Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Archiwum z Listopad 2011

Marcin Wolski “Wallenrod”

Posted by charliethelibrarian w dniu 29 Listopad 2011

Marcin Wolski "Wallenrod"

Marcin Wolski "Wallenrod"

Kolejna książka z cyklu Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu”. O poprzednich pisałem tu i tu.

Marcin Wolski do tej pory raczej kojarzył mi się z satyrą. A to przecież płodny pisarz fantastyki jest. Niewykluczone, że w moich młodzieńczych latach zetknąłem się z prozą pana Marcina. Fakt ten został pogrzebany w czeluściach mej pamięci lub zginął wraz z którąś z moich szarych komórek. Na potrzeby dzisiejszej recenzji przyjmijmy, że jest to moja pierwsza książka Wolskiego. Nie mam żadnych uprzedzeń i negatywnego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Skoro książka ukazała się w cyklu „Zwrotnice czasu” musi być ciekawa. Poprzednie dwie, które przeczytałem wywarły na mnie bardzo dobre i cudowne wrażenie.

Co autor miał na myśli pisząc „Wallenroda”? Sam tytuł może nam dużo powiedzieć. Postać Wallenroda powinna być znana każdemu nawet bardzo słabo wykształconemu Polakowi. Do literatury wprowadził ją niejaki Mickiewicz, co to z „Panem Tadkiem” i „Zosieńką” niejednego „Poloneza” obalili… Ekhm… znaczy się zatańczyli. Pomysł pana Wolskiego jest prosty. Piłsudski żyje znacznie dłużej dzięki tajemniczej postaci doktora Vallbonne (mam skojarzenia z serkiem). UWAGA! SPOILERY! (nie będą przeszkadzać zbytnio w lekturze). Twardą ręką rządzi krajem, zawiera pakt z samym diabłem (Adolf H.). Atakujemy wraz z Niemiaszkami Sowietów. Wojnę z Ruskimi wygrywamy, później wspólnie z Luftwaffe rozwalamy Francję i Anglię, a na końcu ratujemy Nową Jerozolimę na Ukrainie przed atomowym holocaustem… KONIEC SPOILERÓW! Pomysł szalony, a powiedzieć, że historia ta jest mocno alternatywna to tak, jakby powiedzieć, że Grecja przeżywa drobny kryzys. Całą akcję fabularną znamy ze wspomnień Heleny Wichmann agentki polskiego wywiadu, która dotarła bardzo blisko Führera. Wspomnienia te otrzymuje mejlem postać dziennikarza z naszego świata i dzięki cybernetycznym geniuszom udaje mu się go (tego mejla) odczytać.

Tyle w kwestii fabuły. Teraz o wrażeniach z lektury. Czytało się bardzo szybko. Wartka akcja, interesujące pomysły, (choć bardzo szalone) sprawiły, że łyknąłem książkę w drodze z Krakowa do Wrocławia. A lektura do cienkuszy nie należy. Byłbym tutaj śpiewał peany pochwalne na cześć, ale… I tu się zaczyna nie jedno ale, ale nawet kilka ale. Czy wspomniałem, o Ale (to takie piwo jest). Lubię historie, w których Polska okazuje się potęgą, wygrywa wszystkie wojny, a kraj nasz jest krainą miodem i wódką płynącym (chyba coś pomieszałem, ale niech tak zostanie). Zaspokaja to moją wewnętrzną potrzebę bycia Członkiem Wielkiego Mocarstwa, w skrócie CzWM. Znam jednak w miarę dobrze historię, jestem mimo mej ckliwej i romantycznej natury dobrze zorientowany w szarej rzeczywistości i jeśli ktoś za dużo miesza potrafię to wyczuć (przynajmniej tak mi się wydaje). A takie odniosłem wrażenie przypadku tej lektury. Czułem podczas czytania, że autor pisząc książkę również zaspokaja swoją wewnętrzną potrzebę bycia CzWM. Nie mówię, że to źle. Sam napisałem wyżej, że książkę czytało się szybko i dość przyjemnie. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Podczas lektury zauważyłem kilka stylistycznych i merytorycznych błędów (przyganiał kocioł garnkowi – sam na swoim blogu walę byka za bykiem, a czepiam się innych). Już na pierwszej stronie polskie bombowce bombardują siedzibę premiera, przy Dowling Street (Downing Street winno być). Było parę potknięć, jeśli chodzi o ciągłość akcji.  Niby nic wielkiego przecież to książka fantastyczna, a nie naukowa, co nie zmienia faktu, że błędy były widoczne i mnie irytowały. Widoczne również były nawiązania do naszej rzeczywistości. Niektóre fajne i intrygujące, inne tak nachalnie podane, że trochę mnie zmierziły. Na przykład autor perfidnie zemścił się na Anglikach za nasze zniszczone miasta rozpierdalając Anglię w drobny mak.

Podsumowanie nastąpi teraz i będzie krótkie. W mojej opinii dobry zabijacz czasu, nie ma się co za bardzo unosić patriotycznymi uczuciami podczas lektury. Zdecydowanie najsłabszy tom z przeczytanych przeze mnie z cyklu „Zwrotnice czasu”. Do pociągu w sam raz. Wciągnęła mnie, trzymałem jednak dystans.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Kriminal Breslau Zusammenfassung!!!

