co mu Marin wyszykował w 3.2.
Samwell Tarly Nowy bohater, ser Świnka cudem przeżywa atak Innych na Pięść Starych Ludzi, w nocnej bitwie Czarna Straż zostaje rozgromiona. Nieliczni docierają do Twierdzy Castera, po drodze Samwell zabija Innego obsydianowym sztyletem. W grodzie Castera dochodzi do buntu i wzajemnego wyrzynania się. Samwell znów cudem przeżywa, ucieka z Goździk (to córka i żona Castera) oraz jej nowo narodzonym synem. Ciekawy wątek, zobaczymy co grubasek wymyśli.
Jamie Lannister też nówka postać, trochę dostaje po dupie od życia. Krwawi Komedianci ucinają mu prawą dłoń. Koleś jest zabawny, ironiczny i o dziwo ma dużo tajemnic do wyjawienia. Miło, że Martin wprowadził go na scenę.
Davos Cebulowy Rycerz. Polubiłem gościa w „Starciu królów” i dobrze, że się uratował. Zostaje lordem i mówi prawdę w oczy Stannisowi, ale jakoś szczególnie nie za dużo tam się dzieje.
Tyrion. Za mało Krasnala! Stanowczo za mało. I jakiś taki smętny się zrobił. I jeszcze brzydszy niż był, bo mu ucięli nochala w bitwie. Zmuszony został poślubić Sansę Stark! Półmężczyzna jedną z moich ulubionych postaci.
Daenerys. Młoda radzi sobie zadziwiająco dobrze i nawet, aż za bardzo. Jak na kilkunastoletnie dziewczę, udaje jej się zrobić w balona potężnych handlarzy niewolnikami z Astaportu i zyskać Nieskalanych i zrobić sobie potężną armię. Mam nadzieję, że Matka Smoków da jeszcze ognia:)
Bran. Mało go, póki co wędruje na Mur żeby opanować sztukę wstępowania w ciała zwierząt.
Cateyln Stark i Sansa Stark – nie chce mi się o tych dwóch babach pisać. Wkurwiają mnie niemiłosiernie. Cateyln to taka mamałyga, która życzy śmierci wszystkim tylko nie swojej rodzince i niczym nie różni się od Cersei, a Sansa mogłaby rozłożyć nogi przed Krasnalem – co prawda nie jest urodziwy, lecz na miłosnej sztuce się zna:)
Alem się rozpisał! No, ale to wystarczy mi, żeby ogarnąć te dłużyzny:) Przeczucie mam, że Sandor Clegane będzie jakimś dobrym kolesiem:)
To będzie jedna z krótszych recenzji. Dalsze losy bohaterów pierwszego tomu “Gra o tron”. Losy tych, których Martin nie uśmiercił w pierwszym tomie:) Czytało się bardzo dobrze, wrażenia takie same jak po pierwszym tomie, nie widzę więc sensu się rozpisywać. Tak jak napisałem to samo: krew, flaki, bitwy, rycerze, smoki, dziewice, śmierć, pieniądze, władza, chciwość, cycki, kutasy, miecze, Mur, Inni, olbrzymy, statki, czterech królów, konie, magia, oblężenia, zawiść, nienawiść, miłość, zmiennokształtni i tak dalej i tak dalej.
Lektura tak samo ciekawa jak pierwszy tom. Najgorsze jest to, że chyba będę sobie musiał kupić trzeci. A one do tanich nie należą:( Ech…
P. S. Niektórzy bohaterowie, których nie lubiłem w pierwszym tomie zaczynają zyskiwać w moich oczach:) Mowa tutaj o Daenerys, która z irytującej egzaltowanej dziewczynki zamienia się w niezłą bitch (fonet. bicz). Z kolei pani Catelyn Stark wkurza mnie niemiłosiernie:)
Ja, maestro Charlie Librarian adept sztuk wyzwolonych, bakałarz studiów wszelakich, strażnik Wiedzy i Mądrości oraz rycerz Słowa Drukowanego znany w całej krainie Stu Bibliotek opowiem Wam dzisiaj szlachetni czytelnicy o książce, która wielu znaną była. Lecz jeszcze większy rozgłos zyskała dzięki produkcji telewizyjnej.
