Posty oznaczone jako ‘fantastyka’
Posted by charliethelibrarian w dniu 29 Styczeń 2012

George R. R. Martin "Uczta dla wron: Sieć spisków"
Biedne Westeros, biedne Siedem Królestw. Łuny pożarów, gnijące trupy konsumowane przez wrony, wilki. Biedne Westeros władane przez tępą blondynkę, która myśli, że jest sprytna i przebiegła niczym Tywin Lannister. Naprawdę miło jest patrzeć jak Cersei pogrąża się w niebycie. Choć smutno robi się człowiekowi na myśl o losie królestwa do którego przyszła zima, a spichrze puste.
Skończyłem kolejny podtom:) Czytało się bardzo dobrze. Martin jak zwykle na poziomie. Co prawda nie ma Tyriona, nie ma Jona Snow, ale przecież opowieść dotyczy wielu ludzi i całego Westeros. Po skończonej “Sieci spisków” doceniłem zabieg Martina dotyczący przeniesienia akcji i opowiedzenia historii z innymi bohaterami. Jamie wzbudza sympatię, Brienne – mam nadzieję, że nic jej nie będzie. Sam Tarly zaczyna stawać się prawdziwym mężczyzną.Cersei wspomniana wcześniej przeze mnie, daje prawdziwy popis głupoty i wpada we własne sidła. A taka miała być sprytna. Sansa Stark i Littlefinger na pewno zamieszają jeszcze konkretnie. Trzeba przyznać, że Petyr ma łeb nie od parady. Tylko jakie są jego prawdziwe zamiary? Tego bardzo chciałbym się dowiedzieć:)
W “Sieci spisków” akcja toczy się wręcz leniwie. Jest kilka momentów bardziej żywych, w których na chwilkę pojawia się to co lubimy czyli:
Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele.
Nie jest jednak tego tak dużo jak w “Nawałnicy mieczy”.
Przede mną “Taniec ze smokami cz. 1″. Później trzeba czekać na premierę, ale to już pod koniec lutego:) Przynajmniej uwolnię się na chwilę od Martina (Choć nie wiem czy tego chcę:)
Opublikowany w Książki | Otagowane: burdele, cersei, chodzące trupy, czary, dużo seksu, dużo złota, dziewice, dziewki, dziwki, fantastyka, flaki, george r. r. martin, gwałty, Inni, korony, królów, krew, książka, literatura amerykańska, magia, mamony, miecze, miłość, morderstwa, Mur, nienawiść, niewolników, olbrzymy, plamy na honorze i na spodniach, recenzja, rozdziewiczanie, seks, sieć spisków, smoki, sperma, sprawiedliwość, tortury, trony, trupy, uczta dla wron, uczta dla wron: sieć spisków, upiory, walka, westeros, wilkory, wrony, władza, zdrada, zima nadchodzi, złoto, żądza | Komentarzy: 2 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 27 Styczeń 2012

George R. R. Martin "Uczta dla wron: Cienie śmierci"
Idę jak burza! Jak sztorm! Jak nawałnica, może mieczy, a może zwyczajna, gradowa taka? Następny tom połknięty, przetrawiony. I jaka ta „Uczta dla wron” jest?
Siedzą sobie te wrony i żrą tę padlinę i kraczą. Oj, jak dużo one kraczą! I tylko to robią. W porównaniu z poprzednim tomem NIC się nie dzieje! Martin musiał nowych bohaterów wprowadzić na arenę wydarzeń, bo sporo z poprzednich zostało przez wrony zjedzonych. Mamy więc Brienne, która szuka Sansy Stark, bo złożyła przysięgę Jamiemu Królobójcy. Cersei, złotowłosą królową. I kilka pomniejszych postaci, które natychmiast giną.
Nawet nie będę spoilerował tak bardzo. Zarysuję w skrócie akcję. Arya ucieka do Braavos, gdzie wstępuje do zakonu Boga o wielu twarzach. Grubas ser Świnka też jest w Braavos, lord dowódca Nocnej Straży wysłał go do Cytadeli, by zaczął się uczyć i został maestrem. Wędruje z nim Goździk wraz z dzieciakiem Mance’a Rydera i stary maester Aemon oraz brat z Nocnej Straży, który zaczyna się szlajać po burdelach. Cersei sprawuję władzę, jest jednak krótkowzroczna, butna, i myśli, że jest najmądrzejsza (długo tak nie pociągnie). Jamie próbuje siostrze przemówić do rozumu, ale ta nie chce go słuchać. Gdzieś tam się przebija informacja, że ścięli Cebulowego Rycerza – naprawdę szkoda. Mam nadzieję, że to podła plotka jest. Ogar podobno złapał niezły wkurw i grasuje po dorzeczu gwałcąc i zabijając, co się tylko da. Sansa siedzi w Orlim Gnieździe z Littlefingerem i powoli poddaje się jego urokowi. Wątek młodej Myrcelli Lannister, która jest w Dorne może tutaj namieszać całkiem sporo, lecz na razie nic się nie dzieje.
„Ucztę dla wron: Cienie śmierci” dobrze się czyta, ale nie ma tutaj, wielu rzeczy z poprzednich tomów, takich jak:
Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele. No dobra, dużo wron jest.
A tak się czyta książki w „Uczcie dla wron”:
„Sam był zmęczony jak pies, ale trudno mu było przerwać. Jeszcze tylko jedna księga — obiecywał sobie w duchu. — Potem odpocznę. Jeden foliał, jeszcze tylko jeden. Jeszcze jedna stronica, a potem pójdę na górę odpocząć i coś zjeść. Ale po jednej stronicy zawsze była następna i następna, a pod stosami kryły się kolejne księgi.”
Macie tak?
Opublikowany w Książki | Otagowane: boga, brienne, burdele, cersei, chodzące trupy, czary, dorne, dużo seksu, dużo złota, dziewice, dziewki, dziwki, fantastyka, flaki, george r. r. martin, gwałty, i inne duperele, Inni, jamie, korony, królów, krew, książka, lannister, literatura amerykańska, low fanatsy, magia, mamony, miecze, miłość, morderstwa, Mur, nienawiść, niewolników, olbrzymy, plamy na honorze i na spodniach, postaci, recenzja, rozdziewiczanie, sansa, seks, smoki, sperma, sprawiedliwość, tortury, trony, trupy, uczta dla wron, uczta dla wron: cienie śmierci, upiory, walka, westeros, wilkory, wron, wrony, władza, zdrada, zima nadchodzi, złoto, żądza | Komentarzy: 4 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Styczeń 2012

George R. R. Marin "Nawałnica mieczy: Krew i złoto"
Skończyłem! Skończyłem kolejny tom! Dumny z siebie jestem jak jasna cholera, zadowolony jak spasiony Garfield po wsunięciu kilku lazanii. A wiecie co jest najlepsze? Bezczelnie wołam jeszcze! Martin zaczarował mnie zupełnie:) „Krew i złoto” obfituje w takie ilości tego samego co w poprzednich tomach, tyle, że w znacznie skondensowanej dawce. Mam więc: Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory, mamony, burdele i inne duperele.
Po prostu miodzio. Dzieje się dużo, zwroty akcji są niesamowite i zaskakujące!
Dobra spoilerujemy:
Jon Snow – młody pnie się w górę, jest wierny, odważny, mądry i szlachetny. Stoi na Murze i nikt nie przejdzie mu pod jego czujnym okiem:) Wątek Jona zrobił się bardziej interesujący i ciekawy.
Jamie Lannister – przeżywa swoiste nawrócenie, staje się bardziej szlachetny i honorowy. Stara się naprawić swoje błędy i postępować zgodnie z własnym sumieniem, które nagle mu się wykształciło.
Tyrion Lannister – Krasnal był w sporych opałach, oskarżony o zabójstwo bratanka, miał być skazany na śmierć. Jamie pomaga mu uciec. Dla mnie stanowczo za mało Tyrionka było. Choć on z kolei trochę przechyla się na szalę zła. Jego historia miłosna z pierwszą żoną jest bardziej rozczulająca niż myślałem.
Sam Tarlyn – mało go, ale daje radę. Przeprowadził Goździk. Pomógł Jonowi zostać kimś ważnym. Choć wciąż walczy z otyłością to jednak zaczyna robić postępy jeśli chodzi o posiadanie takiej cechy charakteru jak odwaga.
Bran Stark – prawie w ogóle go nie widać. Pojechał na łosiu za Mur do trójokiej wrony nauczyć się latać (brzmi osobliwie, ale taka jest prawda).
Arya Stark – te kobiety z rodu Starków naprawdę mają tendencję do wkurzania mnie. Arya wędruje z Ogarem, lecz trafia na „Krwawe Gody” w Bliźniakach i muszą uciekać. Później to ona ucieka od Ogara co jest głupim posunięciem, ale dzięki pewnej monecie dostaje się na statek z Braavos.
Daenerys – zdobywa kolejne miasto, postanawia jednak odpocząć i zostaje w jednym z miast, które podbiła. Ma problemy ze swoją popędem seksualnym i podejrzewam, że to może sprawić jej dużo kłopotów.
Davos Cebulowy Rycerz – mało go było, ale postępuje szlachetnie i jest prawdziwym głosem rozsądku dla Stannisa.
Catelyn Stark – oj, oj, oj. Tego się nie spodziewałem. Biedactwo dostało od życia potężnego kopa w tyłek, albo raczej miecz w gardło…
Sansa Stark – niestety nie była szczęśliwa w związku małżeńskim z Tyrionem. Zapewne wynikało to z jej oziębłości seksualnej i zupełnego braku poczucia humoru. Udaje jej się jednak zbiec z Królewskiej Przystani przy pomocy Littlefingera, który ewidentnie ma na nią chrapkę.
To tyle. Zadziwiające jak działa umysł ludzki. Wspominałem, że Martina czytałem w liceum. Moje dwie szare komórki przechowały zaledwie strzępy informacji dotyczących cyklu „Pieśń Lodu i Ognia”, ale z całkowitą jasnością i wyrazistością pamiętam fragment, który odnosił się do powiedzenia, że Tywin Lannister sra złotem. Oto ten fragment:
„Fetor, który wypełnił wychodek świadczył jednak dobitnie, że często powtarzany żart o jego ojcu był tylko kolejnym kłamstwem. Okazało się, że Tywin Lannister wcale nie srał złotem.”
Ten fragment pamiętałem bardzo dobrze i czytając kolejne tomy cyklu z niecierpliwością czekałem na niego. No i wreszcie się doczekałem. Nie wiem dlaczego akurat ten fragment. Nie będę tego faktu zgłębiał, bo mogę się przerazić tym co wyjdzie na jaw. Niech wam wystarczy tylko ta refleksja nad kondycją umysłową Charliego…
Dwa podtomy trzeciego tomu(sic!) zdecydowanie rządzą!
Opublikowany w Książki | Otagowane: burdele i inne duperele, charlie, chodzące trupy, czary, dużo seksu, dużo złota, dziewice, dziewki, dziwki, fantastyka, flaki, george r. r. martin, gwałty, Inni, jon snow, korony, królów, krew, krew i złoto, książka, literatura amerykańska, magia, mamony, miecze, miłość, morderstwa, Mur, nawałnica mieczy, nawałnica mieczy: krew i złoto, nienawiść, niewolników, olbrzymy, plamy na honorze i na spodniach, recenzja, rozdziewiczanie, seks, smoki, sperma, sprawiedliwość, stark, tortury, trony, trupy, upiory, walka, westeros, wilkory, winter is coming, wrony, władza, zdrada, zima nadchodzi, złoto, żądza | Komentarzy: 4 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Grudzień 2011

Eduardo Mendoza "Brak..."
Wyobraźcie sobie, że jesteście kosmitami. Lądujecie na Ziemi swoim super wypasionym statkiem kosmicznym w okolicach Barcelony, na początku lat dziewięćdziesiątych. Jesteście czystą inteligencją. Możecie przyjmować dowolne kształty, jesteście nieśmiertelni i możecie telepatycznie porozumiewać się z między sobą. Jeden z Was, dajmy na to nazywający się Gurb wyrusza na rekonesans. Drugi czuwa w statku. Gurb z racji tego, że może przyjmować dowolny kształt staje się przedstawicielem gatunku istot rozumnych o imieniu Martha Sanchez i seksownych kobiecych kształt ach. Wsiada do pojazdu innego autochtona i ślad po nim ginie. Co robicie? Oczywiście, że natychmiast wyruszacie na poszukiwania. Nie znając terenu, okolicy i posługując się dostępnymi informacjami z bazy galaktycznej. Nie będzie łatwo, oj nie. Po pierwsze musicie zrozumieć tubylców. Tubylców, którzy chodzą na dwóch nogach, piją dziwaczne alkohole, jeżdżą prostymi w budowie, ale skomplikowanymi w obsłudze pojazdami, ogólnie robią mnóstwo dziwacznych i dla Was, jako przybyszów z obcej planety niezrozumiałych rzeczy. Musicie być przygotowani na szereg pomyłek, wpadek, wypadków oraz popełnianych na każdym kroku faux pau. Musicie się liczyć z tym, że będziecie mieć kaca, traficie do więzienia, zakochacie się w sąsiadce i będziecie biegać w nartach po głównym deptaku Barcelony. Miasta, które właśnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich. Naprawdę liczcie się z tym, że droga do odnalezienia Gurba będzie długa, kręta, wyboista (to dzięki Katalońskiemu Przedsiębiorstwu Robót Publicznych) i być może nie będzie miała końca.
Jeśli mówią, że śmiech to zdrowie, to lektura tej książki winna być wypisywana na receptę:) Uśmiałem się setnie. Mendoza świetnie operuje groteską, absurdem i humorem. Ta dość cienka książka, którą czyta się bardzo szybko to świetna rozrywka i zabawa. Mendoza kpi i śmieje się z Katalończyków, społeczeństwa i ogólnie z ludzi. Właściwie kosmitę mógłby z powodzeniem zastąpić przybysz z innego kraju, ale wtedy nie mógłby przyjmować postaci Ojca Świętego Piusa XII w celu wzbudzenia zaufania. Cała książka składa się z wielu perełek ironii i groteskowego humoru: na przykład scena podrywania sąsiadki z góry za pomocą metody „pożycz cukier”. Absurd na absurdzie, absurdem pogania, napisany w ten sposób to coś, co Charlie lubi najbardziej. I wbrew pozorom mimo tej całej iście monthy pythonowskiej konwencji Mendoza pokazał mi Barcelonę (z początków lat dziewięćdziesiątych) i ludzi w niej mieszkających lepiej niż niejeden przewodnik. Dowiedziałem się na przykład co to są churros. Polecam gorąco każdemu tę książkę. Polakom, Europejczykom, Niemcom, Hiszpanom, Katalończykom czy też mieszkańcom rodzinnej planety Gurba. Świetna zabawa gwarantowana.
Opublikowany w Książki | Otagowane: absurd, alkohol, barcelona, bibliotekarz, churro, churros, dwudziesty wiek, dziennik pokładowy, eduardo mendoza, fantastyka, groteska, gurb, hiszpania, humor, ironia, katalonia, kosmita, książka, literatura hiszpańska, marta sanchez, recenzja, statek kosmiczny, śmiech, śmiech to zdrowie | Komentarzy: 6 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 11 Grudzień 2011

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"
Po Lemie, który jest daniem doskonałym aczkolwiek może być postrzegany jako potrawa wyrafinowana oraz wyłącznie dla prawdziwych smakoszy. Czas na coś znacznie bardziej lekkostrawnego i ociekającego sosem galaktycznym. Kossakowska i jej najnowsza książka. Długo kazała czekać na siebie autorka świetnego cyklu o zdemoralizowanych aniołach.
O czymże jest “Grillbar Galaktyka”? Otóż jest o wszystkim! Mamy w nim całą galacticę z jej ogromem, różnorodnością ras, gatunków, planet, zwyczajów, tradycji, technologii i kuchni! Bo przecież każda rasa musi jeść, oprócz Żywych Kryształów z układu Gemmy, które nie jedzą. Są one jednak wyjątkiem i poza nimi wszyscy jedzą wszystko i wszystkich. Hermoso Madrid Iven to szef kuchni w znanej restauracji, który zarządza zespołem prawdziwych wariatów i świrów. Wspólnie przyrządzają jedne z najlepszych dań w Galaktyce. Hermoso zadowolony z życia w miarę jest, kaskę zarabia niezłą, przygody w pracy są, robi to co lubi i nikt mu w gary nie zagląda… Do czasu. Kontrole z Ministerstwa Zdrowego Żywienia z Unii Międzygalaktycznej; pasożyty, które zadziwiająco przypominają ósmego pasażera Nostromo; miłosne rozterki – to wszystko zaczyna go trochę przygniatać. Te problemy to jednak nic wielkiego w porównaniu z oskarżeniem o morderstwo ważnego członka mafii. Hermoso musi brać nogi za pas i wiać na dugi koniec galaktyki. Zaczyna się jego odyseja, tuła się biedaczek od knajpy do knajpy. Nigdzie jednak nie zazna spokoju, bo wciąż mu deptają po piętach nasłani przez mafię cyngle. Pakuje się w jedną przygodę za drugą, poznaje grupkę oddanych przyjaciół, z którymi odkrywa mroczny spisek Śluźni, która pragnie zawładnąć Unią Międzygalaktyczną. Mogę chyba zdradzić, że jego przygody kończą się happy endem:)
„Grillbar Galaktyka” to świetna rozrywka. Kossakowska dobrze i z wyczuciem pogrywa sobie z czytelnikiem odniesieniami do popkultury. Czytało się błyskawicznie, książka zabawna i śmieszna. Brawo za ogromną wyobraźnię i dobrze skrojony Wszechświat. Oczywiście zdarzały się zgrzyty. Momentami za dużo było tych wymyślnych dań z dziwacznych stworzeń oraz kilka fragmentów czuć mocno spalonym patosem i tkliwością. Kossakowska przemyca również polityczne odniesienia do świata naszego. Dostaje się urzędasom z Unii Międzygalaktycznej, którzy chcą zmusić własnych obywateli do bezwzględnego posłuszeństwa, narzucają bezsensowne przepisy, bo społeczeństwo jest za głupie i trzeba każdego prowadzić za rączkę. Zastanówmy się czy czasem nie znamy takiej Unii, co to banany prostuje i wszystkim mówi jak mają żyć, a sama jest na skraju upadku… Nie da się również nie zauważyć, że dostaje się po dupie wszystkim zwolennikom poprawności politycznej, która osiągnęła w Galaktyce Hermoso stopień absurdu (nie tylko w galaktyce Hermoso).
Kossakowska zaserwowała mi kawał porządnie wypieczonej, dobrze przygotowanej frajdy. Oczywiście, aż takiego szału nie było, na kolana nie padłem, do gotowania obcych się nie zabieram, ale bawiłem się znakomicie:)
Opublikowany w Książki | Otagowane: fantastyka, gotowanie, grillbar galaktyka, interpretacja, kosmos, książka, kucharz, literatura polska dwudziesty pierwszy wiek, Maja Lidia Kossakowska, obcy, polska fantastyka, recenzja, science - fiction, space opera, unia, unia międzygalaktyczna | Komentarzy: 10 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Grudzień 2011

Eugeniusz Zamiatin "My"
Sięgnąłem do źródeł. Czasem tak trzeba. Sięgnąłem do źródeł antyutopii czy też dystopii. Dystopia to opowieść o społeczeństwie, które mieni się być rajem lecz nim w rzeczywistości nie jest. Najczęściej dystopijne światy przedstawione są jako światy całkowitej i permanentnej inwigilacji. Książka Zamiatina uznawana jest za modelową i dodatkowo pierwszą powieść dystopijną. Co prawda znalazłem szperając po sieci informacje o innych książkach. Na przykład Jack London (tak ten od „Zewu krwi”) napisał w 1909 roku książkę „Iron Heel” opowieść o Stanach Zjednoczonych rządzonych przez oligarchiczną tyranię. Herbert George Wells również miał spory udział w tworzeniu powieści, które mogą zostać uznane za dystopie. Jego „Współczesna utopia” czy też, „Kiedy śpiący budzi się” to książki będące podwalinami gatunku fantastyki antyutopijnej. Tak się, bowiem złożyło, że większość powieści antyutopijnych dzieje się z reguły w przyszłości, albo dalekiej, albo bliskiej. Wracając do Zamiatina jego książka została wydana w roku 1920 na Zachodzie i od razu stała się wielkim hitem. Uznawana jest za źródło inspiracji dla Huxleya i Orwella. Dystopijne powieści zakładają od razu, że światy i społeczeństwa w nich przedstawione są złe. Gra pozorów, że jest dobrze i wszyscy są szczęśliwi maskuje w rzeczywistości ogrom niesprawiedliwości i zła. Zamiatin w swej książce poszedł inną drogą lub wytyczył ścieżkę, którą później inni w pewien sposób podążali albo odeszli od niej zupełnie. Chciałem napisać, że u Zamiatina ciężko jest jednoznacznie określić, co jest złe, a co jest dobre. Pokrótce:
Wyobraźcie sobie Państwo Jedyne, które zapewnia swoim obywatelom pożywienie (w stu procentach ekologiczne, przy produkcji, którego nie cierpi żadne stworzenie). Państwo Jedyne dające dach nad głową z niezniszczalnego materiału KAŻDEMU z jego obywateli. Darmową edukację na bardzo wysokim poziomie i pracę dla każdego. Państwo Jedyne dające swoim obywatelom nowoczesną naukę, możliwość zdobywania wiedzy w nieskończoność, racjonalne podejście do życia, bez zbędnych zabobonów religijnych. Zastanówcie się czy nie tego oczekujemy od naszych państw? Oczywiście wszystkie te wygody dostaje obywatel w zamian za… Zawsze jest jakieś ale… W tym przypadku, ALE, to zrezygnowanie z prywatności i dostosowanie się do ogółu. W Państwie Jedynym prywatność istnieje tylko przez kilkanaście minut, gdy ludzie o określonej godzinie spuszczają zasłony na odbycie aktu seksualnego. Przez pozostały czas mieszkańcy i obywatele Państwa Jedynego żyją w przejrzystych pomieszczeniach zbudowanych z niezniszczalnego szkła. Co jeszcze musi oddać obywatel Państwu Jedynemu? Żadnych podatków nie płaci. Państwo utrzymuje się dzięki super technologii i pracy swoich obywateli. W Państwie nie ma pieniędzy, wszyscy mają po równo dóbr doczesnych i równy dostęp do nich. Istnieje sztuka, muzyka, literatura z tymże jest to sztuka matematycznie doskonała. Żadne tam wytryski geniuszu wszystko jest uzasadnione wzorem. Jest, więc piękne, doskonałe i skończone. Idealne społeczeństwo, które wierzy w naukę, matematykę, wszyscy za wszystkich i wszyscy za Jedyne Państwo. Nie ma przemocy domowej, nie ma przestępczości, nie ma prostytucji, nie ma alkoholików, narkomanów, nałogowych palaczy, ludzie żyją dłużej pracując dla dobra Państwa. Jednocześnie istnieje pamięć o burzliwych czasach starożytnych (czyli czasach współczesnych Zamiatinowi). Czasach zupełnie niezrozumiałych dla ludzi, którzy nie pojmują jak społeczeństwo mogło funkcjonować nie będąc społeczeństwem idealnie zespolonym, zgranym i posiadającym ściśle określony rytm dnia. W Państwie Jedynym wszyscy robią wszystko o określonej z góry godzinie. WSZYSYCY obywatele w tym samym czasie jedzą, w tym samym czasie kopulują, spacerują, w tym samym czasie mają godzinę dla siebie (Państwo Jedyne wciąż walczy o zniesienie indywidualności, ale na musi iść na pewne ustępstwa) Indywidualność jest niemile widziana, dlatego obywatele nie mają imion i nazwisk mają numery. Poznajemy Państwo Jedyne z zapisków Głównego Konstruktora Integralu (czyli statku kosmicznego, który ma zanieść na wszystkie planety dobrą nowinę). Główny Konstruktor D-503 postanawia spisać Dobrą Nowinę innym rasom i gatunkom we Wszechświecie, pragnie wyjaśnić im jak funkcjonuje Państwo Jedyne. Już na samym początku zaznacza, że nie jest poetą a inżynierem, co widać po stylu jego pisania. Z jego zapisków poznajemy Państwo Jedyne, poznajemy jego przywódcę DOBROCZYŃCĘ, który jest wybierany co roku w wyborach jawnych, powszechnych i jednomyślnych. Państwo Jedyne nie jest jednak jeszcze doskonałe, dlatego zdarzają się w nim elementy niedostosowane. A takie jednostki społecznie zbędne mają za zadanie wyłapywać Opiekunowie. Specjalna klasa obywateli będących wiecznie w stanie czujności i podsłuchująca wszystkich. I właśnie taki element: kobietę o numerze I-303 poznaje D-503. I tutaj zaczyna się jego gehenna i zjazd w dół. Zaczyna budzić się w nim dusza, a co najgorsze zakochał się w I-303. Zaczyna postępować irracjonalnie i emocjonalnie. Doprowadzi to do wielu wypadków, które zachwieją podstawami Państwa Jedynego, gdyż I należy do „ruchu oporu”, który pragnie zniszczyć Państwo Jedyne. Zniszczyć nie dając nic w zamian. „Ruch oporu” czyli tak zwani „Mefi” (pewnie od Mefistofelesa) to ludzie pochodzący zza muru otaczającego Państwo Jedyne. Pragną zniszczyć ustrój, by przejąć władzę. Nie mają żadnej alternatywy dla obywateli Państwa Jedynego, wręcz przeciwnie pragną pogorszania ich losu. Czyli nie są żadną lepszą frakcją, po prostu są inni i pragną władzy. D-503 zostaje uwikłany w bunt, ale… Nie będę Wam za dużo zdradzał z fabuły.
„My” nie jest łatwą książką. Głównie ze względu na specyficzny styl pisania, urwane zdania, myśli. Zapiski inżyniera często zmuszają do zatrzymania się i uważnego przyjrzenia jego słowom. Wielu rzeczy trzeba się domyślać i wysnuwać wnioski. „My” jest również książką obfitującą w nawiązania do różnych dzieł literatury. Bardzo dużo znajduje się odniesień do „Biblii”. Gdy czytałem „My” odniosłem wrażenie, że Zamiatin stworzył świat, który powoli staje się naszym światem. Coraz częściej oddajemy w ręce państwa naszą prywatność w imię bezpieczeństwa, spokoju czy wygody. Pragniemy, aby nasze społeczeństwo było bezpieczne, zrównoważone, bogate. Żeby nie było głodu, chorób, przemocy, a tych zjawisk nie ma w Państwie Jedynym. Ale idea i wizja Państwa Jedynego stworzona przez Zamiatina wywołuje u mnie natychmiastowy odruch obronny. Czy chodzi o fakt, że trzeba oddać swoją indywidualność, swoją osobowość dla dobra ogółu? Jest tam fragment o maszerowaniu wszystkich w jednym zgodnym rytmie, wszyscy są ogoleni na łyso i poruszają się jak jeden organizm. Przypomniała mi się scena z “Metropolis” Fritza Langa. Ta scena z maszerującymi robotnikami idealnie oddaje nastrój fragmentu. Przerażająca wizja. Wracając do odruchu obronnego. A może chodzi raczej o brak prywatności, żadnej chwili wytchnienia od oczu innych; które nie są wcale wścibskie. Obywateli Państwa Jedynego nie interesuje prywatne życie sąsiada, bo sąsiad takiego prywatnego życia zwyczajnie nie posiada. Idealnie prawda?
Czytałem sporo o tym, że Orwell mocno się wzorował na książce Zamiatina. Ale „My” jest inne od „Roku 1984” Orwella. Po pierwsze nie ma wyraźnej kasty rządzącej, nikt nie jest robolem, nikt nie czuje się lepszy ani gorszy. Wszyscy mają tak samo. Ewentualnie Opiekunowie mają inne funkcje od innych, ale to nie wiąże się z żadnymi przywilejami. Państwo Jedyne nie prowadzi żadnej wojny, bo nie ma z kim. Na całej planecie pozostało tylko Miasto otoczone Zielonym Murem. Nie ma tradycyjnej rodziny, są Normy Macierzyńskie. Dzieci wychowywane są w szkołach Państwa. W Państwie Jedynym panuje powszechny dobrobyt, nie fałszuje się historii mówi się tylko o głupocie i biedzie Starożytnych uważając Państwo Jedyne za twór społecznie doskonały.
Z innej beczki: dużo w tej książce jest kolorów. D-503 zwraca wielką uwagę na kolorystykę świata, słońca. Wiele wrażeń i uczuć odmalowanych jest kolorami. Czyżby inżynier mógł zostać malarzem? Nie dowiemy się tego nigdy.
Polecam tę książkę gorąco każdemu zainteresowanemu tematyką antyutopii. Można zobaczyć jak wiele z Zamiatina przenika do późniejszych książek z tego gatunku.
P. S. Zupełnie nie w temacie. Bibliotekarze uznawani są za ludzi spokojnych, cierpliwych, wyrozumiałych, bo mają niestresującą pracę i ogólnie nie mają powodów do zdenerwowania.
Chciałem tylko powiedzieć, że osoba, która tak OKRUTNIE, CHAMSKO, BEZCZELNIE pokreśliła egzemplarz książki Zamiatina, pisząc dodatkowo durne i zupełnie pozbawione polotu komentarze na stronach tej książki będzie się smażyć w PIEKLE. Ja osobiście tego dopilnuję. Już my bibliotekarze mamy swoje sposoby. Dawno się tak nie wkurw…
Zupełnie zepsuło mi to lekturę pod względem wizualnym i intelektualnym.
Kallimach z Cyreny, bibliotekarz w Bibliotece Aleksandryjskiej w momencie, gdy ktoś mu poprzestawiał zwoje na półkach i zburzył porządek w jego Pinakes rzucał na złego czytelnika klątwę. Brzmiała ona mniej więcej tak:
„Obyś ty, który wstąpiłeś w te progi w poszukiwaniu światła mądrości, wiedzy i zrozumienia, który odwiedziłeś gmach, w którym króluje porządek i rozum ludzki, a któryś swym nikczemnym i niegodnym postępowaniem zburzył ten porządek. Obyś dostał biegunki nieustającej, połączonej z hemoroidami oraz przeraźliwym i wiecznym swędzeniem pięt twoich. Obyś nie zaznał nigdy snu sprawiedliwego u boku małżonki swojej, która chrapaniem swym mury burzyć będzie. Oby alkohol nie dawał ci radości, a kac po najmniejszym łyku piwa czy też wina objawiał się potęgą i mocą stada słoni afrykańskich biegnących przez wyschniętą na wiór sawannę. Kto bowiem świadomie przychodzi do gmachu uczoności i świadomie innym przeszkadza w podążaniu ścieżką prawdy i wiedzy ten zasługuje na wieczne męki w Hadesie.”
Siedzę teraz z gumką i ścieram te podkreślenia i bazgroły. Dobrze, że nie przyszło komuś do głowy używać długopisu – zabiłbym.
Opublikowany w Książki | Otagowane: 1920, antyutopia, bazgroły, biblioteka, bibliotekarz, czytelnicy, dystopia, eugeniusz zamiatin, fantastyka, iron heel, jack london, kallimach z cyreny, kiedy śpiący budzi się, książka, literatura dwudziestego wieku, my, orwell, państwo jedyne, pinakes, przyszłość, recenzja, rok 1984, społeczeństwo, wells, wizja, źli czytelnicy | Komentarzy: 3 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 14 Listopad 2011

Łukasz Śmigiel "Decathexis"
Zacznę od tego, że chciałem podziękować Cedro za książkę, którą wygrałem w TYM konkursie. To bardzo miłe.
Czy moi drodzy boicie się Śmierci? Nie lubicie tej kostuchy z kosą, co to zabiera nas nie wiadomo gdzie? Bo ja jej nie lubię. Nie lubię jej bardzo. I chyba się boję. Może dlatego oglądam te horrory klasy ziet, żeby ją trochę ośmieszyć i sprawić, że będzie wyglądała głupio. A co by było gdybym żył w świecie, gdzie Śmierć jest religią panującą i każdy aspekt życia poświęcony jest przymilaniu się (w przeciwieństwie do naszego kościotrupa) tej ładnej damie z kosą. Świat Kierkegaardu jest właśnie miejscem, gdzie ludzie czczą Śmierć. Jest ona Królową wszystkiego. Cały przemysł, gospodarka, kultura i obyczaje poświęcone są Morii. Jeśli coś idzie nie tak, to na pewno Moria się gniewa. Trzeba, więc rozerwać na strzępy jakiegoś starca w ramach Mordu Kolektywnego. A jeśli będziemy należeć do sekty cierpiętników to na pewno się ucieszymy, że po naszej śmierci trafimy w brzuchy naszej rodziny, a naszego peniska zjedzą wdowy po nas. Cmentarze i wszechobecne nagrobki to niepodzielnie panujący w stolicy Kierkegaardu Kirkucie trend architektoniczny. Ale niech Was nie przerażają mroczne rytuały, które odprawiane są przez kapłanów Morii. Nie bójcie się rozszarpania żywcem przez dziki tłum w ramach Mordu kończącego tydzień pracy. Nie bójcie się dopóki nie jesteście starzy i chorzy. Wtedy raczej na sto procent traficie na listę loteryjną, a później wasze ciało zostanie rozerwane na drobne cząsteczki, które zostaną zabrane na pamiątkę. Nie bójcie się tego. Bo wbrew pozorom „Decathexis” nie jest książką ponurą i smutną. Te wszystkie rytuały, tortury i obrzydliwości mają za zadanie uświadomić żyjącym, że żyją! I nawet oblizywanie stóp rozkładającemu się trupowi, jest w jakiś sposób chorą, wypaczoną afirmacją życia. Bo wbrew pozorom w tym świecie naznaczonym śmiercią ludzie trzymają się życia i choć nie jest to powiedziane wprost, to lubią życie. Boją się do tego przyznać, bo w końcu mają tradycję, tysiącletnie rytuały, które do tej pory się sprawdzały. Na szczęście idzie nowe! Nauka i postęp cywilizacyjny głoszący upadek starego, okrutnego systemu! Światłość i para zawładną królestwem Kierkegaardu, a zabobon i ciemnota odejdą w zapomnienie! Na czele zmian stoi młoda królowa, która przy pomocy zakochanego w niej młodego tanatologa Jona Pendergasta wprowadzi królestwo na drogę postępu i cywilizacji. Jednak zaplute karły Morii nie śpią i szykują bardzo niemiłą niespodziankę postępowcom.
Książka jest świetna! Czytało mi się bardzo dobrze. Bawiłem się setnie poznając szalone pomysły autora dotyczące wykorzystania różnego rodzaju mitów, legend, religii w stworzeniu świata Kierkegaardu. Świetny język, bardzo plastyczny i sugestywny odmalował mi świat, w którym po ulicach paradują dżentelmeni niczym w wiktoriańskiej Anglii, a jednocześnie na placyku miejskim odbywa się egzekucja w stylu prymitywnego plemienia. Obrazy tortur, gnijących ciał, morderstw były bardzo wyraziste, jednocześnie napisane w taki sposób, że nie odrzucały zbytnio. Zresztą książka to solidna mieszanka horroru, kryminału, powieści przygodowej, powieści fantasy i Bóg wie czego jeszcze. Wyszło to książce na dobre, ale daje się odczuć, że to jest bardzo silny miks.
Nie jest jednak tak, że książka „Decathexis” nie jest pozbawiona wad. Czego mi brakowało? Zakończenie! Troszkę mnie rozczarowało, nastąpiło zbyt szybko i co prawda dało otwarcie na następny tom i kontynuację przygód Pendergasta, ale było zbyt oczywiste i trochę nachalne wręcz. Zresztą do pewnego momentu wszystko rozwija się fajnie, dzieją się interesujące rzeczy i nagle wszystko przyspiesza. Zbyt przyspiesza. Ja chciałbym mieć okazję lepiej poznać Jona, poznać również fascynujący świat Kierkegaardu. Autor nie dał mi tej szansy w takim stopniu, w jakim chciałbym. Nie można mieć wszystkiego:)
Polecam gorąco! Ciekaw jestem następnego tomu, jeśli się pojawi. I jeszcze raz dziękuję Cedro:)
Opublikowany w Książki | Otagowane: bibliotekarz, cmentarze, decathexis, fantastyka, flaki, horror, horror story, horror story reborn, kierkegaard, kirkut, książka, literatura polska, literatura polska XXI wiek, morderstwa, moria, recenzja, tortury, trupy, łukasz śmigiel, śmierć, żywe trupy | Zostaw Komentarz »
Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Listopad 2011

Jacek Dukaj "Król Bólu"
Mam problem z czytaniem. Otóż za dużo tych książek jest! Pałętają się wszędzie, nowości, klasyki, arcydzieła i szmirowate, kiczowate powieści, które chciałoby się czytnąć, wchłonąć, poznać. A tu jeszcze przydałoby się jakiś filmik obejrzeć, pójść na piwko, pojeździć na rowerze. I poza tym pracować… Life is too short… Nie załamuję się jednak i dzielnie podnoszę rękawicę i nadstawiam drugi policzek okrutnemu losowi, który zmusza mnie do podejmowania coraz trudniejszych wyborów.
Jacek Dukaj – na blogu pisałem o „Xavrasie” i „Wrońcu”, jeśli klikniecie to zrozumiecie, że pisałem praktycznie same peany:) Inne jego opowiadania i powieści czytałem wcześniej, więc nie ma po nich śladu na blogu. Odczucia pozostawiły po sobie bardzo pozytywne.
Jakie wrażenia po „Królu Bólu”, najnowszym zbiorze opowiadań? No cóż, wrażenia są mieszane. Po pierwsze primo chciałem nadmienić, że „Król…” leżał u mnie na półce już od wakacji. Podczytywałem go sobie w wolnych chwilach, ale odłożyłem na dłużej, bo nie mogłem przebrnąć przez pierwsze opowiadanie pod tytułem „Linia oporu”. Po drugie primo, w tym opowiadaniu Dukaj naprawdę popłynął. Niczym Chruszczow, który zaczął napieprzać butem w siedzibie ONZ podczas przemówienia w okresie kryzysu kubańskiego. Zwyczajnie nie mogłem tego czytać. Zero fabuły, bełkot – co prawda świetnie wystylizowany – jednak nie zmienia to faktu, że dla mnie to był bełkot. Po trzecie primo ultimo udało mi się jednak przełamać wstręt i czytanie wznowiłem, z czego jestem ogromnie zadowolony i proszę o nagrodę szanowną komisję d/s mobilizacji czytelniczej.
Na szczęście podczas dalszej lektury było już lepiej. Opowiadania „Oko potwora” nie dało się nie porównać do lemowskiej fantastyki. Statki kosmiczne ze stosami atomowymi, członkowie załogi znani tylko ze względu na swoją funkcję. Kosmos jakiego nie powstydziłby się Lem. Ponadto świetnie oddana atmosfera paranoi, podejrzliwości, klaustrofobii jaka musiałaby panować na takich statkach kosmicznych. Wszystkie te plusy przysłania jeden minus. Otóż Dukaj znów zaczyna popadać w nadmierne filozofowanie i całe fragmenty tego opowiadania znów stają się filozoficzną kupą słów, dla mnie osobiście nie do strawienia. Prosty ze mnie człowiek i proste lubię przyjemności.
Tytułowy „Król Bólu i pasikonik” to Dukaj, którego lubię. Świetnie opisana Ziemia, która podzieliła się na strefy, których nie można przekraczać, ze względu na różnice w DNA mieszkańców. A wszystko przez bioterroryzm. Dukaj znów zachwycił ogromem wyobraźni i rozmachem opisywanego świata. Czytając miałem wrażenie, że czytam opis bardzo prawdopodobnej przyszłości ludzkości. Zresztą Dukaj we wszystkich swoich opowiadaniach poruszył problem przyszłości ludzkiego gatunku. Zarówno jeśli chodzi o rozwój technologii i nauki jak i sferę filozoficzną i egzystencjalną, oraz wszelkie implikacje społeczne, które rozwój danej technologii ze sobą niesie. Czytanie opowiadań Dukaja nie pozostawia nam wątpliwości, że pan pisarz sporo nad tym główkował i główkuje dalej. A zasób wiedzy, jaki wydaje się posiadać daje mu do tego główkowania pełne usankcjonowane prawo.
„Aguerre w świcie” to również świat napisany z rozmachem, drobiazgi i szczegóły życia społecznego, obyczajowego przytłaczają i wszystkie opisane rzeczy zdają się mieć sens i swoje miejsce w świecie stworzonym przez Dukaja. Niestety tak jak w poprzednich opowiadaniach autor znów dryfuje w stronę przedziwnych konstrukcji logicznych i filozoficznego. Można się zgubić, ale nie trzeba. Opowiadanie mimo dryfowania świetne.
„Szkoła” opowiadanie to napisał Dukaj mając lat dwadzieścia. Ech, zazdrość tak potężnie Charliem targnęła, że mało co nie zadławiłem się herbatką jak się dowiedziałem o tym fakcie. Świetne, mocne, przez większą część niemal społecznikowskie opowiadanie o slumsach i niedoli dzieci z faveli. Ale końcówka powala i miażdży. I znowuż pomysł genialny i błyskotliwy.
„Serce mroku”. Oglądaliście „Czas Apokalipsy”? Czytaliście „Jądro ciemności”? Zakładam, że tak. Bo przecież blog Charliego elitarnym jest i sama śmietanka internetowego towarzystwa tutaj zagląda:D Trudno więc, żeby ta śmietanka nie znała tak oczywistych pozycji w kulturze i popkulturze. „Serce mroku” utrzymane jest mocno w temacie dwóch wymienionych wyżej tytułów. Zresztą gra słów z nazwą powieści Josepha Conrada oczywista:) Tylko zamiast kongijskiej dżungli, mamy dżunglę obcej planety. A zamiast Marlowa mamy nazistę z Astro Corps. Trzecia Rzesza w kosmosie? Niezły absurd. Mnie się podobało:) Dobre, ciężkie opowiadanie. Czułem duchotę i obcość planety Mrok. Nawet czułem sympatię do nazisty wędrującego przez nieznaną dżunglę, by uciszyć Polaka, który oszalał i nadawał dziwaczne sygnały ze środka Piekła (dziś trzeba uważać, na to co się pisze i dlatego oświadczam, że sympatia nie była znów taka wielka, raczej maciupeńka).
„Crux” można powiedzieć, że opowiadanie z naszego podwórka, bo i o Polsce i takie zabawne wręcz. Radosna i przyjemna chwila wytchnienia po ciężkich klimatach poprzednich opowiadań. Czytało się dobrze, ironia i humor skrzyły się bardzo wyraźnie i pomysł również fantastyczny. Dukaj w wersji soft albo light. Jak kto woli.
„Piołunnik” też z naszego podwórka. Klimat dosyć interesujący. Służba Bezpieczeństwa, osiemdziesiąty szósty rok. Wybuch w Czarnobylu i zmarli powstający z grobów, lasów, pól. I jeden wódz rewolucji wie skąd jeszcze. A we wszystko to wplątany kapitan SB, co to miał misję jechać do Krakowa, na Wawel. I w razie gdyby nasi wielcy królowie i wodzowie powstali z umarłych strzelić im po kuleczce w potylicę. Ech te komuchy i ich metody rozwiązywania problemów. Opowiadanie również przyjemne i bardzo dobrze się czytało.
Cóż można rzec o całym zbiorze? To co napisałem na początku – wrażenia mieszane. Z jednej strony zachwyca ogromna i szalenie ciekawa oraz płodna wyobraźnia pisarza. Z drugiej raziła mnie maniera filozofowania i zbędnego ględzenia. Jestem jednak zadowolony, że skończyłem „Króla Bólu”. Mogę z czystym sumieniem rzec, że Dukaj jest jednym z najciekawszych pisarzy science-fiction w Polsce i nie tylko.
Opublikowany w Książki | Otagowane: aguerre w świcie, antologia, crux, dwudziesty pierwszy wiek, fantastyka, Jacek Dukaj, król bólu, król bólu i pasikonik, książka, linia oporu, literatura polska, literatura polska dwudziesty pierwszy wiek, oko potwora, opowiadania, piołunnik, recenzja, science - fiction, serce mroku, szkoła | Komentarzy: 6 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Sierpień 2011

Harry Harrison "Wojna z robotami"
Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.
Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

Bender
Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.
BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!
Opublikowany w Książki | Otagowane: antologia, bender, biblioteka, cybernetyka, fantastyka, futurama, harry harrison, Książki, literatura amerykańska, polska, recenzja, roboty, s-f, science - fiction, wojna, wojna z robotami, zbiór opowiadań | Komentarzy: 3 »
Posted by charliethelibrarian w dniu 6 Lipiec 2011

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald..."
Ach! Rycerzem być, turnieje, białogłowy, miecze, zbroje, konie w zbrojach, miecze, krew, odcinane głowy, białogłowy, szacunek ludzi gościńca, czy wspomniałem już o białogłowach? To wszystko mieli w średniowieczu ludzie pasowani na rycerzy. Honor, męstwo, duma, kodeks rycerski, chanson de geste, szlachetność. Roland, Zawisza Czarny, Ryszard Lwie Serce, król Artur. To były ikony swoich czasów. Kolesie do których wzdychały wszystkie panienki.Taki obraz rycerstwa wśród większości ludzi współcześnie żyjących jest zakorzeniony.
Rycerz to miał klawe życie. Nauczył się za młodu napierdalać mieczem, toporem, kopią czy co tam było pod ręką, wyjechał na wojenkę i jeśli przeżył to się nieźle obłowił. A później tylko lansik na turniejach, jakaś tam dama serca, jakaś tam chusteczka i bujamy się od zameczku do zameczku.
Szczepan Twardoch w swojej książce, która została wydana w serii Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu” (Ta seria coraz bardziej mi się podoba, ale promocja tych książek jest kiepska jeśli nie powiedzieć żadna. A przecież czytałem z tej serii “Burzę” Parowskiego i książka ta podobała mi się bardzo) wracając do autora, otóż on nam trochę ten obraz rycerstwa obnaża, odziera z tego całego mitu, splendoru pokazując, że chodzi o zabijanie. Oczywiście nie on pierwszy i nie on ostatni. Twardoch zrobił to naprawdę świetnie. Widać i czuć podczas lektury, że człowiek ten włożył ogrom pracy w książkę.
Krótkie wprowadzenie co do istoty fabuły: historię swojego życia czy też żyć opowiada nam Paszko, bękart króla Kazimierza Wielkiego i jakiejś tam niemieckiej mieszczki. Otóż ten Paszko zginął pod Grunwaldem ale nie poszedł ani do raju, ani do piekła. Został skazany na Przezwieczne bytowanie. Otóż Przezwieczne bytowanie polega na tym, że Paszko przeżywa wszelkie możliwe wersje historii świata. Wszelkie strumienie alternatywnych rzeczywistości Paszko doświadcza. I tutaj Twardoch pokazał kunszt – jego książka jest inna niż “tradycyjne” historie alternatywne. Dzięki Paszkowi poznajemy naprawdę fascynujące światy, w których dzieje się wszystko. I choć są one tylko tłem do głównej historii życia Paszki to spokojnie większość z nich nadaje się do zrealizowania w formie całych książek. Dodatkowo Paszko opowiada jeszcze o świecie, w którym dwa kraje, dwa narody, sąsiedzi od stuleci toczą ze sobą wojnę bez końca i bez rozstrzygnięcia. To Matka Polska i Niemcy. Mit naszej odwiecznej walki z Niemcami przeniesiony nie wiadomo do jakiej wersji historii. Totalnie odjechana wizja – Matka Polska to ziemia, to dworki szlacheckie, to łąki płaskie i jej dzieci, które słuchają tylko jej Rozkazu, na Rozkaz ten umierają i na Rozkaz powoływani są do życia. Niemcy z kolei to Blunt, to krew, to gotyckie zamczyska z mózgami, to fabryki żołnierzy. Tak się ścierają te dwie potęgi, które zdominowały cały świat i żadne z nich nie wygra bo pokonanie przeciwnika oznaczałoby utratę sensu istnienia i racji bytu.
Wracając do “oryginalnej” wersji żywota Paszki. Otóż nie miał chłopak łatwo. Bo choć był królewskim synem to miał takiego pecha, że Kazimierz wyciągnął kopyta zanim niemiecka mieszczka się zorientowała, że król nie tylko jej “dotknął” ale też zostawił po sobie pamiątkę. Biedna matka Paszki została skazana na żywot dziwki w krakowskim burdelu, Paszko dorastał wśród kurew, nieszczęścia, zła i ogólnie patologii totalnej. Ale, że był dzieckiem znajdował czasem i dobre chwile. Po śmierci matki, został wysłany do Niemiec, gdzie zaopiekował się nim mistrz szermierki. I Paszko jak dorósł to wrócił do Krakowa bo bardzo, ale to bardzo chciał zostać rycerzem. Czuł, że to jego przeznaczenie, że należy mu się to z racji królewskiego pochodzenia. Niestety nie udało mu się. Nie lubił on (tak eufemistycznie powiem) Polaków i nie lubił Niemców. Wśród każdej z tych nacji czuł, że jest obcym, mieszańcem i nigdy nie osiągnie wysokiej pozycji społecznej i nie zdobędzie szacunku. Dlatego z zemsty, pod Grunwaldem zabijał walczących po obu stronach. I zginął i trafił w Przezwieczne bytownie. To w takim mocnym skrócie.
Historia Paszki to opowieść niosąca uniwersalne przesłanie – ludzie to zwierzęta i zawsze będą zabijać. Zabijać innych, zabijać wrogów, zabijać przyjaciół. Zabijanie jest naszym pierwszym i najważniejszym instynktem. Twardoch kreśli świat okrutny, świat, który w każdej wersji jest przejebany. Bo taka jest natura ludzka i nic tego nie zmieni.Paszko często zwraca się do nas, do ludzi z naszej rzeczywistości, bo my jesteśmy jego słuchaczami. Oto co mówi o zabijaniu:
“Wielu z was wyobraża sobie zabijanie i umieranie jako wyjątkowe sprawy. A ja wiem, że w tym nie ma nic wyjątkowego, umieranie jest jak oddychanie, chodzenie, jak picie i żarcie, i sranie, jak kopulacja i lektura książek. Normalnie, umiera się. Śmierć nie jest niczym wyjątkowym.”
Twardoch odwalił kawał niezłej i na pewno mrówczej pracy. Paszko często mówi w średniowiecznej polszczyźnie. I jest to świetne doświadczenie, tak sobie przeczytać jakiś fragment w takim języku napisany i domyślać się co ten tekst znaczy. Jednak czasem przesadzał i za dużo tych fragmentów było. To jedyny mój zarzut jeśli chodzi o lekturę tej książki.
Generalnie polecam bardzo, książka nie jest na pewno żadną szybciutką lekturką na wakacje ale jest warto poświęcić jej uwagę.
Opublikowany w Książki | Otagowane: fantastyka, grunwald, historia alternatywna, książka, literatura polska, narodowe centrum kultury, nck, niemcy, polska, powieść, recenzja, seria, szczepan twardoch, wieczny grunwald, wieczny grunwald : powieść zza końca czasów, zwrotnice czasu | Komentarzy: 5 »