Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Posty oznaczone jako ‘alkohol’

Irvine Welsh “Sekrety sypialni mistrzów kuchni”

Posted by charliethelibrarian w dniu 11 Styczeń 2012

Irvine Welsh "Sekrety..."

Irvine Welsh "Sekrety..."

 Oglądaliście „Trainspotting”? Zakładam, że tak. Ja oglądałem ten film wielokrotnie, uwielbiam jego klimat, aktorów i szkocki akcent. Przez bardzo długi czas nie zdawałem sobie sprawy, że „Trainspotting” to ekranizacja książki! Wielokrotnie obiecywałem sobie przeczytanie „Trainspotting”, nawet trzymałem egzemplarz w swoich bibliotekarskich paluchach w Taniej Książce na ul. Grodzkiej. Przekartkowałem go i nie spodobały mi się tłumaczenia ksywek głównych bohaterów… Film wrył mi się tak głęboko w świadomość, że trochę minie zanim zabiorę się za książkę. Mam po prostu obawy, co do tłumaczenia.

Dlatego świadomie lub mniej świadomie zacząłem od ostatniej książki autora „Trainspotting”. Jakie wrażenia po lekturze, spytacie się moi drodzy czytelnicy? Poczekajcie chwilkę, tylko wypiję trzy jasne piwa, załyczę łyskacza i wciągnę kreskę koki, po drodze jeszcze zaliczę barmankę, wywołam kilka bójek i pójdę sobie w siną dal uliczkami Edynburga… Ups! Chyba coś mi się pomieszało, ale tak już w tej książce jest. Ona (ta książka) ocieka alkoholem i innymi używkami. Wóda, piwsko, whisky, wino, koka, amfa, hasz – tak się bawi urzędnik miejski w Edynburgu, Danny Skinner. Młodzieniec na stanowisku, inteligentny i wygadany. Spędza wolny czas znieczulając się wszelkimi możliwymi wyrobami spirytusowymi jakie ma do zaoferowania szkockie miasto Edynburg… Odczułem nić łączącą mnie i Skinnera. Sam wielokrotnie na tym blogu wspominałem o moich „flirtach” z etanolem odbywających się praktycznie co weekend. Na przykład tutaj, i tutaj, o jeszcze tam i tu, a tego linka również nie dałem jeszcze. Czy wspominałem o tym? Nie ma co ukrywać – „czarodziejka gorzałka tańczyła ze mną” i wciąż lubi sobie ze mną zatańczyć, ale nie tak często jak dawniej:) Wracając do Skinnera to postać dość skomplikowana – czyta poezję, potrafi być współczujący jednak na zewnątrz z reguły okazuje się być zimnym draniem i chamem. Ogólnie nie wzbudzał we mnie zbytniej sympatii. Na własnej skórze przekonuje się o tym nowy pracownik urzędu miejskiego Brian Kibby. Pierdołowaty i nieśmiały chłopak, który jest zupełnym przeciwieństwem pewnego siebie, aroganckiego i wyszczekanego Skinnera. Danny od początku nie lubi Briana, z czasem zaczyna go nienawidzić. Nienawiścią tak silną, że zaowocuje ona zaskakują klątwą, która nieodwracalnie połączy Danny’ego i Briana. Nie będę tutaj zdradzał szczegółów, ale książka w pewnym momencie ostro nabiera  tempa. Danny również ma problem z ojcem, a dokładniej z jego brakiem. Skinner był wychowywany przez samotną matkę, starą punkówę, która za Chiny ludowe nie chciała mu powiedzieć, kto jest jego starym. Dlatego też nasz Danny rusza na poszukiwanie ojczulka. Podejrzenia padają na kucharzy pracujących w latach osiemdziesiątych w pewnym edynburskim lokalu.

Książka ma klimat, czułem smród pubów, niemal razem z Dannym chlałem wódę i żłopałem piwsko. W Edynburgu nie byłem, ale byłem w Walii i wyobrażam sobie, ze puby w Szkocji przypominają te walijskie:) Plastyczny język i barwne opisy sprawiały, że książka żyła. W sumie po jej przeczytaniu doszedłem do wniosku, że przydałoby się ją czytać po kilku browarkach albo kilku głębszych:)

Żeby nie było tak różowo – na początku nie za bardzo jakoś szło mi czytanie, pierwszych kilkadziesiąt kartek wywoływało pytanie: O czym to kurwa jest? Dopiero później książka mnie wciągnęła i łyknąłem ją jak pierwsze piwo albo setkę wódki w sobotni wieczór tzn. szybko i bez popity (bez popity oczywiście wódzię, bo przecież piwa się nie przepija).

Czy po lekturze mam jakieś głębokie myśli, egzystencjalne przemyślania oraz filozoficzne rozmyślania? I am simple man, i nie lubię pisać o życiu, jego prawdach, metafizycznych doznaniach, zostawiam to innym. Po lekturze „Sekretów…” mogę powiedzieć tyle – życie jest niesprawiedliwe, Edynburg ponury, a wóda pokona każdego, choćby nawet był kozakiem nad kozakami. Pokona i zmusi do przyznania, że to ona jest władczynią życia i śmierci.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Eduardo Mendoza “Brak wiadomości od Gurba”

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Grudzień 2011

Eduardo Mendoza "Brak..."

Eduardo Mendoza "Brak..."

 Wyobraźcie sobie, że jesteście kosmitami. Lądujecie na Ziemi swoim super wypasionym statkiem kosmicznym w okolicach Barcelony, na początku lat dziewięćdziesiątych. Jesteście czystą inteligencją. Możecie przyjmować dowolne kształty, jesteście nieśmiertelni i możecie telepatycznie porozumiewać się z między sobą. Jeden z Was, dajmy na to nazywający się Gurb wyrusza na rekonesans. Drugi czuwa w statku. Gurb z racji tego, że może przyjmować dowolny kształt staje się przedstawicielem gatunku istot rozumnych o imieniu Martha Sanchez i seksownych kobiecych kształt ach. Wsiada do pojazdu innego autochtona i ślad po nim ginie. Co robicie? Oczywiście, że natychmiast wyruszacie na poszukiwania. Nie znając terenu, okolicy i posługując się dostępnymi informacjami z bazy galaktycznej. Nie będzie łatwo, oj nie. Po pierwsze musicie zrozumieć tubylców. Tubylców, którzy chodzą na dwóch nogach, piją dziwaczne alkohole, jeżdżą prostymi w budowie, ale skomplikowanymi w obsłudze pojazdami, ogólnie robią mnóstwo dziwacznych i dla Was, jako przybyszów z obcej planety niezrozumiałych rzeczy. Musicie być przygotowani na szereg pomyłek, wpadek, wypadków oraz popełnianych na każdym kroku faux pau. Musicie się liczyć z tym, że będziecie mieć kaca, traficie do więzienia, zakochacie się w sąsiadce i będziecie biegać w nartach po głównym deptaku Barcelony. Miasta, które właśnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich. Naprawdę liczcie się z tym, że droga do odnalezienia Gurba będzie długa, kręta, wyboista (to dzięki Katalońskiemu Przedsiębiorstwu Robót Publicznych) i być może nie będzie miała końca.

Jeśli mówią, że śmiech to zdrowie, to lektura tej książki winna być wypisywana na receptę:) Uśmiałem się setnie. Mendoza świetnie operuje groteską, absurdem i humorem. Ta dość cienka książka, którą czyta się bardzo szybko to świetna rozrywka i zabawa. Mendoza kpi i śmieje się z Katalończyków, społeczeństwa i ogólnie z ludzi. Właściwie kosmitę mógłby z powodzeniem zastąpić przybysz z innego kraju, ale wtedy nie mógłby przyjmować postaci Ojca Świętego Piusa XII w celu wzbudzenia zaufania. Cała książka składa się z wielu perełek ironii i groteskowego humoru: na przykład scena podrywania sąsiadki z góry za pomocą metody „pożycz cukier”. Absurd na absurdzie, absurdem pogania, napisany w ten sposób to coś, co Charlie lubi najbardziej. I wbrew pozorom mimo tej całej iście monthy pythonowskiej konwencji Mendoza pokazał mi Barcelonę (z początków lat dziewięćdziesiątych) i ludzi w niej mieszkających lepiej niż niejeden przewodnik. Dowiedziałem się na przykład co to są churros. Polecam gorąco każdemu tę książkę. Polakom, Europejczykom, Niemcom, Hiszpanom, Katalończykom czy też mieszkańcom rodzinnej planety Gurba. Świetna zabawa gwarantowana.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Zielone wzgórza nad Soliną i forfiter…

Posted by charliethelibrarian w dniu 26 Sierpień 2011

 

Pisałem o tym już rok temu we wpisie: Wakacyjnie. Mamy z przyjaciółmi taką naszą małą świecką tradycję i jeździmy nad Solinę. Jeździmy po to, aby wspólnie sobie popływać na wysłużonej DeZecie, pośpiewać (choć śpiewaniem nazywamy to tylko my). W tym roku wyjazd także się odbył i wszyscy zgodnie stwierdzili, że się udał.

Było wszystko co potrzebne do wspaniałego weekendu. Łódka, towarzystwo, piękna pogoda, wspaniałe bieszczadzkie krajobrazy i nawet forfiter się trafił:)

Piszę o tym dopiero teraz (choć działo się to w poprzedni weekend), bo jakoś tak wcześniej nie mogłem się zebrać. A przed nami ostatni wakacyjny weekend. Więc życzę wszystkim udanego ostatniego weekendu wakacji!

Tak jak przed rokiem – troszkę fotek z magią chwili:)

Forfiter na łódce

Forfiter na łódce

 

zimne i pyszne browarki

zimne i pyszne browarki

 

krajobraz soliński

krajobraz soliński

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Stanisław Ignacy Witkiewicz “Nikotyna. Alkohol. Kokaina. Peyotl. Morfina. Eter + Appendix”

Posted by charliethelibrarian w dniu 30 Grudzień 2010

Witkacy "Nikotyna..."

Witkacy "Nikotyna..."

Po lekturę sięgnąłem zupełnie przez przypadek. Przeglądałem sobie “Wiadomości Literackie” z trzydziestego któregoś roku i natrafiłem tam na recenzję tej książki. Oprócz interesującego tytułu, sama recenzja była dosyć ciekawa. Znając legendę Witkacego, którą nam się wpaja w szkole postanowiłem sprawdzić co też mistrz Czystej Formy napisał o swoich doświadczeniach ze środkami odurzającymi. Znalazłem książkę w mojej bibliotece ale tu pierwsza ciekawostka: została wydana ponownie w 1979 roku. Pod nieco (nieco?!) zmienionym tytułem “Narkotyki”. Widocznie pierwotny tytuł był za długi a może zbyt hmm… niemoralny. Dodatkowo “Nikotyna…” została w ’79 wydana wspólnie z późniejszą książką Witkacego to jest “Niemytymi duszami”. Nie wiem dlaczego bo to trochę zupełnie inne książki. Od razu przyznaję się, że “Niemytych dusz” nie przeczytałem. Trochę za ciężkie wydały mi się. Może podejdę do nich kiedyś tam. Wracając do “Nikotyny…” – jest to zbiór esejów, w których Witkacy opisuje różne środki odurzające wraz z negatywnymi i “pozytywnymi” skutkami. Nie wszystkie narkotyki opisał Witkacy. Rozdział o morfinie napisał Bohdan Filipowski, a rozdział o eterze dr Dezydery Prokopowicz.

Pierwszy esej dotyczy nikotyny czyli najpowszechniej występującej używki. Zarówno osiemdziesiąt lat temu jak i dziś nikotyna rządzi! W rozdziale tym Witkacy jedzie po palaczach jak po burej suce. Z tekstu przebrzmiewa nienawiść do nikotyny i tytoniu (choć sam Witkacy palił). Autor nie zostawia na papierosach i palaczach suchej nitki. Nałogowi palacze niezdolni są do tworzenia wzniosłych rzeczy, gdyż nikotyna tępi w nich poczucie wyższych celów, zabiera wyczucie smaku oraz kradnie poczucie celowości istnienia. Zamieniając człowieka w “bezmyślny, galaretowaty twór…” Palacze według Witkacego zostają ogłupieni przez trujące zielsko, tracą odwagę, zamieniają się w automaty. Do tego dochodzi fizyczne uzależnienie, które objawia się poprzez wiele różnych zaburzeń w funkcjonowaniu organizmu. Jak napisał Witkacy “Ci, którzy mówią, że bez palenia się rano wy-tego nie mogą, niech spróbują jeść śliwki i robić gimnastykę Mullera, a zobaczą”. Podobno palacze tak mają. Przesłanie rozdziału jest jasne – rzućcie fajki i to natychmiast! Jeśli chcecie być pełnowartościowymi członkami społeczeństwa! Albo palcie z przerwami długimi.

Alkohol. Ten rozdział Charlie czytał z ogromnym zaciekawieniem, bo choć nikotynę zna to nigdy nie zażywał jej w jakiś poważniejszych ilościach. Natomiast znając legendę Witkacego oraz swoje własne doświadczenia byłem ciekaw co też mistrzu napisał o alko. No i dostaje się też tutaj wódzie, głównie niej bo piwko dla smaku Witkacy nawet zaleca. Alkohol daje złudzenia siły, odwagi, nieskończonych możliwości jednak są to złudzenia. Człowiekowi wydaje się, że po wódzie może dużo a tak naprawdę jego otumaniony umysł podpowiada mu to co chce myśleć. Wóda powoduje zbydlęcenie społeczeństwa, sprawia, że z ludzi wyłażą ich najgorsze cechy. Witkacy postuluje bezwzględną walkę z alkoholem i nikotyną. Twierdzi, że tylko całkowite odcięcie społeczeństwa od tych używek może uratować ludzkość. Ludzkość, która powoli się degeneruje a każde następne pokolenie jest gorsze od poprzedniego. Witkacy pisze, że “papierosik i wódeczka, te dwa pozorne niewiniątka, kryjące się pod maskami przyjemnych dziewczynek zgniłe mordy zakazanych prostytutek.” łatwo doprowadzą ludzkość do zguby. Trudno nie zgodzić się z autorem, ale jednocześnie Witkacy pisze, że czasem wódzia pomaga rozwinąć skrzydła i jeśli już ktoś musi pić to niech to robią artyści i pisarze. Trochę taki niekonsekwentny jest w swoich osądach.

Kokaina. Oj, tutaj o białym jadzie Witkacy pisze z największą nienawiścią. Sam przyznaje się, że zdarzały mu się kokainowe jazdy ale nie jest z nich dumny i pragnie oszczędzić szczegółów czytelnikom. Coco według niego to zabójcza trucizna, która bardzo szybko zniszczy człowieka. Rozdział ciekawy, bo pokazuje, że kokaina była kiedyś całkiem popularnym środkiem odurzającym. Dziś chyba tak nie jest, a może to tylko ja nie zdaję sobie z tego sprawy.

Peyotl. O i tu rozdział najciekawszy. Witkacy opisuje w nim swoje wizje jakich zaznał po zażyciu peyotlu. Są naprawdę zaskakujące i fascynujące. Zresztą ten środek odurzający Witkacy traktuje najłagodniej i nawet zachęca czytelników by prędzej zrezygnowali z wódy, kokainy, papierochów a skupili się na peyotlu. Zastanawiam się czy obecnie łatwo jest dostać ten narkotyk. Chyba trzeba się przejechać do Meksyku, a na to Charliego nie jest stać.

Morfina. Rozdział bardzo dobrze napisany, profesjonalnie opisuje skutki zażywania morfiny i nałogu. Poważny w swej wymowie. To samo dotyczy eteru, napisanego przez doktora, który opisuje swoje własne doświadczenia z eterem. Całkiem interesujące zresztą.

Appendix. No tutaj Witkacy zaszalał. Mamy w tym rozdziale porady dotyczące prawidłowego mycia się, golenia, gimnastykowania, nawet przepisy syropów na kaszel. Interesujący rozdział daje spojrzenie na czasy Witkacemu współczesne i podejście ludzi do spraw higieny osobistej.

Ogólnie “dziełko” jak sam Witkacy pisze o tej książce, jest bardzo ciekawe. Napisane w jego stylu, mnóstwo interesujących słów, bardzo zabawna książkę, często się uśmiechałem. Jednak przez cały czas trwania lektury przebija się ogromny pesymizm autora, który twierdzi, że cywilizacja sięgnęła dna i już tylko czeka ją krok od przepaści. Dobrym prorokiem okazał się Witkacy. Z kart książki przebija również wielka niechęć Witkacego do kultury masowej. Uważa on ją za tak płytką, że płytszą już być nie może. Oj, gdyby Witkac żył w naszych czasach to chyba oszalałby z rozpaczy.

P. S. Ciekawostka. Charlie wykrył interwencję cenzury w wydaniu z roku ’79. Otóż w rozdziale poświęconym alkoholowi mamy taki fragment: “Mało kto zatrzyma się po trzech kolejkach. Przeważnie [...] dojeżdża się do samego dna,…”. Zaciekawiły mnie te kwadraciki oznaczające pominięcie fragmentu tekstu. Na szczęście wydanie z lat trzydziestych zostało zdigitalizowane i jest dostępne na stronach Kujawsko – Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej. W oryginale w pominiętym fragmencie mamy “Mało kto zatrzyma się po trzech kolejkach. Przeważnie (jest to typ pijaka rosyjskiego) dojeżdża się do samego dna,…”. Może to niewiele ale daje do myślenia o wolności słowa za komuny gdzie nie wolno było o bratnim narodzie pisać, że to pijacy.

Tutaj link do oryginału: “Nikotyna…”

Biblioteki cyfrowe to cudowna rzecz, zachęcam do szukania, przeglądania zasobów Federacji Bibliotek Cyfrowych. Mnóstwo ciekawych rzeczy, ogromna ilość zdigitalizowanych zbiorów, całkowicie za darmo!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Jacek Hugo-Bader “Biała gorączka”

Posted by charliethelibrarian w dniu 11 Grudzień 2010

Jacek Hugo-Bader "Biała gorączka"

Jacek Hugo-Bader "Biała gorączka"

Są książki mocne, są książki tak mocne, że po ich lekturze człowiek długo nie może się otrząsnąć. Książka o której napiszę poniżej taka była.

Trochę o autorze – pan Jacek jest reporterem “Gazety Wyborczej”. Podróżuje dużo po byłych krajach Związku Radzieckiego. Wydał dwie książki ze swoimi reportażami o jednej napiszę poniżej.

“Biała gorączka” to zbiór reportaży z ostatniej dekady. Wszystkie dotyczą Rosji lub republik, które oderwały się od ZSRR. Część reportaży znałem z “Dużego formatu” część była całkowicie nowym objawieniem. Czynnikiem spinającym je jest podróż reportera z Moskwy do Władywostoku. Podróż samotna, przez bezdroża Syberii i jakby tego było mało ten gościu pojechał tam ZIMĄ! Trzynaście tysięcy kilometrów w zabójczym mrozie, nawalającym ruskim łaziku. Najlepsze fragmenty książki to właśnie opisy jego przygód na trasie. Przygód związanych z jego autem, jego noclegami, ludźmi jakich poznał podczas podróży. Obraz Rosji jaki kreśli nam autor jest przerażający a jednocześnie znajomy. Ludzie tacy jak my, z trudem odnajdujący się w nowej, brutalnej, kapitalistycznej rzeczywistości. Historie połamanych życiorysów i połamanych ludzi, którzy niosą ten beznadziejny krzyż swojego żywota bo cóż innego robić.

Galeria ludzkich charakterów i historii jaką przedstawia nam pan Jacek jest porażająca w swej różnorodności. Poznajemy nastolatkę, która ma AIDS bo ćpała heroinę, szamankę z syberyjskiej tajgi, która walczy o pamięć o swoim ludzie. Pierwszych hippisów ze Związku Radzieckiego, dzikich punków. Bezdomnych z dworca moskiewskiego. Czy też wyznawców new ageowych religii, którzy budują swoje osady na syberyjskim pustkowiu. Bader opisał mnóstwo smutnych, depresyjnych historii. O narodach Syberii, które dosłownie zapijają się aż do wyginięcia. Tytułowa biała gorączka to właśnie stan po kilkudniowym pijaństwie, gdy człowiek już nie pije. Gdy jego umysł trzeźwieje – to wtedy przychodzą demony. Do każdego człowieka przychodzi jego osobisty własny koszmar, nawet nie puka do drzwi umysłu tylko od razu rozgaszcza się w głowie jakby tu był panem. Podczas ataku białej gorączki myśliwi strzelają sobie w łeb, wybiegają na siarczysty mróz całkowicie nadzy i biegną na oślep przed siebie. Reportaż o Ewenkach czyli syberyjskim narodzie, który właśnie przeżywa swój wódczany holocaust był jednym z lepszych w tej książce.

Historie o górniczych katastrofach na Ukrainie czy o państwie, gdzie są całe wioski ludzi z jedną nerką dawały do myślenia. Uświadamiają człowiekowi, że jednak nie ma większych powodów do zmartwień, może to okrutnie zabrzmi inni mają po stokroć gorzej. Najgorsza była ta bezradność podczas czytania. I tylko wnioski nasuwające się, że ten świat jest tak kurewsko urządzony, bo jego architekt musiał być na niezłej bani albo na mega kacu.

Rosja przedstawiona jest tutaj przez pryzmat Polaka, który zawsze postrzegał ją jako wroga. Tutaj wrogość zanika i reporter pokazuje nam zwykłych ludzi, którzy po prostu chcą jakoś żyć. W wielu historiach przewija się obraz Rosji jako kraju ogarniętego wszechobecną korupcją, bandytyzmem. Ludzie nie zatrzymują się na autostradach żeby pomóc komuś w wypadku bo boją się napadów. Mafijni bonzowie przyjeżdżają sobie na tydzień do ośrodka wypoczynkowego i urządzają tam sobie jatkę, po czym wyjeżdżają bez żadnych konsekwencji. Przeraża ta bezkarność. Z reportaży Badera wynika, że w Rosji jeśli ma się pieniądze można wszystko. Dosłownie wszystko. Mam nadzieję, że u nas w Polsce tak nie jest.

Co przewija się w wielu historiach to wódka. Wódka i wszelkiego rodzaju alkohol. W Rosji piją wszyscy, nie pijesz toś nie prawdziwy mężczyzna. Nie pijesz to coś z Tobą nie tak i raczej nie zdobędziesz naszego zaufania. Piją młodzi, starzy, kobiety – wszyscy. Piją z radości, piją ze smutku, piją bo ktoś umarł, piją bo na świat przyszedł nowy człowiek. Trochę mnie to przerażało bo jak sami wiecie sam raczej do abstynentów nie należę ale ogrom tego pijaństwa przedstawiony w książce poraża.

Co mnie trochę drażniło w książce. Otóż czasem odnosiłem wrażenie, że Bader trochę pogardliwie i wyniośle traktuje swoich rozmówców. Czasem nawiedzało mnie takie nieuchwytne wrażenie. Nie było może zbyt silne i częste ale kilka razy tak odbierałem lekturę.

Poza tą drobną uwagą chylę czoła przed autorem, który wykazał się nie lada odwagą, determinizmem oraz uporem. Szacunek za jego pracę. I za napisanie tej świetnej książki. Polecam każdemu.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz »

Bo świat na trzeźwo…

Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Październik 2010

A tak mnie zebrało na klasyki:

 

 

Mariolka z biblioteki. Hmm… Ech, te stereotypy.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Are You fucking kidding me…

Posted by charliethelibrarian w dniu 21 Lipiec 2010

Podczas niedzielnego leczenia kaca po weselichu, niezbędnych jest kilka atrybutów. Najlepiej gdy atrybuty te są bardzo dobrze schłodzone i warzone przez polskie browary (choć nie musi to być kryterium).

Nawet Toffik (pewien szczeniaczek) doskonale zdaje sobie z tego sprawę. I choć Toffik nie miał na pewno kaca po weselu. To na załączonym poniżej obrazku próbował nam dać do zrozumienia, że TYSKIE PONAD WSZYSTKIE!

Toffik i Tyskie

Toffik i Tyskie

Ale Toffik jest tylko szczeniaczkiem a alkohol nie jest dla zwierząt. Alkohol jest dla ludzi chcących znów stać się zwierzętami (co w większości przypadków nie jest w porządku).

Dlatego Toffik na nasze stanowcze: PIWO nie jest dla Ciebie, zrobił taką oto minkę:

Mnie ona strasznie przypomina minkę tego gościa z komixxy.pl jest tego pełno. Podpis zaczerpnąłem bezpośrednio z serwisu i mam nadzieję, że niczego nie złamałem, w sensie prawa.

No a Toffik musiał się zadowolić wodą z miseczki. Zresztą wyszedł na tym zdecydowanie lepiej niż autor tego bloga.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Sergiusz Piasecki “Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”

Posted by charliethelibrarian w dniu 20 Kwiecień 2010

Sergiusz Piasecki "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy"

Sergiusz Piasecki "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy"

Zaraz jak tylko skończyłem czytać “Zapiski…” wziąłem na “warsztat” pierwszą książkę Piaseckiego. “Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” napisany został w więzieniu gdzie przebywał Piasecki. Książka okazała się hitem w latach 30 – tych. Nic dziwnego.
“Kochanek…” to przepiękna, barwna, żywa opowieść o życiu przemytnika na granicy polsko – sowieckiej. Książka pulsuje rytmem życia przemytniczego, gdzie pracuje się w nocy a w dzień odpoczywa. Gdzie przyjacielem jest mrok, ciemność a wrogiem Księżyc to “cygańskie Słońce”. Przemytnik ryzykuje wiele, życie, zdrowie, ale przede wszystkim Wolność. “Kochanek…” to ballada o życiu wolnym, dzikim, surowym, gdzie liczy się chwila. Nieważna jest przyszłość, plany. Ważni są przyjaciele, których teraz masz u swego boku, ważne są dziewczyny, które w tym momencie obdarzają Cię miłością. Pieniądze są a później ich nie ma. Żyje się tylko raz i w każdej chwili na granicy może spotkać Cię Śmierć.
Książka super, taka prawdziwa, szczera i autentyczna. Ciężko uwierzyć, że została napisana ponad 70 lat temu. Czuje się klimat granicy. Szkoda, że bez happy endu ale tak to już w życiu bywa. Polecam ją każdemu.
Zacytuję poniżej wstęp, który zapowiada z jaką historią i jak napisaną będziemy mieć do czynienia.

“Żyliśmy jak królowie. Wódkę piliśmy szklankami. Kochały nas ładne dziewczyny. Chodziliśmy po złotym dnie. Płaciliśmy złotem, srebrem i dolarami. Płaciliśmy za wszystko: za wódkę i za muzykę. Za miłość płaciliśmy miłością, nienawiścią za nienawiść.

Lubiłem swych kolegów, bo nigdy mnie nie zawodzili. Byli to prości, niewykształceni ludzie. Lecz czasem byli tak wspaniali, że stawałem zdumiony. Wówczas dziękowałem Naturze, że jestem człowiekiem.

Lubiłem śliczne poranki wiosenne, kiedy słońce bawiło się jak dziecko, rozrzucając po niebie barwy i błyski.
Lubiłem późne letnie zachody, gdy ziemia dysząca spiekotą, a wiatr miękko pieścił i chłodził pachnące pola.
Lubiłem i barwną, czarowną jesień, gdy złoto i purpura leciały z drzew, i tkały na ścieżkach wzorzyste kobierce, a mgły siwe na gałęziach jodeł się huśtały.
Lubiłem i mroźne zimowe noce, gdy cisz kleiła powietrze, a zadumany Księżyc diamentami zdobił śnieżną biel.

A wśród tych cudów i skarbów, śród barw i błysków żyliśmy jak zabłąkane w bajkę dzieci. Żyli i walczyli nie o gnaty bytu, a o swobodę ruchu i wolność przyjaźni. Szumiały nam w głowach wichry, w oczach grały błyskawice, tańczyły nam chmury, śmiały się gwiazdy. Witały nas i żegnały karabinowe salwy – często na śmierć, która bezradnie tańczyła w krąg, nie wiedząc kogo wyrwać pierwszego.
Często w piersiach mi tchu brakowało z rozkoszy życia. Czasem dlaczegoś głupie oczy się załzawiły.. Czasem ktoś brutalnie zaklął, a dziecinnie się uśmiechnął i twardo podał wierną dłoń.
I mało było słów. Ale słowa były słowami i łatwo je zrozumieć mogłem i zawsze wiedziałem, że to nie słowa honoru, ani przysięgi, więc były pewne…
Tak pędziły w barwnym wirze głupie dnie i wariackie noce, którymi Ktoś za coś nas obdarzył.
A nad wszystkim: nad nami, Ziemią i chmurami, po północnej stronie nieba pędził dziwny Wielki Wóz, królowała wspaniała, jedyna zaczarowana Wielka Niedźwiedzica.
O Niej, o nas – przemytnikach i o granicy opowiem w tej powieści, która powstała z bólu i tęsknoty za pięknem Prawdy, Natury i Człowieka.”

Piękne.

A niżej fragment z książki, który mię rozbawił:

„Nad placem można by zawiesić olbrzymią chorągiew Bachusa. Pili wszyscy. Pili wszędzie. Pili stojąc, leżąc, siedząc. Pili na wozach, między wozami i pod wozami. Pili mężczyźni i kobiety. Matki poiły małe dzieci, żeby i one się zabawiły na kiermaszu: poiły i niemowlęta : aby nie płakały. Widziałem, nawet, jak pijany chłop zadarł koniowi pysk w górę i wlewał mu do gardła wódkę z butelki”

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , | Zostaw Komentarz »

Człowiek uczy się…

Posted by charliethelibrarian w dniu 20 Luty 2010

Niby, że człowiek uczy się przez całe życie. No to ja w takim razie mam do nadrobienia sporo zaległości. Wczorajszy wieczór był grubo ponad moje możliwości – zdawałem sobie z tego sprawę ale co tam – charlie się nie napije… ech… Zresztą wpis jest tu zupełnie nie na miejscu – stworzony tylko po to bym mógł zamieścić jedną z moich ulubionych pieśni, piosenek, utworów itd. Oto ona w całej krasie:







Naprawdę genialna piosnka! Już nie będę się rozwodził jaka to ona prawdziwa, poruszająca znane wszystim tematy życiowe, dotykająca najpoważniejszych prawd (kurczę pisząc te słowa mam wrażenie deja view – składam to na karb dzisiejszego delikatnienia). Po prostu “słońce chodzi jak mokra pszczoła” szkoda, że akurat teraz w Krakowie słońca brak co nie zmienia faktu, że to jest boskie zdanie, fraza, wyrażenie, metafora czy co tam!!!!!

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , | Zostaw Komentarz »

Powrót zza grobu… vol 5.

Posted by charliethelibrarian w dniu 1 Grudzień 2009

Tak jak już gdzieś napisałem, prawie po każdym weekendzie powinienem dodawać wpis o powrocie zza grobu ale często bywa tak, że jakoś nie mam siły. Andrzejkowy weekend okazał się niezwykle wyczerpujący. I choć lania wosku nie było, lało się coś innego i to strumieniami. Imprezy w gronie znajomych ze studiów zaocznych też mogą być fajne. Sobota była hardkorowa – to tak w ramach podsumowania.
Za to niedziela to delikatne dochodzenie do siebie na ławeczce na miasteczku studenckim AGH :) Piękna pogoda, słoneczko świeciło cudownie. Ech zakręciła się człowiekowi łezka w oku…
Dobrze, że poniedziałek miałem wolny to dopiero odpocząłem :D
Dzisiaj na wykopie przeczytałem, że mija 30 lat od premiery albumu Pink Floydów “The Wall”. Ech przypomniało mi się jak słuchałem przegrywanej kasety od starszych kumpli z osiedla :) Ciekawe jak to się miało do praw autorskich. Piosenki wryły się tak w pamięć, że szok. Chwile spędzone przy jamniku Panasonica wciąż będą w pamięci :)

Wrzucę coś You Tuby:

Dlatego, teraz od powrotu z pracy PINK FLOYDZI na mieszkaniu rządzą!

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , | 1 komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.