„Gra o tron” choć nie jest książką wiekową zdążyła już zyskać status kultowej. Miłośnicy fantasy uważają książkę Martina za absolutne must known (ja przynajmniej spotkałem się z większością takich opinii). Mimo tej niewątpliwie wysokiej pozycji w literaturze fantasy „Gra o tron” nie była, aż tak bardzo popularną książką. Dzięki świetnemu serialowi HBO wielu ludzi postanowiło sięgnąć po prozę Martina, by skonfrontować wizję scenarzystów stacji telewizyjnej z oryginałem. Ja sam przeczytałem Martina (oczywiście te wydane w tamtych latach tomy) jeszcze w liceum. Niestety szare komórki odpowiedzialne za zapamiętanie wrażeń z lektury zginęły w oparach alkoholowych dnia 1.10.2005 ( trzeci rok studiów – inauguracja roku akademickiego). Niech odpoczywają w spokoju. Dlatego podczas oglądania serialu coś mi tam świtało, gdzieś dzwonili, ale nie wiem, w którym meczecie i zachowywałem się jak nasi posłowie, którzy nie wiedzą, nad czym głosują, ale próbują mądrych udawać i rączkę do góry podnoszą. Zawziąłem się, a że jakimś dziwnym trafem „Gra o tron” była jednym z prezentów pod choinkę, łyknąłem Martina jak zimne piwko w upalny dzień. To znaczy szybko, robiąc przerwy na zadowolone westchnienia i delektując się orzeźwieniem.
Streszczę Wam fabułę tak na jednym wydechu:
Westeros – kontynent z Siedmioma Królestwami, którymi włada jeden król, ale one były kiedyś naprawdę oddzielnymi królestwami, od czasu Aegona Zdobywcy są jednym królestwem, królestwem włada Robert Baratheon, który ma w herbie jelenia z dużym porożem, a tron na którym zasiada wykuty jest z mieczy i jest strasznie niewygodny. Robert jest kiepskim królem, bo w głowie ma tylko polowania, turnieje, chlanie, dupczenie dziewek i ruchanie dziwek. Nic więc dziwnego, że jego żona go nie lubi i rozkosz znajduje UWAGA SPOJLER w ramionach swego brata bliźniaka zwanego przez wszystkich Królobójcą a to dlatego, że zabił poprzedniego króla Aerysa Szalonego, choć należał do Gwardii Królewskiej i przysięgał go chronić i nie robić mu krzywdy a tu wbił mu miecz w plecy i wszyscy mają go w pogardzie, ale każdy się go boi, bo jest świetnym rycerzem i wszystkich zabija. Oboje z królową pochodzą z rodu Lannisterów, mają oni w herbie złotego lwa i ich zawołaniem jest „Lannister zawsze spłaca swoje długi”. Ród jest strasznie bogaty i trzęsie praktycznie całym królestwem i jeszcze jest Eddard Stark lord Północy, który nie lubi Lannisterów za to kocha króla Roberta jak brata, Starkowie mają w herbie wilkora czyli takiego większego wilka z północy zza Muru. Bo jest jeszcze na północy w mroźnych krainach Mur, wybudowany kilka tysięcy lat temu, który strzeże krainy ludzi przed zagrożeniem ze strony dzikich a na Murze czuwa Czarna Straż i ludzie z Czarnej Straży to w większość, złodzieje i inne męty, które by uniknąć topora wybrały życie na Murze, którzy nie mogą mieć dzieci i do końca swoich dni nie mogą opuszczać Muru, a Eddard Stark ma kilkoro dzieci i wszystkie one są takie szlachetne i każde z nich znalazło swojego wilkora i inni ludzie boją się wilkorów i zawołaniem Starków jest „WINTER IS COMING” i jest jeszcze….
