Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘bibliotekarz’

Mariusz Kaszyński “Rytuał”

Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Luty 2012

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

 Jak wspominałem przy “Tańcu…” wreszcie mam czas zająć się książkami leżącymi odłogiem. “Rytuał” zacząłem czytać przed moim karnawałem z Martinem i teraz postanowiłem dokończyć.

Co mamy moi drodzy w tym horrorze? Grupkę pracowników jednego oddziału banku, którzy zaczynają ginąć w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach przyrody i nie tylko. Dlaczego giną? Czy powodem jest zemsta zza grobu, psychopata czający się gdzieś w mroku, a może krasnoludki, które wreszcie przestały sikać do mleka i zajęły się poważniejszą robotą? Nie powiem Wam, choć szczerze mówiąc sprawca morderstw praktycznie zaraz się ujawnia i jeśli był jakiś element zaskoczenia i napięcia to ja go przegapiłem. Dobra powiem Wam, to pradawny Zły, który żre ludzi od tysiącleci i ma nas za pokarm i plugastwo. Nie ma tutaj praktycznie żadnej zagadki i nastroju grozy. Wszystko takie schematyczne i przewidywalne. No, może okoliczności przyrody są w miarę ciekawe. Choć niektóre zgony są mocno naciągane (koty, które zadrapały młodą kobietę na śmierć? Serio?!). Ale mamy przecież do czynienia z potężnym Złym, który lubi krwawe porachunki i to akurat mię cieszyło. Było bowiem całkiem sporo krwi i flaków, dość barwnie opisanych.

Główny bohater Grzegorz Natanowski mnie irytował. Facet ma przyjaciółkę od dzieciństwa, przez młodzieńcze lata, a teraz nawet pracują razem i w ogóle się nie zorientował, że Renata jest napalona na niego jak Arab na kurs pilotażu. Co za matoł! Ale na szczęście później walczy ze Złym jak prawdziwy heros i załatwia paskudę, a nawet jego potomka:)

Książka nie była zła, ale nie była również dobra. Ot, do przeczytania na raz. W miarę dobrze napisana, kilka niezłych tekstów, kilka trafnych spostrzeżeń dotyczących współczesnej nam Polski, kilka literówek. Ogólnie taka obojętna. A to chyba źle, bo jak mawiał pewien apostoł, który podobno ostro eksperymentował z różnymi substancjami psychotropowymi, przed prawie dwoma tysiącami lat:

“Znam Twoje czyny, że ani zimny, ani gorący jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni ani gorący, ani zimny – chce Cię wyrzucić z mych ust.” (Ap. 3,15-16)

Ja mam wrażenia letnie po lekturze książki Kaszyńskiego. Ot, przeczytałem i znam. A za jakiś czas pewnie zapomnę. Ale okładka bardzo fajna.

 

P. S. Baj De Łej wczoraj minęły drei jahren od założenia mojego bloga. Jak ten czas szybko leci. A moja wątroba choć w strzępach to jednak jakoś się trzyma:) I szarych komórek jakby trochę mniej…

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Isaac Marion “Ciepłe ciała”

Posted by charliethelibrarian w dniu 16 Grudzień 2011

Isaac Marion "Ciepłe ciała"

Isaac Marion "Ciepłe ciała"

Będę szczery. Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej książki. Wręcz negatywnie sceptycznie. Przecież historia o zakochanym zombie nie może mieć sensu (tak jakby chodzące żywe trupy również miały sens). Uwielbiam tematykę zombie. Jestem fanem; głównie filmów, ale literaturą nie pogardzę również i w swym zadufaniu uważam się trochę za znawcę tematu. Może nie piszę za dużo o tym na blogu, ale obejrzałem wiele produkcji o żywych trupach. Zarówno tych należących do głównego nurtu jak i totalnie amatorskich badziewi. Dlatego nie mogłem przepuścić tak szeroko i pozytywnie komentowanej książki. Moje wątpliwości budził jedynie właśnie fakt silnej reklamy i dużego rozgłosu.

Wspominałem o moim sceptycyzmie, który był nacechowany mocno negatywnie. Otóż jestem świeżo po przeczytaniu książki. Mój instynkt mnie nie zawiódł. Książka śmierdzi. I to nie obrzydliwą zgniłą wonią rozkładającego się ciała żywego trupka. Śmierdzi przeciętnością, banałem, żenadą i romansem dla nastolatków, którym przejadły się zwyczajne i normalne seriale/książki o zakochanych dzieciakach. Teraz potrzebują zakochanych wampirów i zombiaka to się chyba nazywa, paranormal romance czy cuś. Nosz Dżizas, kurwa ja pierdolę. (Przepraszam najmocniej, alem się uniósł gniewem słusznym). Dobra, zrozumiałbym gdyby to miała być parodia tego rodzaju książek dla nastolatków. Ale ja w tej książce żadnej ironii, gry z czytelnikiem nie zauważyłem (no może poza tym, że trupek nazywał się R, jego miłość Julia:). Wręcz przeciwnie główny bohater (żywy trup), bierze wszystko ŚMIERTELNIE poważnie.

Mamy, więc zombiaka, który pamięta tylko tyle, że jego imię zaczynało się na R. R jak to inni żywi „Martwi” musi od czasu do czasu przekąsić mózgiem żywego człowieka. A bo to dobrze wpływa na gnicie, nie łupie go później w kręgosłupie i ogólnie gazy gnilne łatwiej się wypuszcza. Żywy, jeszcze cieplutki mózg to również niezła jazda. Prawie jak po grzybkach. „Martwi” spożywają go by, choć na chwilę przypomnieć sobie jak to jest mieć wspomnienia i czuć emocje. R nie jest typowym zombie. Nie chce jak wszyscy chodzić do Kościoła zombiaków, niechętnie poluje, (ale jak już to robi to jest najlepszy), słucha sobie w samolocie Franka Sinatry i ogólnie jak na gościa, któremu gnije mózg jest bardzo elokwentny i posiada spory zasób wiedzy. Podczas jednej z wycieczek obiadowych zjada mózg jakiegoś żołnierzyka. Po czym przyprowadza do siedziby „Martwych” żywą dziewczynę tegoż żołnierzyk. Od tego czasu R. zaczyna się zmieniać, Julie (to ta uprowadzona żywa dziewczyna) również dostrzega w nim „ludzia”, a nie tylko chodzące martwe ciało. W R. rodzą się już nie tylko larwy muchy plujki, ale również (uwaga będzie mocne słowo) UCZUCIA. I tak oboje rozpoczynają batalię o zmienienie świata, który jest skostniały w swej formie i skończony. Pragną dla wszystkich – zarówno dla ludzi i martwych ludzi: równości, wolności, przyszłości. Z domkami na przedmieściach, dobrą pracą, wakacjami na Florydzie i darmowymi kuponami do McBrainu. Nic nie wspominają o darmowym pochówku, ale martwym ludziom ten postulat chyba nie jest potrzebny do prawdziwego szczęścia. Książka kończy się oczywiście happy endem. Już widzę hicior kinowy z jakimś przystojnym aktorem w roli gnijącego amanta (to się na pewno dobrze sprzeda).  Już kręcą, a gnijącym amantem ma być niejaki Nicholas Hoult.

Po „Ciepłych ciałach” niczego się nie spodziewałem. Jedyną zaletą tej książki jest fakt, że bardzo szybko i w miarę dobrze się czyta. Pisarzowi nie mam nic do zarzucenia, jeśli chodzi o styl pisania. Ale cała ta historia jest dla mnie z mózgu wyssana. Jeśli chodzi o żywe trupy wolę te biegające, powłóczące nogami i jęczące „Brainzzzz! Must eat Brainzzzz!” Albo najlepiej tylko warczące. Nie chcę wykładu o miłości od kolesia, któremu gnije fiutek i śledziona wypada przez dziurę w brzuchu. Widocznie nie jestem już nastolatkiem, (co za odkrycie! Charlie zasługujesz na Nobel Prize) i stoję po stronie konserwy, która nie potrafi zaakceptować tego, że dwójka młodych ludzi, z czego jedno jest martwe, lecz na chodzie, może zapałać do siebie uczuciem gorącym jak w tragedii Szekspira. Zostawiam tę książkę nastolatkom. I muszę na odtrutkę obejrzeć dziś jakiś horror z zombie, które żrą ludzi, aż im (tym zombie) szczęki pękają.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Eduardo Mendoza “Brak wiadomości od Gurba”

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Grudzień 2011

Eduardo Mendoza "Brak..."

Eduardo Mendoza "Brak..."

 Wyobraźcie sobie, że jesteście kosmitami. Lądujecie na Ziemi swoim super wypasionym statkiem kosmicznym w okolicach Barcelony, na początku lat dziewięćdziesiątych. Jesteście czystą inteligencją. Możecie przyjmować dowolne kształty, jesteście nieśmiertelni i możecie telepatycznie porozumiewać się z między sobą. Jeden z Was, dajmy na to nazywający się Gurb wyrusza na rekonesans. Drugi czuwa w statku. Gurb z racji tego, że może przyjmować dowolny kształt staje się przedstawicielem gatunku istot rozumnych o imieniu Martha Sanchez i seksownych kobiecych kształt ach. Wsiada do pojazdu innego autochtona i ślad po nim ginie. Co robicie? Oczywiście, że natychmiast wyruszacie na poszukiwania. Nie znając terenu, okolicy i posługując się dostępnymi informacjami z bazy galaktycznej. Nie będzie łatwo, oj nie. Po pierwsze musicie zrozumieć tubylców. Tubylców, którzy chodzą na dwóch nogach, piją dziwaczne alkohole, jeżdżą prostymi w budowie, ale skomplikowanymi w obsłudze pojazdami, ogólnie robią mnóstwo dziwacznych i dla Was, jako przybyszów z obcej planety niezrozumiałych rzeczy. Musicie być przygotowani na szereg pomyłek, wpadek, wypadków oraz popełnianych na każdym kroku faux pau. Musicie się liczyć z tym, że będziecie mieć kaca, traficie do więzienia, zakochacie się w sąsiadce i będziecie biegać w nartach po głównym deptaku Barcelony. Miasta, które właśnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich. Naprawdę liczcie się z tym, że droga do odnalezienia Gurba będzie długa, kręta, wyboista (to dzięki Katalońskiemu Przedsiębiorstwu Robót Publicznych) i być może nie będzie miała końca.

Jeśli mówią, że śmiech to zdrowie, to lektura tej książki winna być wypisywana na receptę:) Uśmiałem się setnie. Mendoza świetnie operuje groteską, absurdem i humorem. Ta dość cienka książka, którą czyta się bardzo szybko to świetna rozrywka i zabawa. Mendoza kpi i śmieje się z Katalończyków, społeczeństwa i ogólnie z ludzi. Właściwie kosmitę mógłby z powodzeniem zastąpić przybysz z innego kraju, ale wtedy nie mógłby przyjmować postaci Ojca Świętego Piusa XII w celu wzbudzenia zaufania. Cała książka składa się z wielu perełek ironii i groteskowego humoru: na przykład scena podrywania sąsiadki z góry za pomocą metody „pożycz cukier”. Absurd na absurdzie, absurdem pogania, napisany w ten sposób to coś, co Charlie lubi najbardziej. I wbrew pozorom mimo tej całej iście monthy pythonowskiej konwencji Mendoza pokazał mi Barcelonę (z początków lat dziewięćdziesiątych) i ludzi w niej mieszkających lepiej niż niejeden przewodnik. Dowiedziałem się na przykład co to są churros. Polecam gorąco każdemu tę książkę. Polakom, Europejczykom, Niemcom, Hiszpanom, Katalończykom czy też mieszkańcom rodzinnej planety Gurba. Świetna zabawa gwarantowana.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Dashiell Hammett “Szklany klucz”

Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Grudzień 2011

Dashiell Hammett "Szklany klucz"

Dashiell Hammett "Szklany klucz"

Zacząłem. Zacząłem po kryminalnej konferencji bibliotekarzy czytać kryminały.  Dokładniej jeden. Klasyk. Mocny. Zadymiony. Z kapeluszem i whisky oraz cygarem w zębach (taki  był klasyk, ja go tak nie czytałem: po pierwsze nie palę, a od whisky wolę czystą wódkę; ot takie skrzywienie narodowe). Klasyk napisany przez ojca chrzestnego czarnego kryminału. Dobrze zrobiłem, że zacząłem. Intrygę przed czasem rozwiązałem. Wiedziałem kto zabił zanim główny bohater wykrzyczał to w twarz mordercy. Miałem obawy co do sposobu w jaki  mój organizm zareaguje na klasyka czarnego kryminału. Czy nie będzie to zbyt klasyczne danie (to wciąż po „Grillbarze…” mam takie skojarzenia kulinarne). Nie było. Było dobre.

Ameryka czasy prohibicji. Skorumpowani politycy, nielegalne lokale sprzedające kiepski alkohol. Fortuny rodzące się z przemytu i pędzenia podejrzanego bimbru. Hazard, dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Wybory za pasem, lokalny boss półświatka i prominentny biznesmen popiera w wyborach senatora. W tajemniczych okolicznościach ginie syn owego senatora. Ned Beaumont przyjaciel i pracownik bossa postanawia odnaleźć mordercę. Po drodze zostaje pobity, kończy wieloletnią przyjaźń, zostaje zastępcą prokuratora, wygrywa na wyścigach, staje się przyczyną samobójstwa, wypija morze whisky i wypala z kilkadziesiąt cygar. Wszystko to z ironicznym uśmiechem na ustach. Twardy, męski, bezwzględny, przebiegły i inteligentny. Ned nie jest postacią do końca pozytywną. W końcu robi w półświatku. Niejeden grzech i grzeszek ma zapewne na swym sumieniu. Ale czułem do niego sympatię, choć momentami postępował irracjonalnie (wtedy tak mi się wydawało). On miał jednak plan. Przeprowadził go i wykrył sprawcę morderstwa. Na koniec wyprowadził się z bezimiennego amerykańskiego miasta w poszukiwaniu nowych przygód.

To była dobra książka. Ciekawa i dobrze napisana. Klimaty Ala Capone, Niewidzialnych, czy też jednego z moich ulubionych seriali „Zakazane Imperium”. Mężczyźni pachną whisky i fajkami, biją się na pięści, a jednocześnie potrafią być dżentelmenami. Szalone i mroczne lata trzydzieste.

Dasheill Hammett to jeden z twórców, prekursorów i filarów gatunku czarnego kryminału. Dobrze, że zacząłem od jego książki. Na pewno na „Szklanym kluczu” się nie skończy. Polecam książkę nie tylko miłośnikom kryminałów, ale czytelnikom, którzy do tej pory kryminał raczej omijali z daleka (normalnie sam nie wierzę, że to piszę:).

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Stanisław Lem “Szpital przemienienia”

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Grudzień 2011

Stanisław Lem "Szpital..."

Stanisław Lem "Szpital..."

Coraz bardziej wsiąkam i zanurzam się w Lemie. Skończyłem właśnie jego pierwszą książkę napisaną ponad sześćdziesiąt lat temu. U Lema nie ma znaczenia jak dużo wody w Wiśle upłynęło, jego proza wciąż się podoba, wciąż intryguje i zmusza do zastanowienia się nad naszym życiem, krajem, światem, losem. „Szpital…” to historia młodego lekarza, który zostaje zatrudniony w sanatorium dla psychicznie chorych, gdzieś na świętokrzyskim zadupiu. Niby nic takiego, ot młody pan doktór i jego pierwsza posada. Jednak Stefan Trzyniecki rozpoczyna pracę w kraju, przez który właśnie przeszła zawierucha wojenna. I w tym kraju, który utracił niepodległość i uległ niemieckiemu okupantowi istnieje szpital dla wariatów, który zdaje się być punktem zawieszonym w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Owszem plotki o łapankach i wywózkach dochodzą do pracowników. Traktowane są jednak jako przerażające i odległe echa innego świata. Znacznie bardziej dają się we znaki trudności z zaopatrzeniem szpitala w leki i jedzenie. Poza tymi ograniczeniami życie w sanatorium płynie „normalnym” i „zwyczajnym” trybem. O ile można użyć takich słów w przypadku domu wariatów. Stefan jest bystrym obserwatorem i wraz z nim poznajemy zarówno personel szpitala, który stanowi dość szerokie spektrum różnorakich osobowości, od doktora Kautersa, który trzyma książki oprawione w skórę z wewnętrznej strony kobiecych ud, po doktora Marglewskiego, usilnie starającego się wykazać, że geniusze to w istocie szaleńcy. Pacjentów tego ośrodka również poznajemy dzięki Stefanowi. Różni wśród nich są wariaci. Czy też bardziej poprawnie psychicznie chorzy. I tak mijają nam dni. Wraz ze Stefanem dyskutujemy z poetą Sekułowskim na temat życia, człowieczeństwa, wiary, sztuki. Wszystko toczy się zwyczajnie, aż do wstrząsającego i makabrycznego końca. Końca, który zafundowali obłąkanym Niemcy. Lem oddał mistrzowsko atmosferą ostatniej nocy przed przyjazdem plutonu egzekucyjnego. Chaos, panikę, Armagedon w szpitalnych salach. Rozpaczliwe próby ratowania bardziej „zdrowych”. Bezsilność w obliczu śmierci, przerażenie i strach przed agonią. Tchórzostwo i bohaterstwo okazane przed oprawcami. Ostatnie kilkanaście stron powieści to istne pandemonium.

Lem okazał się dla mnie świetnym pisarzem realistycznym. Scena operacji na otwartym mózgu została oddana tak wiernie i plastycznie, że dosłownie stanęła mi przed oczami. Dodatkowo piękny i interesujący styl pisania.

„Potem w biel przesączyło się nieco złota; nastąpił niepokój, potworzyły się perłowe wiry, aż tuman chmur rozciągnął się po horyzont, ścieńczał, opadł, a z pękających chmur łysnął dzień, lśniący jak nagi owoc kasztanu”.

Piękne czyż nie? Było takich opisów świata znacznie więcej.

Nie sposób mówić o tej książce i nie wspomnieć faktu, że Lem napisał ją w 1948. Było to tuż przed ogłoszeniem socrealizmu głównym i jedynie słusznym prądem artystycznym. Lem opowiadał później, że został zmuszony do napisania dalszych części, które nie będą tak kontrrewolucyjne i będą zawierać więcej elementów słusznej walki klas. I tak „Szpital przemienienia” stał się pierwszym tomem trylogii „Czas nieutracony”. Lem stanowczo odciął się później od dwóch tomów i zabronił ich wydawać. Ja mam wydanie z 1955 gdzie jest trylogia. Przeczytam sobie z czystej ciekawości, co też mistrz i jego krytycy tam nawypisywali. Bo „Szpital przemienienia” uznany został za książkę zbyt wywrotową i godzącą w socjalizm. Nic dziwnego, skoro Lem pisze (wkładając słowa w usta Sekułowskiego): „[…] a jeżeli chodzi o teorie rewolucyjne, nędzarze nie mają czasu na takie rzeczy. Tym się zawsze zajmowali renegaci pasibrzuchów. Ludziom jest zresztą zawsze źle.” Jak można tak pisać w czasach, gdy rewolucja socjalistyczna buduje Nową Polskę. Zresztą książkę Lemowi wydali dopiero po siedmiu latach.

Zamierzam również przypomnieć sobie film Edwarda Żebrowskiego „Szpital przemienienia”. Pamiętam go jak przez mgłę.

„Szpital przemienienia” to książka napisana z klasą. Kto zna późniejsze książki Lema, nie będzie w żaden sposób zawiedziony czy rozczarowany. Jest książką inną od późniejszych, ale widać w niej światły i niezwykły umysł pana Stanisława. Polecam gorąco.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

Eugeniusz Zamiatin “My”

Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Grudzień 2011

Eugeniusz Zamiatin "My"

Eugeniusz Zamiatin "My"

Sięgnąłem do źródeł. Czasem tak trzeba. Sięgnąłem do źródeł antyutopii czy też dystopii. Dystopia to opowieść o społeczeństwie, które mieni się być rajem lecz nim w rzeczywistości nie jest.  Najczęściej dystopijne światy przedstawione są jako światy całkowitej i permanentnej inwigilacji. Książka Zamiatina uznawana jest za modelową i dodatkowo pierwszą powieść dystopijną. Co prawda znalazłem szperając po sieci informacje o innych książkach. Na przykład Jack London (tak ten od „Zewu krwi”) napisał w 1909 roku książkę „Iron Heel” opowieść o Stanach Zjednoczonych rządzonych przez oligarchiczną  tyranię. Herbert George Wells również miał spory udział w tworzeniu powieści, które mogą zostać uznane za dystopie. Jego „Współczesna utopia” czy też, „Kiedy śpiący budzi się” to książki będące podwalinami gatunku fantastyki antyutopijnej. Tak się, bowiem złożyło, że większość powieści antyutopijnych dzieje się z reguły w przyszłości, albo dalekiej, albo bliskiej. Wracając do Zamiatina jego książka została wydana w roku 1920 na Zachodzie i od razu stała się wielkim hitem. Uznawana jest za źródło inspiracji dla Huxleya i Orwella. Dystopijne powieści zakładają od razu, że światy i społeczeństwa w nich przedstawione są złe. Gra pozorów, że jest dobrze i wszyscy są szczęśliwi maskuje w rzeczywistości ogrom niesprawiedliwości i zła. Zamiatin w swej książce poszedł inną drogą lub wytyczył ścieżkę, którą później inni w pewien sposób podążali albo odeszli od niej zupełnie. Chciałem napisać, że u Zamiatina ciężko jest jednoznacznie określić, co jest złe, a co jest dobre. Pokrótce:

Wyobraźcie sobie Państwo Jedyne, które zapewnia swoim obywatelom pożywienie (w stu procentach ekologiczne, przy produkcji, którego nie cierpi żadne stworzenie). Państwo Jedyne dające dach nad głową z niezniszczalnego materiału KAŻDEMU z jego obywateli. Darmową edukację na bardzo wysokim poziomie i pracę dla każdego. Państwo Jedyne dające swoim obywatelom nowoczesną naukę, możliwość zdobywania wiedzy w nieskończoność, racjonalne podejście do życia, bez zbędnych zabobonów religijnych. Zastanówcie się czy nie tego oczekujemy od naszych państw? Oczywiście wszystkie te wygody dostaje obywatel w zamian za… Zawsze jest jakieś ale… W tym przypadku, ALE, to zrezygnowanie z prywatności i dostosowanie się do ogółu. W Państwie Jedynym prywatność istnieje tylko przez kilkanaście minut, gdy ludzie o określonej godzinie spuszczają zasłony na odbycie aktu seksualnego. Przez pozostały czas mieszkańcy i obywatele Państwa Jedynego żyją w przejrzystych pomieszczeniach zbudowanych z niezniszczalnego szkła. Co jeszcze musi oddać obywatel Państwu Jedynemu? Żadnych podatków nie płaci. Państwo utrzymuje się dzięki super technologii i pracy swoich obywateli. W Państwie nie ma pieniędzy, wszyscy mają po równo dóbr doczesnych i równy dostęp do nich. Istnieje sztuka, muzyka, literatura z tymże jest to sztuka matematycznie doskonała. Żadne tam wytryski geniuszu wszystko jest uzasadnione wzorem. Jest, więc piękne, doskonałe i skończone. Idealne społeczeństwo, które wierzy w naukę, matematykę, wszyscy za wszystkich i wszyscy za Jedyne Państwo. Nie ma przemocy domowej, nie ma przestępczości, nie ma prostytucji, nie ma alkoholików, narkomanów, nałogowych palaczy, ludzie żyją dłużej pracując dla dobra Państwa.  Jednocześnie istnieje pamięć o burzliwych czasach starożytnych (czyli czasach współczesnych Zamiatinowi). Czasach zupełnie niezrozumiałych dla ludzi, którzy nie pojmują jak społeczeństwo mogło funkcjonować nie będąc społeczeństwem idealnie zespolonym, zgranym i posiadającym ściśle określony rytm dnia. W Państwie Jedynym wszyscy robią wszystko o określonej z góry godzinie. WSZYSYCY obywatele w tym samym czasie jedzą, w tym samym czasie kopulują, spacerują, w tym samym czasie mają godzinę dla siebie (Państwo Jedyne wciąż walczy o zniesienie indywidualności, ale na musi iść na pewne ustępstwa) Indywidualność jest niemile widziana, dlatego obywatele nie mają imion i nazwisk mają numery. Poznajemy Państwo Jedyne z zapisków Głównego Konstruktora Integralu (czyli statku kosmicznego, który ma zanieść na wszystkie planety dobrą nowinę). Główny Konstruktor D-503 postanawia spisać Dobrą Nowinę innym rasom i gatunkom we Wszechświecie, pragnie wyjaśnić im jak funkcjonuje Państwo Jedyne. Już na samym początku zaznacza, że nie jest poetą a inżynierem, co widać po stylu jego pisania. Z jego zapisków poznajemy Państwo Jedyne, poznajemy jego przywódcę DOBROCZYŃCĘ, który jest wybierany co roku w wyborach jawnych, powszechnych i jednomyślnych. Państwo Jedyne nie jest jednak jeszcze doskonałe, dlatego zdarzają się w nim elementy niedostosowane. A takie jednostki społecznie zbędne mają za zadanie wyłapywać Opiekunowie. Specjalna klasa obywateli będących wiecznie w stanie czujności i podsłuchująca wszystkich. I właśnie taki element: kobietę o numerze I-303 poznaje D-503. I tutaj zaczyna się jego gehenna i zjazd w dół. Zaczyna budzić się w nim dusza, a co najgorsze zakochał się w I-303. Zaczyna postępować irracjonalnie i emocjonalnie. Doprowadzi to do wielu wypadków, które zachwieją podstawami Państwa Jedynego, gdyż I należy do „ruchu oporu”, który pragnie zniszczyć Państwo Jedyne. Zniszczyć nie dając nic w zamian. „Ruch oporu” czyli tak zwani „Mefi” (pewnie od Mefistofelesa) to ludzie pochodzący zza muru otaczającego Państwo Jedyne. Pragną zniszczyć ustrój, by przejąć władzę. Nie mają żadnej alternatywy dla obywateli Państwa Jedynego, wręcz przeciwnie pragną pogorszania ich losu. Czyli nie są żadną lepszą frakcją, po prostu są inni i pragną władzy. D-503 zostaje uwikłany w bunt, ale… Nie będę Wam za dużo zdradzał z fabuły.

„My” nie jest łatwą książką. Głównie ze względu na specyficzny styl pisania, urwane zdania, myśli. Zapiski inżyniera często zmuszają do zatrzymania się i uważnego przyjrzenia jego słowom. Wielu rzeczy trzeba się domyślać i wysnuwać wnioski. „My” jest również książką obfitującą w nawiązania do różnych dzieł literatury. Bardzo dużo znajduje się odniesień do „Biblii”. Gdy czytałem „My” odniosłem wrażenie, że Zamiatin stworzył świat, który powoli staje się naszym światem. Coraz częściej oddajemy w ręce państwa naszą prywatność w imię bezpieczeństwa, spokoju czy wygody. Pragniemy, aby nasze społeczeństwo było bezpieczne, zrównoważone, bogate. Żeby nie było głodu, chorób, przemocy, a tych zjawisk nie ma w Państwie Jedynym. Ale idea i wizja Państwa Jedynego stworzona przez Zamiatina wywołuje u mnie natychmiastowy odruch obronny. Czy chodzi o fakt, że trzeba oddać swoją indywidualność, swoją osobowość dla dobra ogółu? Jest tam fragment o maszerowaniu wszystkich w jednym zgodnym rytmie, wszyscy są ogoleni na łyso i poruszają się jak jeden organizm. Przypomniała mi się scena z “Metropolis” Fritza Langa. Ta scena z maszerującymi robotnikami idealnie oddaje nastrój fragmentu. Przerażająca wizja. Wracając do odruchu obronnego. A może chodzi raczej o brak prywatności, żadnej chwili wytchnienia od oczu innych; które nie są wcale wścibskie. Obywateli Państwa Jedynego nie interesuje prywatne życie sąsiada, bo sąsiad takiego prywatnego życia zwyczajnie nie posiada. Idealnie prawda?

Czytałem sporo o tym, że Orwell mocno się wzorował na książce Zamiatina. Ale „My” jest inne od „Roku 1984” Orwella. Po pierwsze nie ma wyraźnej kasty rządzącej, nikt nie jest robolem, nikt nie czuje się lepszy ani gorszy. Wszyscy mają tak samo. Ewentualnie Opiekunowie mają inne funkcje od innych, ale to nie wiąże się z żadnymi przywilejami. Państwo Jedyne nie prowadzi żadnej wojny, bo nie ma z kim. Na całej planecie pozostało tylko Miasto otoczone Zielonym Murem. Nie ma tradycyjnej rodziny, są Normy Macierzyńskie. Dzieci wychowywane są w szkołach Państwa. W Państwie Jedynym panuje powszechny dobrobyt, nie fałszuje się historii mówi się tylko o głupocie i biedzie Starożytnych uważając Państwo Jedyne za twór społecznie doskonały.

Z innej beczki: dużo w tej książce jest kolorów. D-503 zwraca wielką uwagę na kolorystykę świata, słońca. Wiele wrażeń i uczuć odmalowanych jest kolorami. Czyżby inżynier mógł zostać malarzem? Nie dowiemy się tego nigdy.

Polecam tę książkę gorąco każdemu zainteresowanemu tematyką antyutopii. Można zobaczyć jak wiele z Zamiatina przenika do późniejszych książek z tego gatunku.

P. S. Zupełnie nie w temacie. Bibliotekarze uznawani są za ludzi spokojnych, cierpliwych, wyrozumiałych, bo mają niestresującą pracę i ogólnie nie mają powodów do zdenerwowania.

Chciałem tylko powiedzieć, że osoba, która tak OKRUTNIE, CHAMSKO, BEZCZELNIE pokreśliła egzemplarz książki Zamiatina,  pisząc dodatkowo durne i zupełnie pozbawione polotu komentarze na stronach tej książki będzie się smażyć w PIEKLE. Ja osobiście tego dopilnuję. Już my bibliotekarze mamy swoje sposoby. Dawno się tak nie wkurw…

Zupełnie zepsuło mi to lekturę pod względem wizualnym i intelektualnym.

Kallimach z Cyreny, bibliotekarz w Bibliotece Aleksandryjskiej w momencie, gdy ktoś mu poprzestawiał zwoje na półkach i zburzył porządek w jego Pinakes rzucał na złego czytelnika klątwę. Brzmiała ona mniej więcej tak:

„Obyś ty, który wstąpiłeś w te progi w poszukiwaniu światła mądrości, wiedzy i zrozumienia, który odwiedziłeś gmach, w którym króluje porządek i rozum ludzki, a któryś swym nikczemnym i niegodnym postępowaniem zburzył ten porządek. Obyś dostał biegunki nieustającej, połączonej z hemoroidami oraz przeraźliwym i wiecznym swędzeniem pięt twoich. Obyś nie zaznał nigdy snu sprawiedliwego u boku małżonki swojej, która chrapaniem swym mury burzyć będzie. Oby alkohol nie dawał ci radości, a kac po najmniejszym łyku piwa czy też wina objawiał się potęgą i mocą stada słoni afrykańskich biegnących przez wyschniętą na wiór sawannę. Kto bowiem świadomie przychodzi do gmachu uczoności i świadomie innym przeszkadza w podążaniu ścieżką prawdy i wiedzy ten zasługuje na wieczne męki w Hadesie.”

Siedzę teraz z gumką i ścieram te podkreślenia i bazgroły. Dobrze, że nie przyszło komuś do głowy używać długopisu – zabiłbym.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

The story of lonely bicycle wheel…

Posted by charliethelibrarian w dniu 5 Grudzień 2011

Rower to piękna maszyna. Rower to zbiór wielu, bardzo wielu części zarówno drobnych jak i większych gabarytowo. Te części i elementy muszą ze sobą idealnie współpracować, muszą być zawsze w najlepszym stanie i być gotowe na wszystko. Czasem jednak jakiś bibliotekarz, który myśli, że jest profesjonalnym mountain bikerem, rozwali ważny element w swoim ukochanym rowerku, bo zjeżdżał jak szalony z pagórków w podkrakowskich lasach. Ten sam bibliotekarz niczego się nie nauczył po swoim wypadku i wciąż kusi los. Jednak tym razem za jego lekkomyślność zapłaciła niewinna ośka. Opowiem Wam historię smutną, rzewną, czasem nawet przerażającą. Będą łzy wzruszenia i radości, będą przekleństwa w chwilach gwałtownego uniesienia, ale mogę Wam już teraz zdradzić, że skończy się happy endem.

Biedne kółeczko z uszkodzoną ośką rozpoczęło wędrówkę do warsztatu remontowego. Odczuwało ono bardzo boleśnie brak swojego ukochanego towarzysza. Samotnie tocząc swoje szprychy poszukiwało nasze KOŁO substytutów szczęścia. Na początku próbowało KOŁO samoistnie stanąć na swej oponie. Przez chwilę wydawało się, że sukces został osiągnięty. Stało! Czuło powietrze przepływające przez szprychy, było przez chwilę samo dla siebie i nie potrzebowało nikogo, żadnego wsparcia, żadnej litości i współczucia. W tej jednej chwili KOŁO było władcą wszechświata, było w samym jego centrum. Przez chwilę miało wrażenie, że dokonało przełomu w rozwoju i wytyczyło nową ścieżkę innym jemu podobnym.

KOŁO SAMO!

KOŁO SAMO!

 

Niestety KOŁO nie jest przystosowane ewolucyjnie do tego, by samoistnie stawiać czoła przeciwnościom losu. Zimny prysznic nastąpił bardzo szybko.Bolesna była to lekcja życia. Nasze KOŁO poobijało sobie szprychy i jeszcze bardziej złamało ośkę, już i tak zniszczoną przez wstrętnego Charliego, który skazał KOŁO na wędrówki po zamglonym i zasmogowanym Krakowie.

Lekcja życia

Lekcja życia

 

Poszukiwanie oparcia zmuszało KOŁO do desperackich prób przytulania się do zupełnie obcych słupków. Nadzieje kółeczka na chwilę odpoczynku przy pewnym słupku zostały brutalnie zmiażdżone. Słupek to był zwykły dupek i nie wyrażał chęci pomocy dla kółka.

Słupek - dupek

Słupek - dupek

 

Dalsza wędrówka zaowocowała próbą przypodobania się rowerowi, który istniał w rzeczywistości 2D. KOŁO jest jednak trzywymiarowe i zupełnie nie pasowało do roweru płaskiego jak modelki z Fashion TV.

2D i 3D

2D i 3D

 

Przez zupełny przypadek KOŁO trafiło do biblioteki. Tam przez chwilę znalazło wsparcie i zrozumienie ze strony zakurzonych tomów, mogło nawet przez chwilę zawisnąć w powietrzu. Niestety o kręceniu się nie mogło być mowy. I choć gorąco namawiane na pozostanie za regałami, KOŁO opuściło z żalem gmach biblioteki.

 

Library wheel

Library wheel

Jeszcze długo trwała bezustanna wędrówka KOŁA po Krakowie, który w te dni jawił się niczym z obrazów Wyspiańskiego i wierszy Boya. Młodopolska aura towarzyszyła wędrówce KOŁA, przypominając wciąż o marności tego świata i bólu istnienia. Mgła wymieszana z powietrzem czarnym od dymu z kamienicznych pieców oblepiała KOŁO zimną, lepką warstwą uświadamiając jak ważna i istotna do odczuwania szczęścia całego organizmu jest sprawność i doskonałe zdrowie wszystkich jego elementów. Na szczęście warsztaty krakowskie uporały się z tą okropną usterką i KOŁO w pełni sprawne mogło dołączyć do ukochanego rowerka. Powrót był pełen wzruszeń i choć rower starał się zachować jak na prawdziwego ROWERA przystało i był ciut grubiański to KOŁO zdawało sobie sprawę, że w głębi swej ramy ROWER drży ze wzruszenia.

Happy end

Happy end

 

Mówiłem, że będzie happy end:) Teraz tylko szukam grupy filmowców, którzy zgodzą się napisać scenariusz, zgodzą się nakręcić film za zupełną darmochę, po to by podbić cały świat historią o samotnym kole! Ole!

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Kriminal Breslau!!!

Posted by charliethelibrarian w dniu 23 Listopad 2011

Nadaję na gorąco:) Nie chwaliłem się wcześniej, ale udało mi się dostać na I Kryminalną Konferencję Bibliotekarzy, która odbywa się w mieście Wrocław w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Przepraszam wrocławiaków za tytuł wpisu, ale nie mogłem się powstrzymać.

I jakież to zadziwiające losy człowiecze są. Ja, który kilka wpisów temu deklarowałem mój stosunek do kryminałów, jako cokolwiek obojętny biorę udział w Festiwalu poświęconym literaturze, w której trup ściele się gęsto, prywatni detektywi śledzą czujnie a zmęczeni życiem i wódą policaje łapią morderców (pięknym stereotypem pojechałem, ale cóż:) Pierwsze wrażenia z mojego pobytu we Wroclove: dworzec mają rozkopany nieźle, chodniczki całkiem wąskie, ale za to na rynku budki przedświąteczne całkiem jak u nas w Krakau:) Ratusz fajny, plac Solny urokliwy, hotel po prostu super:) Widać również pełen profesjonalizm organizatorów. W hotelu przywitała mnie garść zaproszeń, pełen program, książka “Jak zostać pisarzem” i nawet bileciki Wrocławskiej Komunikacji Zbiorowej, którymi podążać mamy do miejsc warsztatów dla nas bibliotekarzy. Cieszy mnie ogromnie takie podejście organizatorów, świadczące o powadze i szacunku jakim darzą bibliotekarską brać, a raczej siostrzać, bo bibliotekarek na konferencji przytłaczająca większość:) Warsztaty zapowiadają się ciekawie, a imprezy Międzynarodowego Festiwalu również mnie przyciągną. Kto wie może po tej Konferencji zostanę zagorzałym wielbicielem literatury kryminalnej?

A tutaj macie link do kanału MFK na Youtubie, akurat kulinarne popisy pana Makłowicza:

I jeszcze trailer jednego z moich ulubionych seriali kryminalnych:

 

 

P. S. Obawiam się trochę, że organizatorzy Festiwalu postanowili zaprosić bibliotekarzy, zamknąć ich w sali wykładowej, zamordować jednego tajemniczo a potem przeprowadzić drobiazgowe śledztwo. Będę Was informował na bieżąco…

 

 

P. S. 2 A jeśli będę milczał…

 

Opublikowany w Praca, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Stanisław Lem “Katar”

Posted by charliethelibrarian w dniu 21 Listopad 2011

Stanisław Lem "Katar"

Stanisław Lem "Katar"

Ech, nie zostałem posiadaczem Kindla:( Gratuluję zwyciężczyni Claudette :) A ja zostaję póki co w świecie “analogowych” książek.

Katar moi drodzy, to zmora ludzkości na którą nie wynaleziono jeszcze lekarstwa. Jedynie Goździkowa może coś na ten temat wiedzieć, ale ona siedzi w bólach głowy i raczej nie prędko podeśle nam rozwiązanie. Lem w swojej książce również nie dał ludzkości szans na wyleczenie się z kataru. Gorzej! Sprawił, że katar sienny może być przyczyną zgonów! A jeśli dodatkowo jesteś bogatym, samotnym turystą po pięćdziesiątce z USA, przebywającym na kuracji w kąpieliskach siarkowych we Włoszech to masz przechlapane. Katar sienny okazuje się jedną z cech wyróżniających ofiary tajemniczych śmierci, które poprzedzone są nagłymi napadami szaleństwa. I ów wyżej wspomniany katar (niech będzie na wieki przeklęty on i potomstwo jego!) może powodować śmierć, ale nie musi. Zmiennych jest bowiem tyle, że prywatny detektyw będący kiedyś astronautą musi się zwracać o pomoc do francuskich naukowców z ich specjalnym superkomputerem. Komputer może się przyda, może się nie przyda. Ale przygoda astronauty jest jak najbardziej ciekawa, interesująca i wciągająca.

Przeczytany przez mnie, kolejny kryminał Lema. Kryminał, który choć ociera się o science-fiction raczej typowym science nie jest. Mamy co prawda podróż na Marsa, ale tylko jako tło. Mamy bliżej nieokreśloną sytuację polityczną panującą na świecie i w Europie podczas śledztwa, ale również można ją uznać za mało ważną. Ważne w tej powieści jest prawdopodobieństwo, dedukcja i intuicja. Ważna jest trafna analiza świata i obnażenie roli “przypadku”, który w końcowym rozrachunku przypadkiem nie jest. Lem w sposób bardzo inteligentny potrafi prowadzić z czytelnikiem grę co rusz podsuwając mu pod nos nieprawdopodobne scenariusze wydarzeń. Tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe. Czy za dziwnymi i trudno wytłumaczalnymi zgonami amerykanów stoją terroryści? Czy też w grę wchodzi obca cywilizacja, której ludzkość nigdy nie pozna i nigdy nie zrozumie, gdyż liczba możliwych cywilizacji zupełnie różnych od nas jest ogromna. Pan Stanisław po raz kolejny miło mnie zaskoczył robiąc ze “zwykłego” kryminału bardzo interesującą i zajmującą książkę. Zagadka kryminalna jest tutaj ważna nie przeczę. Jednak jakoś nie było mi spieszno do poznania jej rozwiązania.

Lem pisał “Katar” w połowie lat siedemdziesiątych. Amerykanie podbijali wtedy kosmos, po Księżycu misja na Marsa wydawała się oczywistą oczywistością. Sytuacja polityczna świata była niespokojna, we Włoszech działały lewackie grupy terrorystyczne (Lem uczynił zamach terrorystyczny jednym z wątków w swej książce). Czytając “Katar” po raz kolejny mogłem ujrzeć talent pisarza do jak najbardziej trafnej oceny rzeczywistości, mechanizmów rządzących ludźmi i cywilizacją.

Polecam gorąco:)

 

P. S. Znajdziecie nawet kilka smaczków językowych sprzed trzydziestu sześciu lat:) (Tusz – kto bierze tusz?)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Stop DRM. Free your mind.

Posted by charliethelibrarian w dniu 19 Listopad 2011

Przykuta do pulpitu

Przed wiekami, gdy książki były rzadkością ich posiadacze mieli w zwyczaju przypinać łańcuchami swoje egzemplarze do pulpitów. Zrozumiałym jest, że bali się kradzieży cennej rzeczy, ale na pewno nie mieli nic przeciwko temu, że ktoś przepisał sobie fragment dzieła. Minęły stulecia, po drodze Gutenberg wynalazł druk, książki stały się powszechne. Ludzkość przeżyła odrodzenie, barok, oświecenie, wiek pary i elektryczności. Wkroczyła w erę atomu, dziś jest w erze cyfrowej.

Gdzie jest kluczyk do kłódki?

Przez wszystkie stulecia podstawą rozwoju ludzkości był przepływ informacji. Nie tylko pomiędzy wynalazcami i naukowcami, ale również ludźmi, którzy korzystali z ich odkryć. Był on możliwy dzięki książkom, które stanowiły platformę wymiany myśli i poglądów. Jednak „analogowa” książka miała swoje ograniczenia, jeżeli chodzi o dostępność.  Internet i elektroniczne książki umożliwiły rewolucję w rozpowszechnianiu informacji. Dzięki cyfrowemu udostępnianiu wydawnictw, jeszcze nigdy w historii ludzkości, tak wielu ludzi nie miało tak łatwego dostępu do wiedzy i informacji.

DRM – kula u nogi?

Jako bibliotekarz udostępniam ludziom najczęściej książki w „analogowej” formie. Wyobraźcie sobie, że przychodzicie do mojej biblioteki będąc ZAPISANYMI czytelnikami i posiadając pełne prawa do wypożyczenia książki. Dowiadujecie się ode mnie, że i owszem możecie ją wypożyczyć, ale czytać musicie w określonym miejscu, pozycji i z jednym okiem przymkniętym, bo taką wolę wyraził wydawca, a wszystko to w imię ochrony praw autorskich. Tak mniej więcej działa DRM (Digital Rights Management) po polsku cyfrowe zarządzanie prawami. Idea może szczytna, ale wszelkie działania, jakie podejmują wydawcy książek elektronicznych, gier, muzyki, filmów, programów zamiast uderzać w piratów, uderzają w użytkowników, którzy legalnie nabyli produkt. DRM nakłada na nich mnóstwo ograniczeń, które utrudniają korzystanie z LEGALNIE zakupionego wytworu. DRM to przykład czystej paranoi i braku zrozumienia potrzeb klientów przez wydawców.

Dlatego bardzo mi po drodze z KONKURSEM księgarni Ebookpoint.pl, w którym biorę udział powyższym wpisem:)

Przygotowałem również grafikę, która oddaje moje odczucia dotyczące DRM.

DRM

STOP DRM

Mam nadzieję, że się podoba:)

 

Wspierałem się tym i tym. Czcionka ta i ta.

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.