Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Archiwum z Grudzień 2011

Happy Merry Christmas, Wesołych Świąt i ogólnie wszystkim wszystkiego naj…!!!

Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Grudzień 2011

Nie jestem religijnym typem. Na co dzień, raczej omijam świątynie wszelakiej wiary (chyba , że są to świątynie wiedzy i mądrości – czyli biblioteki). Nie da się jednak (przynajmniej w moim przypadku) przeskoczyć kulturowej i społecznej otoczki. Prawda jest taka, że świętujemy w Polsce od dobrego tysiąca lat narodziny żydowskiego dzieciątka, a to że to dzieciątko wcześniej było pogańskim bogiem raczej odeszło w zapomnienie i obecnie nie ma znaczenia. Dlatego zwyczajnie denerwuje mnie ta poprawność polityczna nakazująca mówić, że świętujemy, bo tak się zdarzyło i tak wypada (bez żadnej wzmianki o korzeniach świąt). Z lekkim niesmakiem patrzę na zachodnią Europę, która ulega powolnej islamizacji i pogrąża się w rozmydlonej tolerancji dla tej jakże odmiennej od naszego stylu życia religii. Prawda jest taka, że są to chrześcijańskie święta i jeśli komuś się nie podoba to może spadać (niezły hipokryta ze mnie, ale jakoś to godzę z samym sobą, pewnie gdybym się urodził w Islamabadzie inaczej bym śpiewał, ale żyję tu i teraz). Mnie cieszy cała ta atmosfera, te całe szopki (dosłownie i w przenośni) po prostu cieszę się kiedy są święta. Uwielbiam “Opowieść wigilijną”, nie wstydzę się przyznać, że “Kevina…” mogę oglądać w nieskończoność, i podobno całkiem niezły jestem jeśli chodzi o śpiewanie kolęd. Dlatego życzę Wam moi drodzy przede wszystkim uśmiechu, dystansu do siebie i całego świata i zdrowego ciała na te święta. Niech Wasza wątroba będzie z Wami!

 

 

 

Dobra, tych piosenek mógłbym myliony i myliony zapodać:) Te, które wrzuciłem to tak dla Was poglądowo. Niech Wasze święta będą spokojne, wódka zimna, karp usmażony i pyszny i cieszcie się sobą nawzajem, bo chyba o to w życiu chodzi:)

Jeszcze tylko film pana co się nazywa Terry Gilliam, związany ze świątecznymi kartkami:

 

Zresztą  znowu filmików około świątecznych jest mnóstwo. Nie będę Wam tu zamieszczał tylko zachęcam do szperania!

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Mój dzień w książkach…

Posted by charliethelibrarian w dniu 19 Grudzień 2011

Postanowiłem dołączyć do zabawy zaproponowanej przez Lirael. Świetna sprawa. Oto zasady spisane przez Lirael:

“Zadanie polega na tym, żeby poniższe zdania uzupełnić tytułami książek, ale muszą to być wyłącznie pozycje przeczytane przez Was w 2011 roku. Tekst należy umieścić na swoim blogu. Osoby, które nie mają bloga, mogą napisać opowieść w komentarzu.

Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .

 

Tak więc:

Mój dzień w książkach

Zacząłem dzień (z) “Katarem”.

W drodze do pracy zobaczyłem “Domy dawnego Krakowa”

i przeszedłem obok “Szkoły Bogów”,

żeby uniknąć “Wojny z Robotami”,

ale oczywiście zatrzymałem się przy “Fotoplastikonie”

W biurze szef powiedział: “Zrób sobie raj”,

i zlecił mi zbadanie “Rur”.

W czasie obiadu z “Królem Bólu”

zauważyłem “Wampira z M-3″

pod  “Wyspą Klucz”.

Potem wróciłem do swojego biurka “W rajskiej dolinie wśród zielska”.

Następnie, w drodze do domu, kupiłem “Dzienniki gwiazdowe”

ponieważ mam “Śledztwo”.

Przygotowując się do snu, wziąłem “Malowanego ptaka”

i uczyłem się “Wojować ze starym człowiekiem”,

zanim powiedziałem Good Night, Dżerzi”.

Moim zdaniem super zabawa i niezłe podsumowanie roku:)

Opublikowany w Książki, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 9 »

Isaac Marion “Ciepłe ciała”

Posted by charliethelibrarian w dniu 16 Grudzień 2011

Isaac Marion "Ciepłe ciała"

Isaac Marion "Ciepłe ciała"

Będę szczery. Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej książki. Wręcz negatywnie sceptycznie. Przecież historia o zakochanym zombie nie może mieć sensu (tak jakby chodzące żywe trupy również miały sens). Uwielbiam tematykę zombie. Jestem fanem; głównie filmów, ale literaturą nie pogardzę również i w swym zadufaniu uważam się trochę za znawcę tematu. Może nie piszę za dużo o tym na blogu, ale obejrzałem wiele produkcji o żywych trupach. Zarówno tych należących do głównego nurtu jak i totalnie amatorskich badziewi. Dlatego nie mogłem przepuścić tak szeroko i pozytywnie komentowanej książki. Moje wątpliwości budził jedynie właśnie fakt silnej reklamy i dużego rozgłosu.

Wspominałem o moim sceptycyzmie, który był nacechowany mocno negatywnie. Otóż jestem świeżo po przeczytaniu książki. Mój instynkt mnie nie zawiódł. Książka śmierdzi. I to nie obrzydliwą zgniłą wonią rozkładającego się ciała żywego trupka. Śmierdzi przeciętnością, banałem, żenadą i romansem dla nastolatków, którym przejadły się zwyczajne i normalne seriale/książki o zakochanych dzieciakach. Teraz potrzebują zakochanych wampirów i zombiaka to się chyba nazywa, paranormal romance czy cuś. Nosz Dżizas, kurwa ja pierdolę. (Przepraszam najmocniej, alem się uniósł gniewem słusznym). Dobra, zrozumiałbym gdyby to miała być parodia tego rodzaju książek dla nastolatków. Ale ja w tej książce żadnej ironii, gry z czytelnikiem nie zauważyłem (no może poza tym, że trupek nazywał się R, jego miłość Julia:). Wręcz przeciwnie główny bohater (żywy trup), bierze wszystko ŚMIERTELNIE poważnie.

Mamy, więc zombiaka, który pamięta tylko tyle, że jego imię zaczynało się na R. R jak to inni żywi „Martwi” musi od czasu do czasu przekąsić mózgiem żywego człowieka. A bo to dobrze wpływa na gnicie, nie łupie go później w kręgosłupie i ogólnie gazy gnilne łatwiej się wypuszcza. Żywy, jeszcze cieplutki mózg to również niezła jazda. Prawie jak po grzybkach. „Martwi” spożywają go by, choć na chwilę przypomnieć sobie jak to jest mieć wspomnienia i czuć emocje. R nie jest typowym zombie. Nie chce jak wszyscy chodzić do Kościoła zombiaków, niechętnie poluje, (ale jak już to robi to jest najlepszy), słucha sobie w samolocie Franka Sinatry i ogólnie jak na gościa, któremu gnije mózg jest bardzo elokwentny i posiada spory zasób wiedzy. Podczas jednej z wycieczek obiadowych zjada mózg jakiegoś żołnierzyka. Po czym przyprowadza do siedziby „Martwych” żywą dziewczynę tegoż żołnierzyk. Od tego czasu R. zaczyna się zmieniać, Julie (to ta uprowadzona żywa dziewczyna) również dostrzega w nim „ludzia”, a nie tylko chodzące martwe ciało. W R. rodzą się już nie tylko larwy muchy plujki, ale również (uwaga będzie mocne słowo) UCZUCIA. I tak oboje rozpoczynają batalię o zmienienie świata, który jest skostniały w swej formie i skończony. Pragną dla wszystkich – zarówno dla ludzi i martwych ludzi: równości, wolności, przyszłości. Z domkami na przedmieściach, dobrą pracą, wakacjami na Florydzie i darmowymi kuponami do McBrainu. Nic nie wspominają o darmowym pochówku, ale martwym ludziom ten postulat chyba nie jest potrzebny do prawdziwego szczęścia. Książka kończy się oczywiście happy endem. Już widzę hicior kinowy z jakimś przystojnym aktorem w roli gnijącego amanta (to się na pewno dobrze sprzeda).  Już kręcą, a gnijącym amantem ma być niejaki Nicholas Hoult.

Po „Ciepłych ciałach” niczego się nie spodziewałem. Jedyną zaletą tej książki jest fakt, że bardzo szybko i w miarę dobrze się czyta. Pisarzowi nie mam nic do zarzucenia, jeśli chodzi o styl pisania. Ale cała ta historia jest dla mnie z mózgu wyssana. Jeśli chodzi o żywe trupy wolę te biegające, powłóczące nogami i jęczące „Brainzzzz! Must eat Brainzzzz!” Albo najlepiej tylko warczące. Nie chcę wykładu o miłości od kolesia, któremu gnije fiutek i śledziona wypada przez dziurę w brzuchu. Widocznie nie jestem już nastolatkiem, (co za odkrycie! Charlie zasługujesz na Nobel Prize) i stoję po stronie konserwy, która nie potrafi zaakceptować tego, że dwójka młodych ludzi, z czego jedno jest martwe, lecz na chodzie, może zapałać do siebie uczuciem gorącym jak w tragedii Szekspira. Zostawiam tę książkę nastolatkom. I muszę na odtrutkę obejrzeć dziś jakiś horror z zombie, które żrą ludzi, aż im (tym zombie) szczęki pękają.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Eduardo Mendoza “Brak wiadomości od Gurba”

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Grudzień 2011

Eduardo Mendoza "Brak..."

Eduardo Mendoza "Brak..."

 Wyobraźcie sobie, że jesteście kosmitami. Lądujecie na Ziemi swoim super wypasionym statkiem kosmicznym w okolicach Barcelony, na początku lat dziewięćdziesiątych. Jesteście czystą inteligencją. Możecie przyjmować dowolne kształty, jesteście nieśmiertelni i możecie telepatycznie porozumiewać się z między sobą. Jeden z Was, dajmy na to nazywający się Gurb wyrusza na rekonesans. Drugi czuwa w statku. Gurb z racji tego, że może przyjmować dowolny kształt staje się przedstawicielem gatunku istot rozumnych o imieniu Martha Sanchez i seksownych kobiecych kształt ach. Wsiada do pojazdu innego autochtona i ślad po nim ginie. Co robicie? Oczywiście, że natychmiast wyruszacie na poszukiwania. Nie znając terenu, okolicy i posługując się dostępnymi informacjami z bazy galaktycznej. Nie będzie łatwo, oj nie. Po pierwsze musicie zrozumieć tubylców. Tubylców, którzy chodzą na dwóch nogach, piją dziwaczne alkohole, jeżdżą prostymi w budowie, ale skomplikowanymi w obsłudze pojazdami, ogólnie robią mnóstwo dziwacznych i dla Was, jako przybyszów z obcej planety niezrozumiałych rzeczy. Musicie być przygotowani na szereg pomyłek, wpadek, wypadków oraz popełnianych na każdym kroku faux pau. Musicie się liczyć z tym, że będziecie mieć kaca, traficie do więzienia, zakochacie się w sąsiadce i będziecie biegać w nartach po głównym deptaku Barcelony. Miasta, które właśnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich. Naprawdę liczcie się z tym, że droga do odnalezienia Gurba będzie długa, kręta, wyboista (to dzięki Katalońskiemu Przedsiębiorstwu Robót Publicznych) i być może nie będzie miała końca.

Jeśli mówią, że śmiech to zdrowie, to lektura tej książki winna być wypisywana na receptę:) Uśmiałem się setnie. Mendoza świetnie operuje groteską, absurdem i humorem. Ta dość cienka książka, którą czyta się bardzo szybko to świetna rozrywka i zabawa. Mendoza kpi i śmieje się z Katalończyków, społeczeństwa i ogólnie z ludzi. Właściwie kosmitę mógłby z powodzeniem zastąpić przybysz z innego kraju, ale wtedy nie mógłby przyjmować postaci Ojca Świętego Piusa XII w celu wzbudzenia zaufania. Cała książka składa się z wielu perełek ironii i groteskowego humoru: na przykład scena podrywania sąsiadki z góry za pomocą metody „pożycz cukier”. Absurd na absurdzie, absurdem pogania, napisany w ten sposób to coś, co Charlie lubi najbardziej. I wbrew pozorom mimo tej całej iście monthy pythonowskiej konwencji Mendoza pokazał mi Barcelonę (z początków lat dziewięćdziesiątych) i ludzi w niej mieszkających lepiej niż niejeden przewodnik. Dowiedziałem się na przykład co to są churros. Polecam gorąco każdemu tę książkę. Polakom, Europejczykom, Niemcom, Hiszpanom, Katalończykom czy też mieszkańcom rodzinnej planety Gurba. Świetna zabawa gwarantowana.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Dashiell Hammett “Szklany klucz”

Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Grudzień 2011

Dashiell Hammett "Szklany klucz"

Dashiell Hammett "Szklany klucz"

Zacząłem. Zacząłem po kryminalnej konferencji bibliotekarzy czytać kryminały.  Dokładniej jeden. Klasyk. Mocny. Zadymiony. Z kapeluszem i whisky oraz cygarem w zębach (taki  był klasyk, ja go tak nie czytałem: po pierwsze nie palę, a od whisky wolę czystą wódkę; ot takie skrzywienie narodowe). Klasyk napisany przez ojca chrzestnego czarnego kryminału. Dobrze zrobiłem, że zacząłem. Intrygę przed czasem rozwiązałem. Wiedziałem kto zabił zanim główny bohater wykrzyczał to w twarz mordercy. Miałem obawy co do sposobu w jaki  mój organizm zareaguje na klasyka czarnego kryminału. Czy nie będzie to zbyt klasyczne danie (to wciąż po „Grillbarze…” mam takie skojarzenia kulinarne). Nie było. Było dobre.

Ameryka czasy prohibicji. Skorumpowani politycy, nielegalne lokale sprzedające kiepski alkohol. Fortuny rodzące się z przemytu i pędzenia podejrzanego bimbru. Hazard, dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Wybory za pasem, lokalny boss półświatka i prominentny biznesmen popiera w wyborach senatora. W tajemniczych okolicznościach ginie syn owego senatora. Ned Beaumont przyjaciel i pracownik bossa postanawia odnaleźć mordercę. Po drodze zostaje pobity, kończy wieloletnią przyjaźń, zostaje zastępcą prokuratora, wygrywa na wyścigach, staje się przyczyną samobójstwa, wypija morze whisky i wypala z kilkadziesiąt cygar. Wszystko to z ironicznym uśmiechem na ustach. Twardy, męski, bezwzględny, przebiegły i inteligentny. Ned nie jest postacią do końca pozytywną. W końcu robi w półświatku. Niejeden grzech i grzeszek ma zapewne na swym sumieniu. Ale czułem do niego sympatię, choć momentami postępował irracjonalnie (wtedy tak mi się wydawało). On miał jednak plan. Przeprowadził go i wykrył sprawcę morderstwa. Na koniec wyprowadził się z bezimiennego amerykańskiego miasta w poszukiwaniu nowych przygód.

To była dobra książka. Ciekawa i dobrze napisana. Klimaty Ala Capone, Niewidzialnych, czy też jednego z moich ulubionych seriali „Zakazane Imperium”. Mężczyźni pachną whisky i fajkami, biją się na pięści, a jednocześnie potrafią być dżentelmenami. Szalone i mroczne lata trzydzieste.

Dasheill Hammett to jeden z twórców, prekursorów i filarów gatunku czarnego kryminału. Dobrze, że zacząłem od jego książki. Na pewno na „Szklanym kluczu” się nie skończy. Polecam książkę nie tylko miłośnikom kryminałów, ale czytelnikom, którzy do tej pory kryminał raczej omijali z daleka (normalnie sam nie wierzę, że to piszę:).

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Maja Lidia Kossakowska “Grillbar Galaktyka”

Posted by charliethelibrarian w dniu 11 Grudzień 2011

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"

Po Lemie, który jest daniem doskonałym aczkolwiek może być postrzegany jako potrawa wyrafinowana oraz wyłącznie dla prawdziwych smakoszy. Czas na coś znacznie bardziej lekkostrawnego i ociekającego sosem galaktycznym. Kossakowska i jej najnowsza książka. Długo kazała czekać na siebie autorka świetnego cyklu o zdemoralizowanych aniołach.

O czymże jest “Grillbar Galaktyka”? Otóż jest o wszystkim! Mamy w nim całą galacticę z jej ogromem, różnorodnością ras, gatunków, planet, zwyczajów, tradycji, technologii i kuchni! Bo przecież każda rasa musi jeść, oprócz Żywych Kryształów z układu Gemmy, które nie jedzą. Są one jednak wyjątkiem i poza nimi wszyscy jedzą wszystko i wszystkich. Hermoso Madrid Iven to szef kuchni w znanej restauracji, który zarządza zespołem prawdziwych wariatów i świrów. Wspólnie przyrządzają jedne z najlepszych dań w Galaktyce. Hermoso zadowolony z życia w miarę jest, kaskę zarabia niezłą, przygody w pracy są, robi to co lubi i nikt mu w gary nie zagląda… Do czasu. Kontrole z Ministerstwa Zdrowego Żywienia z Unii Międzygalaktycznej; pasożyty, które zadziwiająco przypominają ósmego pasażera Nostromo; miłosne rozterki – to wszystko zaczyna go trochę przygniatać. Te problemy to jednak nic wielkiego w porównaniu z oskarżeniem o morderstwo ważnego członka mafii. Hermoso musi brać nogi za pas i wiać na dugi koniec galaktyki. Zaczyna się jego odyseja, tuła się biedaczek od knajpy do knajpy. Nigdzie jednak nie zazna spokoju, bo wciąż mu deptają po piętach nasłani przez mafię cyngle. Pakuje się w jedną przygodę za drugą, poznaje grupkę oddanych przyjaciół, z którymi odkrywa mroczny spisek Śluźni, która pragnie zawładnąć Unią Międzygalaktyczną. Mogę chyba zdradzić, że jego przygody kończą się happy endem:)

„Grillbar Galaktyka” to świetna rozrywka. Kossakowska dobrze i z wyczuciem pogrywa sobie z czytelnikiem odniesieniami do popkultury. Czytało się błyskawicznie, książka zabawna i śmieszna. Brawo za ogromną wyobraźnię i dobrze skrojony Wszechświat. Oczywiście zdarzały się zgrzyty. Momentami za dużo było tych wymyślnych dań z dziwacznych stworzeń oraz kilka fragmentów czuć mocno spalonym patosem i tkliwością. Kossakowska przemyca również polityczne odniesienia do świata naszego. Dostaje się urzędasom z Unii Międzygalaktycznej, którzy chcą zmusić własnych obywateli do bezwzględnego posłuszeństwa, narzucają bezsensowne przepisy, bo społeczeństwo jest za głupie i trzeba każdego prowadzić za rączkę. Zastanówmy się czy czasem nie znamy takiej Unii, co to banany prostuje i wszystkim mówi jak mają żyć, a sama jest na skraju upadku… Nie da się również nie zauważyć, że dostaje się po dupie wszystkim zwolennikom poprawności politycznej, która osiągnęła w Galaktyce Hermoso stopień absurdu (nie tylko w galaktyce Hermoso).

Kossakowska zaserwowała mi kawał porządnie wypieczonej, dobrze przygotowanej frajdy. Oczywiście, aż takiego szału nie było, na kolana nie padłem, do gotowania obcych się nie zabieram, ale bawiłem się znakomicie:)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

Stanisław Lem “Szpital przemienienia”

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Grudzień 2011

Stanisław Lem "Szpital..."

Stanisław Lem "Szpital..."

Coraz bardziej wsiąkam i zanurzam się w Lemie. Skończyłem właśnie jego pierwszą książkę napisaną ponad sześćdziesiąt lat temu. U Lema nie ma znaczenia jak dużo wody w Wiśle upłynęło, jego proza wciąż się podoba, wciąż intryguje i zmusza do zastanowienia się nad naszym życiem, krajem, światem, losem. „Szpital…” to historia młodego lekarza, który zostaje zatrudniony w sanatorium dla psychicznie chorych, gdzieś na świętokrzyskim zadupiu. Niby nic takiego, ot młody pan doktór i jego pierwsza posada. Jednak Stefan Trzyniecki rozpoczyna pracę w kraju, przez który właśnie przeszła zawierucha wojenna. I w tym kraju, który utracił niepodległość i uległ niemieckiemu okupantowi istnieje szpital dla wariatów, który zdaje się być punktem zawieszonym w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Owszem plotki o łapankach i wywózkach dochodzą do pracowników. Traktowane są jednak jako przerażające i odległe echa innego świata. Znacznie bardziej dają się we znaki trudności z zaopatrzeniem szpitala w leki i jedzenie. Poza tymi ograniczeniami życie w sanatorium płynie „normalnym” i „zwyczajnym” trybem. O ile można użyć takich słów w przypadku domu wariatów. Stefan jest bystrym obserwatorem i wraz z nim poznajemy zarówno personel szpitala, który stanowi dość szerokie spektrum różnorakich osobowości, od doktora Kautersa, który trzyma książki oprawione w skórę z wewnętrznej strony kobiecych ud, po doktora Marglewskiego, usilnie starającego się wykazać, że geniusze to w istocie szaleńcy. Pacjentów tego ośrodka również poznajemy dzięki Stefanowi. Różni wśród nich są wariaci. Czy też bardziej poprawnie psychicznie chorzy. I tak mijają nam dni. Wraz ze Stefanem dyskutujemy z poetą Sekułowskim na temat życia, człowieczeństwa, wiary, sztuki. Wszystko toczy się zwyczajnie, aż do wstrząsającego i makabrycznego końca. Końca, który zafundowali obłąkanym Niemcy. Lem oddał mistrzowsko atmosferą ostatniej nocy przed przyjazdem plutonu egzekucyjnego. Chaos, panikę, Armagedon w szpitalnych salach. Rozpaczliwe próby ratowania bardziej „zdrowych”. Bezsilność w obliczu śmierci, przerażenie i strach przed agonią. Tchórzostwo i bohaterstwo okazane przed oprawcami. Ostatnie kilkanaście stron powieści to istne pandemonium.

Lem okazał się dla mnie świetnym pisarzem realistycznym. Scena operacji na otwartym mózgu została oddana tak wiernie i plastycznie, że dosłownie stanęła mi przed oczami. Dodatkowo piękny i interesujący styl pisania.

„Potem w biel przesączyło się nieco złota; nastąpił niepokój, potworzyły się perłowe wiry, aż tuman chmur rozciągnął się po horyzont, ścieńczał, opadł, a z pękających chmur łysnął dzień, lśniący jak nagi owoc kasztanu”.

Piękne czyż nie? Było takich opisów świata znacznie więcej.

Nie sposób mówić o tej książce i nie wspomnieć faktu, że Lem napisał ją w 1948. Było to tuż przed ogłoszeniem socrealizmu głównym i jedynie słusznym prądem artystycznym. Lem opowiadał później, że został zmuszony do napisania dalszych części, które nie będą tak kontrrewolucyjne i będą zawierać więcej elementów słusznej walki klas. I tak „Szpital przemienienia” stał się pierwszym tomem trylogii „Czas nieutracony”. Lem stanowczo odciął się później od dwóch tomów i zabronił ich wydawać. Ja mam wydanie z 1955 gdzie jest trylogia. Przeczytam sobie z czystej ciekawości, co też mistrz i jego krytycy tam nawypisywali. Bo „Szpital przemienienia” uznany został za książkę zbyt wywrotową i godzącą w socjalizm. Nic dziwnego, skoro Lem pisze (wkładając słowa w usta Sekułowskiego): „[…] a jeżeli chodzi o teorie rewolucyjne, nędzarze nie mają czasu na takie rzeczy. Tym się zawsze zajmowali renegaci pasibrzuchów. Ludziom jest zresztą zawsze źle.” Jak można tak pisać w czasach, gdy rewolucja socjalistyczna buduje Nową Polskę. Zresztą książkę Lemowi wydali dopiero po siedmiu latach.

Zamierzam również przypomnieć sobie film Edwarda Żebrowskiego „Szpital przemienienia”. Pamiętam go jak przez mgłę.

„Szpital przemienienia” to książka napisana z klasą. Kto zna późniejsze książki Lema, nie będzie w żaden sposób zawiedziony czy rozczarowany. Jest książką inną od późniejszych, ale widać w niej światły i niezwykły umysł pana Stanisława. Polecam gorąco.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

Eugeniusz Zamiatin “My”

Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Grudzień 2011

Eugeniusz Zamiatin "My"

Eugeniusz Zamiatin "My"

Sięgnąłem do źródeł. Czasem tak trzeba. Sięgnąłem do źródeł antyutopii czy też dystopii. Dystopia to opowieść o społeczeństwie, które mieni się być rajem lecz nim w rzeczywistości nie jest.  Najczęściej dystopijne światy przedstawione są jako światy całkowitej i permanentnej inwigilacji. Książka Zamiatina uznawana jest za modelową i dodatkowo pierwszą powieść dystopijną. Co prawda znalazłem szperając po sieci informacje o innych książkach. Na przykład Jack London (tak ten od „Zewu krwi”) napisał w 1909 roku książkę „Iron Heel” opowieść o Stanach Zjednoczonych rządzonych przez oligarchiczną  tyranię. Herbert George Wells również miał spory udział w tworzeniu powieści, które mogą zostać uznane za dystopie. Jego „Współczesna utopia” czy też, „Kiedy śpiący budzi się” to książki będące podwalinami gatunku fantastyki antyutopijnej. Tak się, bowiem złożyło, że większość powieści antyutopijnych dzieje się z reguły w przyszłości, albo dalekiej, albo bliskiej. Wracając do Zamiatina jego książka została wydana w roku 1920 na Zachodzie i od razu stała się wielkim hitem. Uznawana jest za źródło inspiracji dla Huxleya i Orwella. Dystopijne powieści zakładają od razu, że światy i społeczeństwa w nich przedstawione są złe. Gra pozorów, że jest dobrze i wszyscy są szczęśliwi maskuje w rzeczywistości ogrom niesprawiedliwości i zła. Zamiatin w swej książce poszedł inną drogą lub wytyczył ścieżkę, którą później inni w pewien sposób podążali albo odeszli od niej zupełnie. Chciałem napisać, że u Zamiatina ciężko jest jednoznacznie określić, co jest złe, a co jest dobre. Pokrótce:

Wyobraźcie sobie Państwo Jedyne, które zapewnia swoim obywatelom pożywienie (w stu procentach ekologiczne, przy produkcji, którego nie cierpi żadne stworzenie). Państwo Jedyne dające dach nad głową z niezniszczalnego materiału KAŻDEMU z jego obywateli. Darmową edukację na bardzo wysokim poziomie i pracę dla każdego. Państwo Jedyne dające swoim obywatelom nowoczesną naukę, możliwość zdobywania wiedzy w nieskończoność, racjonalne podejście do życia, bez zbędnych zabobonów religijnych. Zastanówcie się czy nie tego oczekujemy od naszych państw? Oczywiście wszystkie te wygody dostaje obywatel w zamian za… Zawsze jest jakieś ale… W tym przypadku, ALE, to zrezygnowanie z prywatności i dostosowanie się do ogółu. W Państwie Jedynym prywatność istnieje tylko przez kilkanaście minut, gdy ludzie o określonej godzinie spuszczają zasłony na odbycie aktu seksualnego. Przez pozostały czas mieszkańcy i obywatele Państwa Jedynego żyją w przejrzystych pomieszczeniach zbudowanych z niezniszczalnego szkła. Co jeszcze musi oddać obywatel Państwu Jedynemu? Żadnych podatków nie płaci. Państwo utrzymuje się dzięki super technologii i pracy swoich obywateli. W Państwie nie ma pieniędzy, wszyscy mają po równo dóbr doczesnych i równy dostęp do nich. Istnieje sztuka, muzyka, literatura z tymże jest to sztuka matematycznie doskonała. Żadne tam wytryski geniuszu wszystko jest uzasadnione wzorem. Jest, więc piękne, doskonałe i skończone. Idealne społeczeństwo, które wierzy w naukę, matematykę, wszyscy za wszystkich i wszyscy za Jedyne Państwo. Nie ma przemocy domowej, nie ma przestępczości, nie ma prostytucji, nie ma alkoholików, narkomanów, nałogowych palaczy, ludzie żyją dłużej pracując dla dobra Państwa.  Jednocześnie istnieje pamięć o burzliwych czasach starożytnych (czyli czasach współczesnych Zamiatinowi). Czasach zupełnie niezrozumiałych dla ludzi, którzy nie pojmują jak społeczeństwo mogło funkcjonować nie będąc społeczeństwem idealnie zespolonym, zgranym i posiadającym ściśle określony rytm dnia. W Państwie Jedynym wszyscy robią wszystko o określonej z góry godzinie. WSZYSYCY obywatele w tym samym czasie jedzą, w tym samym czasie kopulują, spacerują, w tym samym czasie mają godzinę dla siebie (Państwo Jedyne wciąż walczy o zniesienie indywidualności, ale na musi iść na pewne ustępstwa) Indywidualność jest niemile widziana, dlatego obywatele nie mają imion i nazwisk mają numery. Poznajemy Państwo Jedyne z zapisków Głównego Konstruktora Integralu (czyli statku kosmicznego, który ma zanieść na wszystkie planety dobrą nowinę). Główny Konstruktor D-503 postanawia spisać Dobrą Nowinę innym rasom i gatunkom we Wszechświecie, pragnie wyjaśnić im jak funkcjonuje Państwo Jedyne. Już na samym początku zaznacza, że nie jest poetą a inżynierem, co widać po stylu jego pisania. Z jego zapisków poznajemy Państwo Jedyne, poznajemy jego przywódcę DOBROCZYŃCĘ, który jest wybierany co roku w wyborach jawnych, powszechnych i jednomyślnych. Państwo Jedyne nie jest jednak jeszcze doskonałe, dlatego zdarzają się w nim elementy niedostosowane. A takie jednostki społecznie zbędne mają za zadanie wyłapywać Opiekunowie. Specjalna klasa obywateli będących wiecznie w stanie czujności i podsłuchująca wszystkich. I właśnie taki element: kobietę o numerze I-303 poznaje D-503. I tutaj zaczyna się jego gehenna i zjazd w dół. Zaczyna budzić się w nim dusza, a co najgorsze zakochał się w I-303. Zaczyna postępować irracjonalnie i emocjonalnie. Doprowadzi to do wielu wypadków, które zachwieją podstawami Państwa Jedynego, gdyż I należy do „ruchu oporu”, który pragnie zniszczyć Państwo Jedyne. Zniszczyć nie dając nic w zamian. „Ruch oporu” czyli tak zwani „Mefi” (pewnie od Mefistofelesa) to ludzie pochodzący zza muru otaczającego Państwo Jedyne. Pragną zniszczyć ustrój, by przejąć władzę. Nie mają żadnej alternatywy dla obywateli Państwa Jedynego, wręcz przeciwnie pragną pogorszania ich losu. Czyli nie są żadną lepszą frakcją, po prostu są inni i pragną władzy. D-503 zostaje uwikłany w bunt, ale… Nie będę Wam za dużo zdradzał z fabuły.

„My” nie jest łatwą książką. Głównie ze względu na specyficzny styl pisania, urwane zdania, myśli. Zapiski inżyniera często zmuszają do zatrzymania się i uważnego przyjrzenia jego słowom. Wielu rzeczy trzeba się domyślać i wysnuwać wnioski. „My” jest również książką obfitującą w nawiązania do różnych dzieł literatury. Bardzo dużo znajduje się odniesień do „Biblii”. Gdy czytałem „My” odniosłem wrażenie, że Zamiatin stworzył świat, który powoli staje się naszym światem. Coraz częściej oddajemy w ręce państwa naszą prywatność w imię bezpieczeństwa, spokoju czy wygody. Pragniemy, aby nasze społeczeństwo było bezpieczne, zrównoważone, bogate. Żeby nie było głodu, chorób, przemocy, a tych zjawisk nie ma w Państwie Jedynym. Ale idea i wizja Państwa Jedynego stworzona przez Zamiatina wywołuje u mnie natychmiastowy odruch obronny. Czy chodzi o fakt, że trzeba oddać swoją indywidualność, swoją osobowość dla dobra ogółu? Jest tam fragment o maszerowaniu wszystkich w jednym zgodnym rytmie, wszyscy są ogoleni na łyso i poruszają się jak jeden organizm. Przypomniała mi się scena z “Metropolis” Fritza Langa. Ta scena z maszerującymi robotnikami idealnie oddaje nastrój fragmentu. Przerażająca wizja. Wracając do odruchu obronnego. A może chodzi raczej o brak prywatności, żadnej chwili wytchnienia od oczu innych; które nie są wcale wścibskie. Obywateli Państwa Jedynego nie interesuje prywatne życie sąsiada, bo sąsiad takiego prywatnego życia zwyczajnie nie posiada. Idealnie prawda?

Czytałem sporo o tym, że Orwell mocno się wzorował na książce Zamiatina. Ale „My” jest inne od „Roku 1984” Orwella. Po pierwsze nie ma wyraźnej kasty rządzącej, nikt nie jest robolem, nikt nie czuje się lepszy ani gorszy. Wszyscy mają tak samo. Ewentualnie Opiekunowie mają inne funkcje od innych, ale to nie wiąże się z żadnymi przywilejami. Państwo Jedyne nie prowadzi żadnej wojny, bo nie ma z kim. Na całej planecie pozostało tylko Miasto otoczone Zielonym Murem. Nie ma tradycyjnej rodziny, są Normy Macierzyńskie. Dzieci wychowywane są w szkołach Państwa. W Państwie Jedynym panuje powszechny dobrobyt, nie fałszuje się historii mówi się tylko o głupocie i biedzie Starożytnych uważając Państwo Jedyne za twór społecznie doskonały.

Z innej beczki: dużo w tej książce jest kolorów. D-503 zwraca wielką uwagę na kolorystykę świata, słońca. Wiele wrażeń i uczuć odmalowanych jest kolorami. Czyżby inżynier mógł zostać malarzem? Nie dowiemy się tego nigdy.

Polecam tę książkę gorąco każdemu zainteresowanemu tematyką antyutopii. Można zobaczyć jak wiele z Zamiatina przenika do późniejszych książek z tego gatunku.

P. S. Zupełnie nie w temacie. Bibliotekarze uznawani są za ludzi spokojnych, cierpliwych, wyrozumiałych, bo mają niestresującą pracę i ogólnie nie mają powodów do zdenerwowania.

Chciałem tylko powiedzieć, że osoba, która tak OKRUTNIE, CHAMSKO, BEZCZELNIE pokreśliła egzemplarz książki Zamiatina,  pisząc dodatkowo durne i zupełnie pozbawione polotu komentarze na stronach tej książki będzie się smażyć w PIEKLE. Ja osobiście tego dopilnuję. Już my bibliotekarze mamy swoje sposoby. Dawno się tak nie wkurw…

Zupełnie zepsuło mi to lekturę pod względem wizualnym i intelektualnym.

Kallimach z Cyreny, bibliotekarz w Bibliotece Aleksandryjskiej w momencie, gdy ktoś mu poprzestawiał zwoje na półkach i zburzył porządek w jego Pinakes rzucał na złego czytelnika klątwę. Brzmiała ona mniej więcej tak:

„Obyś ty, który wstąpiłeś w te progi w poszukiwaniu światła mądrości, wiedzy i zrozumienia, który odwiedziłeś gmach, w którym króluje porządek i rozum ludzki, a któryś swym nikczemnym i niegodnym postępowaniem zburzył ten porządek. Obyś dostał biegunki nieustającej, połączonej z hemoroidami oraz przeraźliwym i wiecznym swędzeniem pięt twoich. Obyś nie zaznał nigdy snu sprawiedliwego u boku małżonki swojej, która chrapaniem swym mury burzyć będzie. Oby alkohol nie dawał ci radości, a kac po najmniejszym łyku piwa czy też wina objawiał się potęgą i mocą stada słoni afrykańskich biegnących przez wyschniętą na wiór sawannę. Kto bowiem świadomie przychodzi do gmachu uczoności i świadomie innym przeszkadza w podążaniu ścieżką prawdy i wiedzy ten zasługuje na wieczne męki w Hadesie.”

Siedzę teraz z gumką i ścieram te podkreślenia i bazgroły. Dobrze, że nie przyszło komuś do głowy używać długopisu – zabiłbym.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

The story of lonely bicycle wheel…

Posted by charliethelibrarian w dniu 5 Grudzień 2011

Rower to piękna maszyna. Rower to zbiór wielu, bardzo wielu części zarówno drobnych jak i większych gabarytowo. Te części i elementy muszą ze sobą idealnie współpracować, muszą być zawsze w najlepszym stanie i być gotowe na wszystko. Czasem jednak jakiś bibliotekarz, który myśli, że jest profesjonalnym mountain bikerem, rozwali ważny element w swoim ukochanym rowerku, bo zjeżdżał jak szalony z pagórków w podkrakowskich lasach. Ten sam bibliotekarz niczego się nie nauczył po swoim wypadku i wciąż kusi los. Jednak tym razem za jego lekkomyślność zapłaciła niewinna ośka. Opowiem Wam historię smutną, rzewną, czasem nawet przerażającą. Będą łzy wzruszenia i radości, będą przekleństwa w chwilach gwałtownego uniesienia, ale mogę Wam już teraz zdradzić, że skończy się happy endem.

Biedne kółeczko z uszkodzoną ośką rozpoczęło wędrówkę do warsztatu remontowego. Odczuwało ono bardzo boleśnie brak swojego ukochanego towarzysza. Samotnie tocząc swoje szprychy poszukiwało nasze KOŁO substytutów szczęścia. Na początku próbowało KOŁO samoistnie stanąć na swej oponie. Przez chwilę wydawało się, że sukces został osiągnięty. Stało! Czuło powietrze przepływające przez szprychy, było przez chwilę samo dla siebie i nie potrzebowało nikogo, żadnego wsparcia, żadnej litości i współczucia. W tej jednej chwili KOŁO było władcą wszechświata, było w samym jego centrum. Przez chwilę miało wrażenie, że dokonało przełomu w rozwoju i wytyczyło nową ścieżkę innym jemu podobnym.

KOŁO SAMO!

KOŁO SAMO!

 

Niestety KOŁO nie jest przystosowane ewolucyjnie do tego, by samoistnie stawiać czoła przeciwnościom losu. Zimny prysznic nastąpił bardzo szybko.Bolesna była to lekcja życia. Nasze KOŁO poobijało sobie szprychy i jeszcze bardziej złamało ośkę, już i tak zniszczoną przez wstrętnego Charliego, który skazał KOŁO na wędrówki po zamglonym i zasmogowanym Krakowie.

Lekcja życia

Lekcja życia

 

Poszukiwanie oparcia zmuszało KOŁO do desperackich prób przytulania się do zupełnie obcych słupków. Nadzieje kółeczka na chwilę odpoczynku przy pewnym słupku zostały brutalnie zmiażdżone. Słupek to był zwykły dupek i nie wyrażał chęci pomocy dla kółka.

Słupek - dupek

Słupek - dupek

 

Dalsza wędrówka zaowocowała próbą przypodobania się rowerowi, który istniał w rzeczywistości 2D. KOŁO jest jednak trzywymiarowe i zupełnie nie pasowało do roweru płaskiego jak modelki z Fashion TV.

2D i 3D

2D i 3D

 

Przez zupełny przypadek KOŁO trafiło do biblioteki. Tam przez chwilę znalazło wsparcie i zrozumienie ze strony zakurzonych tomów, mogło nawet przez chwilę zawisnąć w powietrzu. Niestety o kręceniu się nie mogło być mowy. I choć gorąco namawiane na pozostanie za regałami, KOŁO opuściło z żalem gmach biblioteki.

 

Library wheel

Library wheel

Jeszcze długo trwała bezustanna wędrówka KOŁA po Krakowie, który w te dni jawił się niczym z obrazów Wyspiańskiego i wierszy Boya. Młodopolska aura towarzyszyła wędrówce KOŁA, przypominając wciąż o marności tego świata i bólu istnienia. Mgła wymieszana z powietrzem czarnym od dymu z kamienicznych pieców oblepiała KOŁO zimną, lepką warstwą uświadamiając jak ważna i istotna do odczuwania szczęścia całego organizmu jest sprawność i doskonałe zdrowie wszystkich jego elementów. Na szczęście warsztaty krakowskie uporały się z tą okropną usterką i KOŁO w pełni sprawne mogło dołączyć do ukochanego rowerka. Powrót był pełen wzruszeń i choć rower starał się zachować jak na prawdziwego ROWERA przystało i był ciut grubiański to KOŁO zdawało sobie sprawę, że w głębi swej ramy ROWER drży ze wzruszenia.

Happy end

Happy end

 

Mówiłem, że będzie happy end:) Teraz tylko szukam grupy filmowców, którzy zgodzą się napisać scenariusz, zgodzą się nakręcić film za zupełną darmochę, po to by podbić cały świat historią o samotnym kole! Ole!

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Józef Ignacy Kraszewski “Adama Polanowskiego, dworzanina króla Jegomości Jana III, notatki”

Posted by charliethelibrarian w dniu 4 Grudzień 2011

Józef I. Kraszewski "Adama..."

Józef I. Kraszewski "Adama..."

 Dołączyłem do pewnego projektu. Projekt Kraszewski to inicjatywa świetna i czasem trzeba coś zrobić kolektywnie i w grupie. Postanowiłem pomóc entuzjastom i również przeczytać jakąś książkę tego pisarza. Z lat młodości pamiętam “Starą baśń” oraz “Hrabinę Cosel”. Więcej książek chyba nie czytałem, a za wszystkie nieprzeczytane serdecznie żałuję i proszę o możliwość przeczytania większej ilości.

Bez poważniejszego wstępu się nie obejdzie. Kraszewski “płodnym” pisarzem był. Płodnym to mało powiedziane, on był prawdziwym buhajem twórczości. Książki sypały się z jego rąk jak publiczne pieniądze na wynagrodzenia i premie dla urzędasów. Jedna za drugą, i za trzecią, później była czwarta i piąta (chwalę się umiejętnością liczenia)… Napisał dwieście trzydzieści dwie powieści (232)! I są to same powieści, dzieł innego rodzaju nawet nie zliczę. Ja wziąłem, zabrałem się, ruszyłem do czytania „Adama Polanowskiego…”. Książka ta opisuje nam panowanie Jana III Sobieskiego. Narratorem jest fikcyjna postać członka hetmańskiego, a później królewskiego dworu. Polanowski jest szlachcicem prawym, szlachetnym, który ze zgrozą opisuję wszelkie matactwa, kupczenie urzędami, zrywanie sejmów, walki i intrygi dworskie. Polanowski to szlachcic prosty, uczciwy i nie wątpiący ani przez chwilę w dobroć i szlachetność Jana III, który w powieści przedstawiony jest jako człowiek i władca idealny, któremu trafiła się żona chciwa, ambitna, jędzowata i to przez nią Sobieski nie może skutecznie władać Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Oj, dostało się Marysieńce Sobieskiej. Polanowski nie lubi tej francuskiej lafiryndy straszliwie. Cały upadek i rozpad państwa to wina tej dumnej i wyniosłej baby. Ja pamiętam z liceum, że Marysieńka poprzez listy Sobieskiego, była przedstawiana nam zupełnie inaczej. Zostawmy tą francuską zołzę i przejdźmy dalej. Polanowski barwnie odmalowuje nam obraz chylącego się ku upadkowi mocarstwa, które w ostatniej przedśmiertnej drgawce zmiażdżyło Turków pod Wiedniem. Przypatrujemy się rozkładowi państwa, które z potęgi militarnej i politycznej przekształciło się w marionetkę sterowaną przez sąsiadów. Czytałem wydanie z pięćdziesiątego pierwszego roku. Znalazłem tam posłowie, w którym mowa była o walce klas, schyłkowym feudalistycznym społeczeństwie oraz mackach rodzącego się na Zachodzie kapitalizmu. Taka mała uwaga, że do wszystkiego można było dorobić filozofię, jaką się chciało.

Kraszewski świetnie oddaje obyczaje, zwyczaje, rzeczywistość końca siedemnastego wieku. Język jest stylizowany na język epoki, mamy trochę wtrąceń łacińskich, ale są one tłumaczone. Mnie na przykład zastanowiło, że słowo hipochondryk było w tym wydaniu przetłumaczone na słowo śledziennik. Dla mnie śledziennik to było niezrozumiałe i nieznane słowo. Hipochondryka od razu skojarzyłem. Jeszcze jedna refleksja dotycząca słów. Polanowski mówi o ewencie (po łacinie wydarzenie). Dziś w naszych czasach furorę robi angielskie słowo event (to samo znaczenie, co po łacinie). Dla mnie kolejny dowód na to, że wszystko już było, a historia kołem się toczy:) Kraszewski nadąża za zamieniającymi się modami językowymi, a nawet je wyprzedza:)

Ogólnie lektura notatek Polanowskiego była przyjemna, nie zmęczyłem się bardzo, książka może być dobrym wprowadzaniem do poznania historii tamtego okresu i zainspirować do poszukiwania informacji na własną rękę. Ja zauważyłem, na kilku forach historycznych w tematach dotyczących właśnie Sobieskiego cytowane są fragmenty książki bez podania źródła oczywiście. Stwierdzam, że warto było dołączyć do projektu i na Polanowskim na pewno nie poprzestanę.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.