Dobra koniec z tym. Naprawdę dużo się dzieje w tej książce i czasem można się zgubić. Intrygi, krew, śmierć, opisy walk, trochę magii, trochę legend z dawnych wspaniałych czasów kontynentu, sporo tajemnic i wartka akcja oraz świetna narracja sprawiły (kurczę zapomniałem o seksie, dużo seksu, cycków i tak dalej) sprawiły, że Martina przeczytałem błyskawicznie, pewnie też tak zrobiłem w liceum, nie pamiętam (ach te szare komórki! Świeć Panie nad ich dendrytami i aksonami). To naprawdę świetna książka rozrywkowa. Gdyż nie ma co ukrywać, „Gra o tron” do literatury szczególnie wysokich lotów nie należy (a niech mnie rozszarpią wilkory za te obrazoburcze stwierdzenia!). Dla mnie nie ma większego sensu debatowanie nad portretami psychologicznymi postaci, nie potrzebna mi jest ekonomiczna analiza sytuacji Siedmiu Królestw czy też dyskusje nad zasadnością użycia konnicy w tej czy innej bitwie. Martin w sam raz zadowolił mnie „realizmem” świata przedstawionego. A to, że często wkurzałem się na postępowanie bohaterów świadczy tylko o tym, że lektura oddziaływała na me emocje i ostatnie szare komórki tłukące się w bibliotekarskiej głowie. „Gra o tron” to po prostu powieść fantasy skupiająca się bardziej na walkach o władzę, namiętnościach ludzkich i politycznych intrygach niż wojnach z magami i trollami. Naprawdę solidna porcja niezłej przygody, a nie żadna egzystencjalna i siląca się na pełną powagę powieść o życiu. I jeszcze ta bezkompromisowość w pozbywaniu się bohaterów, którzy teoretycznie byli głównymi! Miszczostwo! Podobno amerykańscy telewidzowie się obrazili na stację HBO, która zgodnie z książką uśmierciła pewnego bohatera (nie będę zdradzał kogo, bo może ktoś nie wie:)
Martin zapewnił mi sporo dobrej zabawy i teraz właśnie jestem w trakcie drugiego tomu!
Byłbym zapomniał, trochę spóźnione, ale szczere. Wszystkiego najlepszego w NOWYM ROKU! Obyście żadnych recept nie potrzebowali, oby głowy Wasze wolne były od politycznego bagna (chyba, że to lubicie), oby serca Wasze biły zdrowo i radośnie w rytmie cza-cza!
Zacznę od tego, że chciałem podziękować Cedro za książkę, którą wygrałem w TYM konkursie. To bardzo miłe.
Czy moi drodzy boicie się Śmierci? Nie lubicie tej kostuchy z kosą, co to zabiera nas nie wiadomo gdzie? Bo ja jej nie lubię. Nie lubię jej bardzo. I chyba się boję. Może dlatego oglądam te horrory klasy ziet, żeby ją trochę ośmieszyć i sprawić, że będzie wyglądała głupio. A co by było gdybym żył w świecie, gdzie Śmierć jest religią panującą i każdy aspekt życia poświęcony jest przymilaniu się (w przeciwieństwie do naszego kościotrupa) tej ładnej damie z kosą. Świat Kierkegaardu jest właśnie miejscem, gdzie ludzie czczą Śmierć. Jest ona Królową wszystkiego. Cały przemysł, gospodarka, kultura i obyczaje poświęcone są Morii. Jeśli coś idzie nie tak, to na pewno Moria się gniewa. Trzeba, więc rozerwać na strzępy jakiegoś starca w ramach Mordu Kolektywnego. A jeśli będziemy należeć do sekty cierpiętników to na pewno się ucieszymy, że po naszej śmierci trafimy w brzuchy naszej rodziny, a naszego peniska zjedzą wdowy po nas. Cmentarze i wszechobecne nagrobki to niepodzielnie panujący w stolicy Kierkegaardu Kirkucie trend architektoniczny. Ale niech Was nie przerażają mroczne rytuały, które odprawiane są przez kapłanów Morii. Nie bójcie się rozszarpania żywcem przez dziki tłum w ramach Mordu kończącego tydzień pracy. Nie bójcie się dopóki nie jesteście starzy i chorzy. Wtedy raczej na sto procent traficie na listę loteryjną, a później wasze ciało zostanie rozerwane na drobne cząsteczki, które zostaną zabrane na pamiątkę. Nie bójcie się tego. Bo wbrew pozorom „Decathexis” nie jest książką ponurą i smutną. Te wszystkie rytuały, tortury i obrzydliwości mają za zadanie uświadomić żyjącym, że żyją! I nawet oblizywanie stóp rozkładającemu się trupowi, jest w jakiś sposób chorą, wypaczoną afirmacją życia. Bo wbrew pozorom w tym świecie naznaczonym śmiercią ludzie trzymają się życia i choć nie jest to powiedziane wprost, to lubią życie. Boją się do tego przyznać, bo w końcu mają tradycję, tysiącletnie rytuały, które do tej pory się sprawdzały. Na szczęście idzie nowe! Nauka i postęp cywilizacyjny głoszący upadek starego, okrutnego systemu! Światłość i para zawładną królestwem Kierkegaardu, a zabobon i ciemnota odejdą w zapomnienie! Na czele zmian stoi młoda królowa, która przy pomocy zakochanego w niej młodego tanatologa Jona Pendergasta wprowadzi królestwo na drogę postępu i cywilizacji. Jednak zaplute karły Morii nie śpią i szykują bardzo niemiłą niespodziankę postępowcom.