Posted by charliethelibrarian w dniu 28 Listopad 2011

Przepraszam za ten niemiecki, ale jakoś tak po Krajewskim Wrocław to dla mnie Breslau (oczywiście nie chcę w niczym urazić wrocławiaków, miasto mają przepiękne). Nie pisałem na bieżąco, gdyż zwyczajnie nie miałem kiedy tego robić. Żyję. Na szczęście na festiwalu kryminalnym oraz na konferencji bibliotekarzy nie było żadnych zwłok znalezionych w wannie, nie było zasztyletowanych ofiar w hotelowych pokojach, tak samo jak nie było otruć, a nawet zatruć. Wisielców, którzy ewidentnie sami się nie powiesili też nie było. Co zatem było?

Były warsztaty dla bibliotekarzy z pisarzami, ludźmi zajmującymi się literaturą kryminalną, były spotkania z autorami polskimi i nie tylko. Były dyskusje (czasem bardzo gorące) o naszej pracy, misji i rzeczywistości, która nas otacza. Wszystko to we wspaniałej atmosferze pełnej zrozumienia i życzliwości (alem napisał, tak jakbyśmy nie bawili się  przy okazji świetnie). Naprawdę, było widać, że na Kryminalną Konferencję Bibliotekarzy przyjechały osoby, które są nie tylko pasjonatami literatury, ale również bardzo aktywnymi zawodowo bibliotekarzami i bibliotekarkami.

Organizacja festiwalu stała na wysokim poziomie, a tłok panujący w klubach i salach, gdzie odbywały się spotkania i wykłady otwarte świadczył chyba bardzo dobrze o samym festiwalu.

Teraz pozostaje mi tylko zabrać się do lektury polskich i nie tylko kryminałów:) I oczywiście wykorzystać uzyskaną wiedzę z konferencji do poprawy bytu bibliotekarza oraz bytu czytelników.

I w tle konferencji – Wrocław miasto, które udało się choć trochę  zobaczyć w wygospodarowanym czasie wolnym. Miasto, które mnie urzekło, w którym widać, że się dzieje… Miasto, w którym trzeba się uzbroić w ogromną cierpliwość czekając na zmianę świateł z czerwonych na zielone (wrocławscy piesi są chyba jednymi z najbardziej cierpliwych w tym kraju, chociaż i tak sporo ludzi przechodziło na czerwonym:). Krasnoludki jeden na drugim, Ostrów Tumski, most pokutnic, Ossolineum, biblioteka uniwersytecka to tylko niektóre miejsca, które zdążyłem zobaczyć:) Z pewnością odwiedzę Wrocław w przyszłości. I zostanę tam dłużej, zobaczę więcej i ogólnie będzie cudownie:)

Teraz garść zdjęć (taka nieduża garść zdjęć).

Krasnal przy katedrze Marii Magdaleny

Krasnal przy katedrze Marii Magdaleny

 

Widok z mostu pokutnic

Widok z mostu pokutnic

 

Biblioteka Uniwersytecka

Biblioteka Uniwersytecka

To by było na tyle:)

 

P. S. Byłbym zapomniał. Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszy kryminał w Polsce dostała pani Gaja Grzegorzewska.

P. S. 2 A tak było na gali z okazji wręczenia nagrody:

 

Opublikowany w Praca, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Kriminal Breslau!!!

Posted by charliethelibrarian w dniu 23 Listopad 2011

Nadaję na gorąco:) Nie chwaliłem się wcześniej, ale udało mi się dostać na I Kryminalną Konferencję Bibliotekarzy, która odbywa się w mieście Wrocław w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Przepraszam wrocławiaków za tytuł wpisu, ale nie mogłem się powstrzymać.

I jakież to zadziwiające losy człowiecze są. Ja, który kilka wpisów temu deklarowałem mój stosunek do kryminałów, jako cokolwiek obojętny biorę udział w Festiwalu poświęconym literaturze, w której trup ściele się gęsto, prywatni detektywi śledzą czujnie a zmęczeni życiem i wódą policaje łapią morderców (pięknym stereotypem pojechałem, ale cóż:) Pierwsze wrażenia z mojego pobytu we Wroclove: dworzec mają rozkopany nieźle, chodniczki całkiem wąskie, ale za to na rynku budki przedświąteczne całkiem jak u nas w Krakau:) Ratusz fajny, plac Solny urokliwy, hotel po prostu super:) Widać również pełen profesjonalizm organizatorów. W hotelu przywitała mnie garść zaproszeń, pełen program, książka “Jak zostać pisarzem” i nawet bileciki Wrocławskiej Komunikacji Zbiorowej, którymi podążać mamy do miejsc warsztatów dla nas bibliotekarzy. Cieszy mnie ogromnie takie podejście organizatorów, świadczące o powadze i szacunku jakim darzą bibliotekarską brać, a raczej siostrzać, bo bibliotekarek na konferencji przytłaczająca większość:) Warsztaty zapowiadają się ciekawie, a imprezy Międzynarodowego Festiwalu również mnie przyciągną. Kto wie może po tej Konferencji zostanę zagorzałym wielbicielem literatury kryminalnej?

A tutaj macie link do kanału MFK na Youtubie, akurat kulinarne popisy pana Makłowicza:

I jeszcze trailer jednego z moich ulubionych seriali kryminalnych:

 

 

P. S. Obawiam się trochę, że organizatorzy Festiwalu postanowili zaprosić bibliotekarzy, zamknąć ich w sali wykładowej, zamordować jednego tajemniczo a potem przeprowadzić drobiazgowe śledztwo. Będę Was informował na bieżąco…

 

 

P. S. 2 A jeśli będę milczał…

 

Opublikowany w Praca, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Stanisław Lem “Katar”

Posted by charliethelibrarian w dniu 21 Listopad 2011

Stanisław Lem "Katar"

Stanisław Lem "Katar"

Ech, nie zostałem posiadaczem Kindla:( Gratuluję zwyciężczyni Claudette :) A ja zostaję póki co w świecie “analogowych” książek.

Katar moi drodzy, to zmora ludzkości na którą nie wynaleziono jeszcze lekarstwa. Jedynie Goździkowa może coś na ten temat wiedzieć, ale ona siedzi w bólach głowy i raczej nie prędko podeśle nam rozwiązanie. Lem w swojej książce również nie dał ludzkości szans na wyleczenie się z kataru. Gorzej! Sprawił, że katar sienny może być przyczyną zgonów! A jeśli dodatkowo jesteś bogatym, samotnym turystą po pięćdziesiątce z USA, przebywającym na kuracji w kąpieliskach siarkowych we Włoszech to masz przechlapane. Katar sienny okazuje się jedną z cech wyróżniających ofiary tajemniczych śmierci, które poprzedzone są nagłymi napadami szaleństwa. I ów wyżej wspomniany katar (niech będzie na wieki przeklęty on i potomstwo jego!) może powodować śmierć, ale nie musi. Zmiennych jest bowiem tyle, że prywatny detektyw będący kiedyś astronautą musi się zwracać o pomoc do francuskich naukowców z ich specjalnym superkomputerem. Komputer może się przyda, może się nie przyda. Ale przygoda astronauty jest jak najbardziej ciekawa, interesująca i wciągająca.

Przeczytany przez mnie, kolejny kryminał Lema. Kryminał, który choć ociera się o science-fiction raczej typowym science nie jest. Mamy co prawda podróż na Marsa, ale tylko jako tło. Mamy bliżej nieokreśloną sytuację polityczną panującą na świecie i w Europie podczas śledztwa, ale również można ją uznać za mało ważną. Ważne w tej powieści jest prawdopodobieństwo, dedukcja i intuicja. Ważna jest trafna analiza świata i obnażenie roli “przypadku”, który w końcowym rozrachunku przypadkiem nie jest. Lem w sposób bardzo inteligentny potrafi prowadzić z czytelnikiem grę co rusz podsuwając mu pod nos nieprawdopodobne scenariusze wydarzeń. Tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe. Czy za dziwnymi i trudno wytłumaczalnymi zgonami amerykanów stoją terroryści? Czy też w grę wchodzi obca cywilizacja, której ludzkość nigdy nie pozna i nigdy nie zrozumie, gdyż liczba możliwych cywilizacji zupełnie różnych od nas jest ogromna. Pan Stanisław po raz kolejny miło mnie zaskoczył robiąc ze “zwykłego” kryminału bardzo interesującą i zajmującą książkę. Zagadka kryminalna jest tutaj ważna nie przeczę. Jednak jakoś nie było mi spieszno do poznania jej rozwiązania.

Lem pisał “Katar” w połowie lat siedemdziesiątych. Amerykanie podbijali wtedy kosmos, po Księżycu misja na Marsa wydawała się oczywistą oczywistością. Sytuacja polityczna świata była niespokojna, we Włoszech działały lewackie grupy terrorystyczne (Lem uczynił zamach terrorystyczny jednym z wątków w swej książce). Czytając “Katar” po raz kolejny mogłem ujrzeć talent pisarza do jak najbardziej trafnej oceny rzeczywistości, mechanizmów rządzących ludźmi i cywilizacją.

Polecam gorąco:)

 

P. S. Znajdziecie nawet kilka smaczków językowych sprzed trzydziestu sześciu lat:) (Tusz – kto bierze tusz?)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Stop DRM. Free your mind.

Posted by charliethelibrarian w dniu 19 Listopad 2011

Przykuta do pulpitu

Przed wiekami, gdy książki były rzadkością ich posiadacze mieli w zwyczaju przypinać łańcuchami swoje egzemplarze do pulpitów. Zrozumiałym jest, że bali się kradzieży cennej rzeczy, ale na pewno nie mieli nic przeciwko temu, że ktoś przepisał sobie fragment dzieła. Minęły stulecia, po drodze Gutenberg wynalazł druk, książki stały się powszechne. Ludzkość przeżyła odrodzenie, barok, oświecenie, wiek pary i elektryczności. Wkroczyła w erę atomu, dziś jest w erze cyfrowej.

Gdzie jest kluczyk do kłódki?

Przez wszystkie stulecia podstawą rozwoju ludzkości był przepływ informacji. Nie tylko pomiędzy wynalazcami i naukowcami, ale również ludźmi, którzy korzystali z ich odkryć. Był on możliwy dzięki książkom, które stanowiły platformę wymiany myśli i poglądów. Jednak „analogowa” książka miała swoje ograniczenia, jeżeli chodzi o dostępność.  Internet i elektroniczne książki umożliwiły rewolucję w rozpowszechnianiu informacji. Dzięki cyfrowemu udostępnianiu wydawnictw, jeszcze nigdy w historii ludzkości, tak wielu ludzi nie miało tak łatwego dostępu do wiedzy i informacji.

DRM – kula u nogi?

Jako bibliotekarz udostępniam ludziom najczęściej książki w „analogowej” formie. Wyobraźcie sobie, że przychodzicie do mojej biblioteki będąc ZAPISANYMI czytelnikami i posiadając pełne prawa do wypożyczenia książki. Dowiadujecie się ode mnie, że i owszem możecie ją wypożyczyć, ale czytać musicie w określonym miejscu, pozycji i z jednym okiem przymkniętym, bo taką wolę wyraził wydawca, a wszystko to w imię ochrony praw autorskich. Tak mniej więcej działa DRM (Digital Rights Management) po polsku cyfrowe zarządzanie prawami. Idea może szczytna, ale wszelkie działania, jakie podejmują wydawcy książek elektronicznych, gier, muzyki, filmów, programów zamiast uderzać w piratów, uderzają w użytkowników, którzy legalnie nabyli produkt. DRM nakłada na nich mnóstwo ograniczeń, które utrudniają korzystanie z LEGALNIE zakupionego wytworu. DRM to przykład czystej paranoi i braku zrozumienia potrzeb klientów przez wydawców.

Dlatego bardzo mi po drodze z KONKURSEM księgarni Ebookpoint.pl, w którym biorę udział powyższym wpisem:)

Przygotowałem również grafikę, która oddaje moje odczucia dotyczące DRM.

DRM

STOP DRM

Mam nadzieję, że się podoba:)

 

Wspierałem się tym i tym. Czcionka ta i ta.

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Henryk Wernic “Druga książka do czytania dla dzieci do lat 10″

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Listopad 2011

Henryk Wernic "Druga książka..."

Henryk Wernic "Druga książka..."

Podczas lektury tej książeczki przeznaczonej do nauki czytania uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, kiedy nauczyłem się czytać. Owszem pamiętam moją pierwszą samodzielnie wybraną i przeczytaną książkę (pisałem o niej tutaj), ale nie pamiętam momentu, kiedy z analfabety stałem się człowiekiem w pełni piśmiennym. nie mogę sobie tego przypomnieć za Chiny Ludowe. Mniejsza z tym. Co mnie podkusiło żeby sięgnąć po książkę do nauki czytania sprzed ponad stu laty? Zapewne to moja wrodzona ciekawość i zainteresowanie starymi wolumenami:). Co prawda do tej książeczki określenie wolumen pasuje jak kwiatek do kożucha, ale co mi tam.

Ja raczej nie czytam książek dla dzieci. Póki co własnego potomstwa nie posiadam (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), a dzieci z rodziny i u przyjaciół widuję zbyt rzadko żeby mieć szansę zapoznać się z ich obecnymi lekturami. Sam jednak byłem dzieckiem i klasykę znam. “Druga książka…” to mocna klasyka. Tak mocna, że chyba już nieznana. I znowu Charlie ma za zadanie wydobyć z mroków i czeluści Magazynu Bibliotecznego na światło dzienne, zapomniane dziełko, zapomnianego pedagoga i napisać wkrótce zapomnianą recenzję. Ech, co za los…

“Druga książka…” składa się z kilkudziesięciu krótkich czytanek. Niektóre są wierszykami, inne zagadkami, większość to czytanki opisujące różnego rodzaju zwierzątka, w ich naturalnym środowisku mamy więc kózkę, gołąbka, jaszczureczkę, owieczkę. Jak to w książce dla dzieci. Wszystkie te czytanki niosą przesłanie jasne i proste: ucz się i pracuj, bądź miłosierny i pomagaj bliźnim. Nie kłóć się i nie kradnij, bo inaczej umrzesz śmiercią straszliwą. No dobra, może nie straszliwą, ale umrzesz. Nie znam się na dzisiejszej literaturze dla dzieci. Dla małych dzieci. Ale chyba tam tak otwarcie się nie mówi o śmierci? Chyba, że ja już jestem przewrażliwiony, najlepsze są historyjki z morałem, w stylu wróbelek schował się w gnieździe jaskółek, one zamurowały mu wejście i hultaj zmarł z głodu. Większość czytanek wygląda w ten właśnie sposób. Ładnie opisane jakieś stworzenie, miejsce, po czym następuje lakoniczny komentarz będący morałem. Do łez rozbawiła mnie historia psów z zakonu św. Bernarda, czyli Bernardynów (no shit Sherlock!). Wzruszająca historia o Barrym, dzielnym psie, który przez dwanaście lat wiernej służby w alpejskich górach, odszedł na zasłużoną emeryturę. I tak dożył swoich dni. I kiedy dożył tych swoich dni, oto co go spotkało. Przeczytajcie sami historię Barrego:

Story of Barry

Story of Barry

Story of Barry 2

Story of Barry 2

 

Grande finale

Grande finale

 

Szkoda mi się zrobiło Barrego. Jakoś tak moim zdaniem normalne zgnicie w ziemi bardziej pasowałoby do bohatera. Ciekawe czy jeszcze tam stoi na straży?

Podczas lektury rozpoznałem kilka motywów z Jachowicza, zauważyłem również, że język tych powiastek był ciut archaiczny jak na 1907 rok. Nie zwróciłem uwagi, że miałem kolejne wydanie tej książki. Niestety nie udało mi się ustalić, w którym było pierwsze. Ale na pewno sporo wcześniej.

Czy dziś te czytanki sprawdziłyby się? Uważam, że całkiem sporo z tych rzeczy po retuszu i odświeżeniu mogłoby służyć jako czytanki. Oczywiście po bardzo starannej selekcji i dużym liftingu.

Kolejna pozycja z mroków wyniesiona na światło dzienne. Misja spełniona. Charlie może spokojnie przetrzeć nos zaatakowany wielowiekowymi grzybami i odpocząć. Uff…

 

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Łukasz Śmigiel “Decathexis”

Posted by charliethelibrarian w dniu 14 Listopad 2011

Łukasz Śmigiel "Decathexis"

Łukasz Śmigiel "Decathexis"

Zacznę od tego, że chciałem podziękować Cedro za książkę, którą wygrałem w TYM konkursie. To bardzo miłe.

Czy moi drodzy boicie się Śmierci? Nie lubicie tej kostuchy z kosą, co to zabiera nas nie wiadomo gdzie? Bo ja jej nie lubię. Nie lubię jej bardzo. I chyba się boję. Może dlatego oglądam te horrory klasy ziet, żeby ją trochę ośmieszyć i sprawić, że będzie wyglądała głupio. A co by było gdybym żył w świecie, gdzie Śmierć jest religią panującą i każdy aspekt życia poświęcony jest przymilaniu się (w przeciwieństwie do naszego kościotrupa) tej ładnej damie z kosą. Świat Kierkegaardu jest właśnie miejscem, gdzie ludzie czczą Śmierć. Jest ona Królową wszystkiego. Cały przemysł, gospodarka, kultura i obyczaje poświęcone są Morii. Jeśli coś idzie nie tak, to na pewno Moria się gniewa. Trzeba, więc rozerwać na strzępy jakiegoś starca w ramach Mordu Kolektywnego. A jeśli będziemy należeć do sekty cierpiętników to na pewno się ucieszymy, że po naszej śmierci trafimy w brzuchy naszej rodziny, a naszego peniska zjedzą wdowy po nas. Cmentarze i wszechobecne nagrobki to niepodzielnie panujący w stolicy Kierkegaardu Kirkucie trend architektoniczny. Ale niech Was nie przerażają mroczne rytuały, które odprawiane są przez kapłanów Morii. Nie bójcie się rozszarpania żywcem przez dziki tłum w ramach Mordu kończącego tydzień pracy. Nie bójcie się dopóki nie jesteście starzy i chorzy. Wtedy raczej na sto procent traficie na listę loteryjną, a później wasze ciało zostanie rozerwane na drobne cząsteczki, które zostaną zabrane na pamiątkę. Nie bójcie się tego. Bo wbrew pozorom „Decathexis” nie jest książką ponurą i smutną. Te wszystkie rytuały, tortury i obrzydliwości mają za zadanie uświadomić żyjącym, że żyją! I nawet oblizywanie stóp rozkładającemu się trupowi, jest w jakiś sposób chorą, wypaczoną afirmacją życia. Bo wbrew pozorom w tym świecie naznaczonym śmiercią ludzie trzymają się życia i choć nie jest to powiedziane wprost, to lubią życie. Boją się do tego przyznać, bo w końcu mają tradycję, tysiącletnie rytuały, które do tej pory się sprawdzały. Na szczęście idzie nowe! Nauka i postęp cywilizacyjny głoszący upadek starego, okrutnego systemu! Światłość i para zawładną królestwem Kierkegaardu, a zabobon i ciemnota odejdą w zapomnienie! Na czele zmian stoi młoda królowa, która przy pomocy zakochanego w niej młodego tanatologa  Jona Pendergasta wprowadzi królestwo na drogę postępu i cywilizacji. Jednak zaplute karły Morii nie śpią i szykują bardzo niemiłą niespodziankę postępowcom.

Książka jest świetna! Czytało mi się bardzo dobrze. Bawiłem się setnie poznając szalone pomysły autora dotyczące wykorzystania różnego rodzaju mitów, legend, religii w stworzeniu świata Kierkegaardu. Świetny język, bardzo plastyczny i sugestywny odmalował mi świat, w którym po ulicach paradują dżentelmeni niczym w wiktoriańskiej Anglii, a jednocześnie na placyku miejskim odbywa się egzekucja w stylu prymitywnego plemienia. Obrazy tortur, gnijących ciał, morderstw były bardzo wyraziste, jednocześnie napisane w taki sposób, że nie odrzucały zbytnio. Zresztą książka to solidna mieszanka horroru, kryminału, powieści przygodowej, powieści fantasy i Bóg wie czego jeszcze. Wyszło to książce na dobre, ale daje się odczuć, że to jest bardzo silny miks.

Nie jest jednak tak, że książka „Decathexis” nie jest pozbawiona wad. Czego mi brakowało? Zakończenie! Troszkę mnie rozczarowało, nastąpiło zbyt szybko i co prawda dało otwarcie na następny tom i kontynuację przygód Pendergasta, ale było zbyt oczywiste i trochę nachalne wręcz. Zresztą do pewnego momentu wszystko rozwija się fajnie, dzieją się interesujące rzeczy i nagle wszystko przyspiesza. Zbyt przyspiesza. Ja chciałbym mieć okazję lepiej poznać Jona, poznać również fascynujący świat Kierkegaardu. Autor nie dał mi tej szansy w takim stopniu, w jakim chciałbym. Nie można mieć wszystkiego:)

Polecam gorąco! Ciekaw jestem następnego tomu, jeśli się pojawi. I jeszcze raz dziękuję Cedro:)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Ludwik Stanisław Liciński “Halucynacje ; Z pamiętnika włóczęgi”

Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Listopad 2011

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

 

Kiedy czytałem próbę biografii Korczaka, Joanna Olczak – Ronikier wspomniała o epizodzie w życiu młodego Janusza, w którym Korczak włóczył się po melinach i pił wódkę z prostytutkami, złodziejami i “andrusami” warszawskimi. Towarzyszem jego eskapad był pisarz, który był “wschodzącą” gwiazdą polskiej literatury. Wielu uznanych polskich literatów, dziennikarzy, krytyków literackich wróżyło mu ogromny sukces. Mówiono o nim, jako burzycielu  starego porządku, piewcy nędzarzy i dziwek. Miał być poetą o iście młodopolskim stylu będącym za pan brat z przedstawicielami proletariatu. Z tego, co wyczytałem z biografii pisarza, to rzeczywiście niezłym był włóczęgą, pijakiem, brał nawet udział w rewolucji 1905 roku. Ścigany przez Ruskich i Austriaków pałętał się od zaboru do zaboru. Ogólnie był pisarzem, który żyje takim życiem, jakie opisuje w swoich książkach. Wielu biografów Zofii Nałkowskiej określa go jako wielką niespełnioną miłość pisarki. Co mnie uderzyło, to podkreślane wszędzie opinie wystawiane Licińskiemu przez mu współczesnych dotyczące jego wielkości, ogromnym talencie literackim i niesamowitej wrażliwości społecznej na krzywdę dołów społecznych. Miał być objawieniem i jego literatura miała odmienić oblicze Ziemi, tej Ziemi. Weryfikacja nastąpiła dość szybko. Już w kilkadziesiąt lat po jego śmierci na gruźlicę w wieku trzydziestu czterech wiosen. Nikt z szerszej publiczności o Licińskim nie pamięta. Kojarzą go jedynie poloniści siedzący w bibliografiach literatury polskiej i niejaki Charlie bibliotekarz, który w swej bibliotece miał egzemplarz jego dzieł wydany z okazji siedemdziesięciolecia zgonu pisarza. A Charlie sięgnął po niego tylko, dlatego, że pewna pisarka wspomniała o nim w biografii Starego Doktora, bo Stary Doktor zanim był Stary to był młody i wódeczkę też lubił sobie grzmotnąć, jak na prawdziwego polskiego Żyda przystało.

Dajmy sobie spokój ze szczegółami biograficznymi. Nie chcę Was zanudzić. Przecież sobotni wieczór jest, wszyscy zmęczeni po wczorajszych marszach (był ktoś w Warszawie?). Ja spacerowałem po Krakowie, który był piękny i iście świąteczny. Dobra, dość tego off topicu:) Przeczytałem dwa zbiory ni to opowiadań, ni to krótkich form literackich. Po pierwsze Liciński jako obserwator życia społecznego sprawdza się świetnie. Bystry obserwator, znający najgorsze dzielnice Warszawy w mocnych słowach opisuje świat wyrzutków społeczeństwa. Wyrzutków, których los jest nieraz gorszy niż zwierząt. Za wszystko wini on oczywiście społeczeństwo i przedstawicieli kleru, władz i arystokracji. Podobał mi się zwłaszcza antyklerykalizm Licińskiego w iście Chrystusowym stylu (jakkolwiek dziwnie to brzmi). Gdy Liciński opisuje świat kurew, nożowników, pijaków – czyta się go wtedy bardzo dobrze. Wiele jego spostrzeżeń wciąż jest aktualnych. Natomiast, gdy przychodzi do spraw miłości, zaczyna się ten rozbudowany, wyegzaltowany i barokowy styl pisania, który po tylu latach trąci myszką i to mocno zdechłą. Te fragmenty czytałem bardzo wolno i ze zmęczeniem. Te wszystkie uczucia, które nim szarpały jak jesienny, pożółkły liść kasztanowy spadający z wysokiego drzewa, którym miota wicher targający krakowskim powietrzem. Drażniło mnie to strasznie.

Liciński znajduje więcej wspólnego z dnem społecznym, mętami lub jak pisali krytycy w dobie komuny lumpenproletariatem niż z „normalnymi” poważanymi obywatelami, którzy dla niego są pełni obłudy, hipokryzji i gorsi są od zwierząt. W prostytutce znajduje pokrewną duszę i uważa za lepszą od wszystkich dam z dobrych domów, które dają po cichu i udają moralnie lepsze. Liciński w dziwce widzi przynajmniej szczerość i smutek oraz brak nadziei na poprawę losu. Już wspomniałem wyżej te fragmenty były dla mnie najlepszą częścią książki. Przeczytałem również opowieść o jednym ze wspólnych wypadów z Korczakiem. Bardzo interesująca i ciekawa.

Podsumowując moi drodzy. Nie dziwi mnie, dlaczego Liciński zapomnianym pisarzem jest. Część jego prozy wciąż jest interesująca. Opisana rzeczywistość slumsów warszawskich wciąż intryguje i przeraża. Jednak wiele cennych obserwacji i ciekawych zdarzeń, opisów ludzi, ginie w manierycznym stylu pisarskim, który mnie osobiście nużył i męczył. Dziś Liciński byłby świetnym reporterem. Miał podobno łatwość nawiązywania kontaktów z tak zwanym „elementem”, który przecież niechętny obcym, zwłaszcza z inteligenckich sfer, natychmiast brał go za swojego. Ogólnie mówiąc cieszę się, że poznałem jego pisarstwo, ale jeśli ktoś nie musi może sobie spokojnie darować. Wiem, że to smutne, bo w ten sposób Liciński skazany na dalsze zapomnienie jest.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Jacek Dukaj “Król Bólu”

Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Listopad 2011

Jacek Dukaj "Król Bólu"

Jacek Dukaj "Król Bólu"

Mam problem z czytaniem. Otóż za dużo tych książek jest! Pałętają się wszędzie, nowości, klasyki, arcydzieła i szmirowate, kiczowate powieści, które chciałoby się czytnąć, wchłonąć, poznać. A tu jeszcze przydałoby się jakiś filmik obejrzeć, pójść na piwko, pojeździć na rowerze. I poza tym pracować… Life is too short…  Nie załamuję się jednak i dzielnie podnoszę rękawicę i nadstawiam drugi policzek okrutnemu losowi, który zmusza mnie do podejmowania coraz trudniejszych wyborów.

Jacek Dukaj – na blogu pisałem o „Xavrasie” i „Wrońcu”, jeśli klikniecie to zrozumiecie, że pisałem praktycznie same peany:) Inne jego opowiadania i powieści czytałem wcześniej, więc nie ma po nich śladu na blogu. Odczucia pozostawiły po sobie bardzo pozytywne.

Jakie wrażenia po „Królu Bólu”, najnowszym zbiorze opowiadań? No cóż, wrażenia są mieszane. Po pierwsze primo chciałem nadmienić, że „Król…” leżał u mnie na półce już od wakacji. Podczytywałem go sobie w wolnych chwilach, ale odłożyłem na dłużej, bo nie mogłem przebrnąć przez pierwsze opowiadanie pod tytułem „Linia oporu”. Po drugie primo, w tym opowiadaniu Dukaj naprawdę popłynął. Niczym Chruszczow, który zaczął napieprzać butem w siedzibie ONZ podczas przemówienia w okresie kryzysu kubańskiego. Zwyczajnie nie mogłem tego czytać. Zero fabuły, bełkot – co prawda świetnie wystylizowany – jednak nie zmienia to faktu, że dla mnie to był bełkot. Po trzecie primo ultimo udało mi się jednak przełamać wstręt i czytanie wznowiłem, z czego jestem ogromnie zadowolony i proszę o nagrodę szanowną komisję d/s mobilizacji czytelniczej.

Na szczęście podczas dalszej lektury było już lepiej. Opowiadania „Oko potwora” nie dało się nie porównać do lemowskiej fantastyki. Statki kosmiczne ze stosami atomowymi, członkowie załogi znani tylko ze względu na swoją funkcję. Kosmos jakiego nie powstydziłby się Lem. Ponadto świetnie oddana atmosfera paranoi, podejrzliwości, klaustrofobii jaka musiałaby panować na takich statkach kosmicznych. Wszystkie te plusy przysłania jeden minus. Otóż Dukaj znów zaczyna popadać w nadmierne filozofowanie i całe fragmenty tego opowiadania znów stają się filozoficzną kupą słów, dla mnie osobiście nie do strawienia. Prosty ze mnie człowiek i proste lubię przyjemności.

Tytułowy „Król Bólu i pasikonik” to Dukaj, którego lubię. Świetnie opisana Ziemia, która podzieliła się na strefy, których nie można przekraczać, ze względu na różnice w DNA mieszkańców. A wszystko przez bioterroryzm. Dukaj znów zachwycił ogromem wyobraźni i rozmachem opisywanego świata. Czytając miałem wrażenie, że czytam opis bardzo prawdopodobnej przyszłości ludzkości. Zresztą Dukaj we wszystkich swoich opowiadaniach poruszył problem przyszłości ludzkiego gatunku. Zarówno jeśli chodzi o rozwój technologii i nauki jak i sferę filozoficzną i egzystencjalną, oraz wszelkie implikacje społeczne, które rozwój danej technologii ze sobą niesie. Czytanie opowiadań Dukaja nie pozostawia nam wątpliwości, że pan pisarz sporo nad tym główkował i główkuje dalej. A zasób wiedzy, jaki wydaje się posiadać daje mu do tego główkowania pełne usankcjonowane prawo.

„Aguerre w świcie” to również świat napisany z rozmachem, drobiazgi i szczegóły życia społecznego, obyczajowego przytłaczają i wszystkie opisane rzeczy zdają się mieć sens i swoje miejsce w świecie stworzonym przez Dukaja. Niestety tak jak w poprzednich opowiadaniach autor znów dryfuje w stronę przedziwnych konstrukcji logicznych i filozoficznego. Można się zgubić, ale nie trzeba. Opowiadanie mimo dryfowania świetne.

„Szkoła” opowiadanie to napisał Dukaj mając lat dwadzieścia. Ech, zazdrość tak potężnie Charliem targnęła, że mało co nie zadławiłem się herbatką jak się dowiedziałem o tym fakcie. Świetne, mocne, przez większą część niemal społecznikowskie opowiadanie o slumsach i niedoli dzieci z faveli. Ale końcówka powala i miażdży. I znowuż pomysł genialny i błyskotliwy.

„Serce mroku”. Oglądaliście „Czas Apokalipsy”? Czytaliście „Jądro ciemności”? Zakładam, że tak. Bo przecież blog Charliego elitarnym jest i sama śmietanka internetowego towarzystwa tutaj zagląda:D Trudno więc, żeby ta śmietanka nie znała tak oczywistych pozycji w kulturze i popkulturze. „Serce mroku” utrzymane jest mocno w temacie dwóch wymienionych wyżej tytułów. Zresztą gra słów z nazwą powieści Josepha Conrada oczywista:) Tylko zamiast kongijskiej dżungli, mamy dżunglę obcej planety. A zamiast Marlowa mamy nazistę z Astro Corps. Trzecia Rzesza w kosmosie? Niezły absurd. Mnie się podobało:) Dobre, ciężkie opowiadanie. Czułem duchotę i obcość planety Mrok. Nawet czułem sympatię do nazisty wędrującego przez nieznaną dżunglę, by uciszyć Polaka, który oszalał i nadawał dziwaczne sygnały ze środka Piekła (dziś trzeba uważać, na to co się pisze i dlatego oświadczam, że sympatia nie była znów taka wielka, raczej maciupeńka).

„Crux” można powiedzieć, że opowiadanie z naszego podwórka, bo i o Polsce i takie zabawne wręcz. Radosna i przyjemna chwila wytchnienia po ciężkich klimatach poprzednich opowiadań. Czytało się dobrze, ironia i humor skrzyły się bardzo wyraźnie i pomysł również fantastyczny. Dukaj w wersji soft albo light. Jak kto woli.

„Piołunnik” też z naszego podwórka. Klimat dosyć interesujący. Służba Bezpieczeństwa, osiemdziesiąty szósty rok. Wybuch w Czarnobylu i zmarli powstający z grobów, lasów, pól. I jeden wódz rewolucji wie skąd jeszcze. A we wszystko to wplątany kapitan SB, co to miał misję jechać do Krakowa, na Wawel. I w razie gdyby nasi wielcy królowie i wodzowie powstali z umarłych strzelić im po kuleczce w potylicę. Ech te komuchy i ich metody rozwiązywania problemów. Opowiadanie również przyjemne i bardzo dobrze się czytało.

Cóż można rzec o całym zbiorze? To co napisałem na początku – wrażenia mieszane. Z jednej strony zachwyca ogromna i szalenie ciekawa oraz płodna wyobraźnia pisarza. Z drugiej raziła mnie maniera filozofowania i zbędnego ględzenia. Jestem jednak zadowolony, że skończyłem „Króla Bólu”. Mogę z czystym sumieniem rzec, że Dukaj jest jednym z najciekawszych pisarzy science-fiction w Polsce i nie tylko.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Po ziobrze…

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Listopad 2011

Wpis będzie troszkę polityczny. Nie uszło mej uwagi, że dziś nasi “dostojni” parlamentarzyści rozpoczęli kolejną kadencję. Jest trochę przepychanek, ale ja nie o tym:) Przeglądałem dziś rękopisy Ambrożego Grabowskiego w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej. I natrafiłem na taki fragmencik związany z przysłowiami polskimi:

ziobrze

Jeśli macie problemy z odczytaniem, to ja służę pomocą. Pierwsze przysłowie zwróciło moją uwagę i stało się iskrą do popełnienia tego wpisu. Brzmi ono “Chciejże komu dobrze, on ci za to da po ziobrze”. Skojarzenie dla mnie oczywiste w związku z obecną sytuacją w PiS:) Prezes Jarosław chciał dobrze i dostał od Ziobry po ziobrze:) Pozostałe również są dość interesujące. “Trudna to praca, wilkiem orać”, (przekonał się o tym prezes Jarosław, któren chciał orać Zbigniewem Z. ten jednak okazał się młodym wilkiem i pokazał kły). “Na św. Krzyż, gospodarzu owce strzyż” (Tutaj żadne skojarzenia odnośnie obecnej sytuacji politycznej w Rzeczpospolitej do głowy mi nie przychodzą. Chyba, że posłowie apel potraktują uniwersalnie i zawołanie to będzie znakiem do rozpoczęcia “strzyżenia” obywateli z czego się tylko da). I na koniec najlepsze “Kto trzyma z dworem, przypłaci dupą lub worem”. Moim zdaniem to d z kropkami oznacza ni mniej, ni więcej jeno rzyć, potocznie dupą zwaną. Prezes Kaczyński i jego “dwór” powinni uważać, bo ziobrzyści, czy tam ziobryści mogą jego “dworem” wstrząsnąć i przyjdzie płacić d… lub worem. Także politycy uważajcie, bo któż nie wierzy, że mądrość ludu w przysłowiach leży?

Polecam Wam rękopis Ambrożego Grabowskiego do przejrzenia w MBC. Nosi on fascynujący tytuł “I to i owo : kwoli rozrywki nakreślone, z przypadkiem niekiedy czego innego : silva-rerum, czyli cokolwiek o czemkolwiek”. To ten Grabowski z mojego wpisu “Domy dawnego Krakowa” :) Dla mnie osobiście fascynująca jest możliwość siedzenia przed laptopem, w cieple, z herbatą pod ręką, z głośników leci Habakuk “Baza“, i przeglądania dziennika człowieka, który dawno już złożony został do grobu. Polecam Wam, już nie wiem po raz który szperanie po bibliotekach cyfrowych.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.