Książka jest świetna! Czytało mi się bardzo dobrze. Bawiłem się setnie poznając szalone pomysły autora dotyczące wykorzystania różnego rodzaju mitów, legend, religii w stworzeniu świata Kierkegaardu. Świetny język, bardzo plastyczny i sugestywny odmalował mi świat, w którym po ulicach paradują dżentelmeni niczym w wiktoriańskiej Anglii, a jednocześnie na placyku miejskim odbywa się egzekucja w stylu prymitywnego plemienia. Obrazy tortur, gnijących ciał, morderstw były bardzo wyraziste, jednocześnie napisane w taki sposób, że nie odrzucały zbytnio. Zresztą książka to solidna mieszanka horroru, kryminału, powieści przygodowej, powieści fantasy i Bóg wie czego jeszcze. Wyszło to książce na dobre, ale daje się odczuć, że to jest bardzo silny miks.
Nie jest jednak tak, że książka „Decathexis” nie jest pozbawiona wad. Czego mi brakowało? Zakończenie! Troszkę mnie rozczarowało, nastąpiło zbyt szybko i co prawda dało otwarcie na następny tom i kontynuację przygód Pendergasta, ale było zbyt oczywiste i trochę nachalne wręcz. Zresztą do pewnego momentu wszystko rozwija się fajnie, dzieją się interesujące rzeczy i nagle wszystko przyspiesza. Zbyt przyspiesza. Ja chciałbym mieć okazję lepiej poznać Jona, poznać również fascynujący świat Kierkegaardu. Autor nie dał mi tej szansy w takim stopniu, w jakim chciałbym. Nie można mieć wszystkiego:)
Polecam gorąco! Ciekaw jestem następnego tomu, jeśli się pojawi. I jeszcze raz dziękuję Cedro:)
Przepraszam za tytuł, ale cóż poradzić. Dziś Halloween i wszyscy coś piszą o tym święcie. Ja też coś tam skrobnę:) Zalała nas ta amerykancka popkultura i dziś nikt nie pamięta o co 31 pażdziernika chodziło, a tym bardziej o co chodziło naszym słowiańskim przodkom w tym dniu. Ja tam ortodoksem nie jestem i Halloween mi samo w sobie nie przeszkadza (dobra okazja do urządzenia przebieranej imprezki), ale jakbym zobaczył dzieciaka pukającego do mych drzwi i mówiącego “Cukierek albo psikus” to raczej dostałby ode mnie psikusa…
Dobry skecz kabaretowy o adaptowaniu obcych kulturowo zwyczajów do naszego słowiańskiego podwórka:
Nie będę w dzisiejszym wpisie bronił naszych słowiańskich Dziadów przed amerykańskimi Jack-o’-lanternami (jak gdyby ktoś nie wiedział to są wydrążone dynie ze świeczkami), chciałem tylko podzielić się z Wami moimi ulubionymi motywami na Halloween.
Najlepszą dla mnie rzeczą na Halloween są specjalne odcinki Simpsonów popularnie nazywane “Treehouse of Horror”. Ten przecudowny miks najbardziej znanych i rozpoznawanych motywów z popkultury lub obecnie popularnych filmów, seriali podany w groteskowej formie jest dla mnie ucztą samą w sobie. Jest już tego ponad dwadzieścia odcinków i polecam każdy!
Horrory, horrory, horrory – bez tego nie da się przeżyć porządnego Halloween:) Czy wspomniałem już o horrorach? Jeśli nie to wspominam teraz. Niezłą listę horrorów na Halloween możecie znaleźć na blogu Horror Story Reborn. Ja ze swej strony uwielbiam post apokaliptyczne klimaty, zwłaszcza jeśli dominującymi bohaterami są zombiaki. Jednym z najlepszych filmów dla mnie, które utrzymane są w tej konwencji jest “28 dni później” (co prawda nie ma tam zombiaków, ale to akurat nie ma najmniejszego znaczenia). Z kolei nie przepadam za slasherami, w których krew i flaki latają zupełnie bez sensu (rzeczywiście chodzące żywe trupy na pewno mają więcej sensu). Oczywiście nieśmiertelne “Martwe zło” – wszystkie części. Pierwszy raz obejrzane na spiraconej kasecie VHS o okropnej jakości. Bogiem a prawdą – gdyby nie pirackie kasety video, to nasz naród miałby ogromne tyły jeśli chodzi o filmy z Zachodu. Jakoś nie przepadam za azjatyckim kinem grozy – wydaje mi się zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla mnie. Znajdzie się oczywiście kilka fajnych rzeczy. Mógłbym Wam tutaj wymieniać film za filmem, nie widzę w tym sensu zbytniego, gdyż rzeczy z gatunku horror jest mnóstwo. Makabra przyciąga magnetyczną siłą. Rynek horrorów obfituje w przeogromne ilości filmów, książek, komiksów, gier i muzyki. (Odzywa się moje wrodzone leni.. tfu.. chciałem powiedzieć wrodzona dbałość o czytelnika, coby go nie przeładować nadmiarem materiału.)
Zmieniając temat, teraz piosenka, która ostatnimi czasy gości bardzo często w moich głośnikach. Najpierw dam cover. Oryginalny utwór pochodzi z filmu według scenariusza Tima Burtona “Nightmare before Christmas” po naszemu “Miasteczko Halloween“, cover natomiast z płyty “Nightmare revisited”:
A macie też oryginał:
Fajne prawda:)
Żaby nie było tak zupełnie amerykancko, bo przecież jestem Słowianinem, jak śpiewał Spięty z Lao Che. Słowianinem oraz bibliotekarzem dlatego podzielę się z Wami niewielką ilością informacji z czasopisma o przepięknym tytule “Przyjaciel Ludu” z roku 1839. Informacje będą dotyczyć wierzeń ludowych dotyczących złych duchów.
Na początek moi drodzy tradycyjna mora albo zmora. Cóż to straszydło robi biednym wieśniakom? Ano to:
MORA
Paskudna ta mora była, że hej! Popadła jednak w zapomnienie i dziś nikt dzbanuszków ciastem nie oblepia. W przeciwieństwie do mory następny stwór ma się wśród popkultury doskonale, tylko metody jego rozpoznania ciut się zmieniły. Psze państwa WILKOŁEK!
WILKOŁEK
Dziś Wilkołek nazywa się troszku inaczej, jednak jego potworność nie uległa zmianie. Nie do końca zrozumiałem instrukcje dotyczące wykrywania tych paskudników. Kogo mam obnieść? Wilkołeka czy bochen chleba? Czego mam nie przewracać? Skórki chleba, którą trzymam w ustach? Pomóżcie! To bardzo ważne! Zamierzam sprawdzić tą metodą czy pewien nieuprzejmy, mrukliwy i warkliwy czytelnik nie jest czasem wilkołekiem! Następny stwór to WIŁ! (przepraszam, że w dwóch zdjęciach, inaczej się niestety nie dało).
WIŁ
WIŁ DWA
Nie jest taki najgorszy ten wił. Tylko strasznie upierdliwy. Znam kilku takich, co to się od człowieka nie odczepią i żyć nie dadzą. Tylko metody nękania trochę inne. Dzwonią co chwila i wcisnąć próbują jakiś badziew. Wił to przynajmniej niczego nie wciskał, tylko se stał i stał. A teraz KANIA!
KANIA
Ach! Okrutna Kanio co dzieciaczki z wiejskich pól porywałaś! Na szczęście już nie straszysz polskich wieśniaków i przeminęłaś z wiatrem i obłokami!
Niestety to wszystko moi drodzy czytelnicy. Zdaję sobie sprawę, że zaledwie poruszyłem czubeczek góry lodowej, jeśli chodzi o horror. Tfu! Ja nawet nie zacząłem poruszać niczego! Przyznaję się bez bicia, że tego jest zbyt dużo i zwyczajnie nie ogarniam. Nawet teraz przez mój umysł galopują konie pomysłów i nie mam jak ich powstrzymać. Chciałem tylko Wam napomknąć w tę noc strachów, że ludziska bali się od zawsze i wyobraźnie mieli równie bujną dawniej co teraz. Niedługo północ, duchy i zmarli są o tej porze pełne i pełni pałeru. Dlatego bójcie się! Na koniec filmik sprzed roku, ale mam nadzieję, że nie widzieliście: