Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Archiwum z Październik 2011

This is Halloween…

Posted by charliethelibrarian w dniu 31 Październik 2011

Przepraszam za tytuł, ale cóż poradzić. Dziś Halloween i wszyscy coś piszą o tym święcie. Ja też coś tam skrobnę:) Zalała nas ta amerykancka popkultura i dziś nikt nie pamięta o co 31 pażdziernika chodziło, a tym bardziej o co chodziło naszym słowiańskim przodkom w tym dniu. Ja tam ortodoksem nie jestem i Halloween mi samo w sobie nie przeszkadza (dobra okazja do urządzenia przebieranej imprezki), ale jakbym zobaczył dzieciaka pukającego do mych drzwi i mówiącego “Cukierek albo psikus” to raczej dostałby ode mnie psikusa…

Dobry skecz kabaretowy o adaptowaniu obcych kulturowo zwyczajów do naszego słowiańskiego podwórka:

Nie będę w dzisiejszym wpisie bronił naszych słowiańskich Dziadów przed amerykańskimi Jack-o’-lanternami (jak gdyby ktoś nie wiedział to są wydrążone dynie  ze świeczkami), chciałem tylko podzielić się z Wami moimi ulubionymi motywami na Halloween.

Najlepszą dla mnie rzeczą na Halloween są specjalne odcinki Simpsonów popularnie nazywane “Treehouse of Horror”. Ten przecudowny miks najbardziej znanych i rozpoznawanych motywów z popkultury lub obecnie popularnych filmów, seriali podany w groteskowej formie jest dla mnie ucztą samą w sobie. Jest już tego ponad dwadzieścia odcinków i polecam każdy!

Horrory, horrory, horrory – bez tego nie da się przeżyć porządnego Halloween:) Czy wspomniałem już o horrorach? Jeśli nie to wspominam teraz. Niezłą listę horrorów na Halloween możecie znaleźć na blogu Horror Story Reborn. Ja ze swej strony uwielbiam post apokaliptyczne klimaty, zwłaszcza jeśli dominującymi bohaterami są zombiaki. Jednym z najlepszych filmów dla mnie, które  utrzymane są w tej konwencji jest “28 dni później” (co prawda nie ma tam zombiaków, ale to akurat nie ma najmniejszego znaczenia).  Z kolei nie przepadam za slasherami, w których krew i flaki latają zupełnie bez sensu (rzeczywiście chodzące żywe trupy na pewno mają więcej sensu). Oczywiście nieśmiertelne “Martwe zło” – wszystkie części. Pierwszy raz obejrzane na spiraconej kasecie VHS o okropnej jakości. Bogiem a prawdą – gdyby nie pirackie kasety video, to nasz naród miałby ogromne tyły jeśli chodzi o filmy z Zachodu. Jakoś nie przepadam za azjatyckim kinem grozy – wydaje mi się zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla mnie. Znajdzie się oczywiście kilka fajnych rzeczy. Mógłbym Wam tutaj wymieniać film za filmem, nie widzę w tym sensu zbytniego, gdyż rzeczy z gatunku horror jest mnóstwo. Makabra przyciąga magnetyczną siłą. Rynek horrorów obfituje w przeogromne ilości filmów, książek, komiksów, gier i muzyki. (Odzywa się moje wrodzone leni.. tfu.. chciałem powiedzieć wrodzona dbałość o czytelnika, coby go nie przeładować nadmiarem materiału.)

Zmieniając temat, teraz piosenka, która ostatnimi czasy gości bardzo często w moich głośnikach. Najpierw dam cover. Oryginalny utwór pochodzi z filmu według scenariusza Tima Burtona “Nightmare before Christmas” po naszemu “Miasteczko Halloween“, cover natomiast z płyty “Nightmare revisited”:

A macie też oryginał:

Fajne prawda:)

Żaby nie było tak zupełnie amerykancko, bo przecież jestem Słowianinem, jak śpiewał Spięty z Lao Che. Słowianinem oraz bibliotekarzem dlatego podzielę się z Wami niewielką ilością informacji z czasopisma o przepięknym tytule “Przyjaciel Ludu” z roku 1839. Informacje będą dotyczyć wierzeń ludowych dotyczących złych duchów.

Na początek moi drodzy tradycyjna mora albo zmora. Cóż to straszydło robi biednym wieśniakom? Ano to:

MORA

MORA

Paskudna ta mora była, że hej! Popadła jednak w zapomnienie i dziś nikt dzbanuszków ciastem nie oblepia. W przeciwieństwie do mory następny stwór ma się wśród popkultury doskonale, tylko metody jego rozpoznania ciut się zmieniły. Psze państwa WILKOŁEK!

WILKOŁEK

WILKOŁEK

Dziś Wilkołek nazywa się troszku inaczej, jednak jego potworność nie uległa zmianie. Nie do końca zrozumiałem instrukcje dotyczące wykrywania tych paskudników. Kogo mam obnieść? Wilkołeka czy bochen chleba? Czego mam nie przewracać? Skórki chleba, którą trzymam w ustach? Pomóżcie! To bardzo ważne! Zamierzam sprawdzić tą metodą czy pewien nieuprzejmy, mrukliwy i warkliwy czytelnik nie jest czasem wilkołekiem! Następny stwór to WIŁ! (przepraszam, że w dwóch zdjęciach, inaczej się niestety nie dało).

WIŁ

WIŁ

WIŁ DWA

WIŁ DWA

Nie jest taki najgorszy ten wił. Tylko strasznie upierdliwy. Znam kilku takich, co to się od człowieka nie odczepią i żyć nie dadzą. Tylko metody nękania trochę inne. Dzwonią co chwila i wcisnąć próbują jakiś badziew. Wił to przynajmniej niczego nie wciskał, tylko se stał i stał. A teraz KANIA!

KANIA

KANIA

Ach! Okrutna Kanio co dzieciaczki z wiejskich pól porywałaś! Na szczęście już nie straszysz polskich wieśniaków i przeminęłaś z wiatrem i obłokami!

Niestety to wszystko moi drodzy czytelnicy. Zdaję sobie sprawę, że zaledwie poruszyłem czubeczek góry lodowej, jeśli chodzi o horror. Tfu! Ja nawet nie zacząłem poruszać niczego! Przyznaję się bez bicia, że tego jest zbyt dużo i zwyczajnie nie ogarniam. Nawet teraz przez mój umysł galopują konie pomysłów i nie mam jak ich powstrzymać. Chciałem tylko Wam napomknąć w tę noc strachów, że ludziska bali się od zawsze i wyobraźnie mieli równie bujną dawniej co teraz. Niedługo północ, duchy i zmarli są o tej porze pełne i pełni pałeru. Dlatego bójcie się! Na koniec filmik sprzed roku, ale mam nadzieję, że nie widzieliście:

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

New generation…

Posted by charliethelibrarian w dniu 22 Październik 2011

Od czasu do czasu Charlie ma przemożną chęć i pragnienie, aby napisać coś mądrego. Tekst, który swą przenikliwością i ostrością spojrzenia na otaczający świat powali na kolana Czytelników. Nie mówię, że tym razem tak będzie. Jednak chciałem zwrócić Wam uwagę na pewne zjawisko.

Poruszę temat interesujący i na czasie. New generation. Nie chodzi mi o Pepsi Generation Next (swoją drogą pamiętacie te reklamy?) Chodzi o generację tak zwanych cyfrowych tubylców, czyli pokolenie urodzone i wychowywane w erze cyfrowych urządzeń, komputerów, komórek, Internetu. Termin ukuł dekadę temu Marc Prensky w swoim “Digital Natives, Digital Immigrants”. Od tamtej pory określenie cyfrowego tubylca i imigranta zrobiło zawrotną karierę. Zwłaszcza wśród ludzi zajmujących się edukacją, jej przyszłością oraz zmianami, które w edukacji zachodzą. Ale ja nie o tym, nie o tym.

Po Youtube krążą ostatnio filmiki z małymi dziećmi, które bawią się Ipadami, jak my kiedyś klockami. Filmiki te stały się podstawą do kolejnej fali dyskusji o pokoleniu cyfrowym. Na początek pokażę jeden z nich:

Co sądzicie o tym filmiku? Moim zdaniem ojciec trochę przesadził z tym kodowaniem OS (Operation System) dziecka. Ipad to po prostu błyszcząca, migająca, grająca zabawka. To chyba oczywiste, że jednoroczne dziecko będzie bardziej zainteresowane czymś co się rusza i reaguje na dotyk niż czymś statycznym. Wiele dziecięcych zabawek wydaje dźwięki, gdy coś się naciśnie. Ojciec jest trochę za bardzo podekscytowany i podjarany swoim odkryciem, że Jobs mu dziecko przeprogramował. Małe podrośnie, zacznie się orientować co jest co i czar kodowania pryśnie. Pozostanie jedynie oswojenie z cyfrowymi urządzaniami.

Z ręką na sercu przyznaję, że przeczytałem dziesiątki komentarzy pod tym filmikiem. Nie było to łatwe zadanie. Oddzielanie ziarna od plew to prawdziwa mordęga. Zaprawdę powiadam Wam, moderatorzy na forach internetowych mają ciężkie zadanie i powinni dostawać dodatki za pracę w ciężkich warunkach. Osiemdziesiąt procent komentarzy nie dotyczyła absolutnie tematu filmiku, czyli podejścia dziecka do gazety, jako zepsutego Ipada. Komentarze wykpiwały umiejętność nagrywania filmu (zamiast w normalnej pozycji film jest nakręcony pod złym kątem), inne wyśmiewały Jobsa i produkty firmy Apple. Jeszcze inne broniły tych produktów. Większość to pewnie zwykły trolling, jednak czytanie bolało. Zdarzały się nawet komentarze, że Ipady uchronią środowisko naturalne przed degradacją, bo czytanie książek i czasopism na tablecie oszczędza drzewa (!). Zaledwie kilka przeczytanych przeze mnie komentarzy poruszało problem oswojenia się dziecka z cyfrowym światem. Z tych kilku większość wyrażała podobną opinię do mojej. Kilka mocno beształa młodego ojca za nadmierną ekscytację i brakiem podstawowych informacji o wychowaniu dzieci. Moim zdaniem z tego filmiku wniosków o przeprogramowaniu OS dziecka nie można wyciągnąć.

Takie wnioski mogą pojawić się po obejrzeniu następnego filmu:

Tutaj mamy dwuletniego dzieciaczka, który “bawi” się swoim Ipadem. Tak przynajmniej w opisie podał autor filmiku. Nawiążę do komentarzy, których również przejrzałem mnóstwo. Zaczynam się poważnie obawiać o swoje zdrowie psychiczne. Ludzie są straszni, gdy myślą, że są anonimowi. A przecież w Googlach już prywatności nie ma! Komentarze poruszały w kolejności: powątpiewanie w wiek dziecka, które dopiero co skończyło 2 latka, wyśmiewanie się z imienia chłopczyka, które brzmi Bridger. Mamy jeszcze falę komentarzy od wielbicieli Apple i ich przeciwników. Na szczęście pojawiają się również głosy w miarę poważnej dyskusji. Jedni użytkownicy martwią się o dzieciaka, który nie wychodzi na zewnątrz, a rodzice powinni mu kupić kredki, bo dzieciak będzie nienormalny, gdyż za dużo czasu spędza przed tabletem, a nie na zewnątrz. Inni internauci walczą z tą opinią wskazując prosty fakt, że filmik ma zaledwie kilka minut, nie wiemy jak dziecko jest wychowywane i czy Ipad jest dla Bridgera całym życiem. I żeby przestali atakować ojca, jako nerda i freaka, bo kupił młodemu (bardziej sobie) Ipada. Czytanie komentarzy to droga przez mękę:)

Co ja o tym filmiku myślę? W przeciwieństwie do tego pierwszego mamy tutaj świadome korzystanie z urządzenia zwanego Ipadem. Użytkownik jest prawdopodobnie w wieku lat dwóch. I choć ma rzeczywiście dziwne imię śmiga po Ipadzie bardzo sprawnie i bez problemów. Potrafi uruchamiać aplikacje przeznaczone do kompletnie różnych rzeczy. Rysowanie, odtwarzanie filmów video, włączenie multimedialnej bajeczki. Co o tym myśleć? Parafrazując powiedzenie Starków z “Gry o tron” powiem tyle, “FUTURE IS COMING”. Nie jestem pediatrą, nie znam się na dzieciakach, ale wydaje mi się, że  takie rzeczy będą się działy i to jest naturalna konsekwencja dorastania w cyfrowym świcie. Kto wie z jakich urządzeń będzie korzystał Bridger, gdy będzie nastolatkiem. Ja w wieku 2 lat biegałem w tetrowych pieluchach, w kraju socjalistycznej szczęśliwości i bawiłem się, tym co było pod ręką. W wieku piętnastu lat biegałem (już nie w pieluchach) do kumpli na Internet z modemu:). I też pewnie moim rodzicom nie śniło się, że po pierwsze będę dorastał w wolnej Polsce, a po drugie, że będą mogli do mnie dzwonić z każdego miejsca naszego pięknego kraju. Kolejna uwaga – dzieci lepiej łapią wszelkie nowinki technologiczne niż dorośli. Ja sam pamiętam, że w domu mym rodzinnym, byłem jedyną osobą, która potrafiła obsługiwać magnetowid (programować kanały, programować nagrywanie, czy też ustawić zegarek:), dodam, że nauczyłem się tego bez żadnej instrukcji, bo była ona w języku germańskim. Bridger należy już do nowego, czy wspaniałego, świata, tego nie jestem w stanie określić.

Jako bibliotekarz mogę tylko stwierdzić, że trzeba wyjść z podniesionym czołem i stawić czoła przyszłości tak, jak Starkowie stawiają czoła zimie. (Nie żebym nawoływał do walki z przyszłością:) Uważam, że nie należy się jej bać, trzeba ją adaptować i przyswajać. Bo ja również należę do cyfrowych tubylców, ale czuję, że między mną, a Bridgerem rośnie przepaść, której nie chciałbym pogłębiać.

To tyle od mnie:)

P. S. Przebrnąwszy przez niezliczone komentarze znalazłem wpis o tak zwanym “United States Patent 6506148″. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale sam fakt, że istnieje metoda pozwalająca na manipulację ludzkim systemem nerwowym za pomocą zmiennego pola elektromagnetycznego z monitorów i TV brzmi strasznie. Patent dotyczy wyżej wspomnianej metody manipulacji obrazem video w taki sposób, by emitować określoną częstotliwość oddziałującą na nasz mózg!, Patent dotyczy również programu komputerowego i jego różnych wersji, który pozwala na ingerencję w system nerwowy osoby znajdującej się blisko monitora. Można go sobie zakupić i stosować. Badania potwierdziły, jakąś tam skuteczność! Nie jestem panikarzem, ale nie brzmi to zbyt przyjemnie.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 11 »

Ignacy Karpowicz “Balladyny i romanse”

Posted by charliethelibrarian w dniu 18 Październik 2011

Ignacy Karpowicz "Balladyny i romanse"

Ignacy Karpowicz "Balladyny i romanse"

Bogowie i idee, wszyscy sobie mieszkają w niebie nieb i wraz z rozwojem cywilizacji ludzkiej również się zmieniają. Na przykład bogini zwycięstwa Nike prowadzi na ziemi firmę sportową pod własnym imieniem i idzie jej dobrze, Jezus ma problemy z rodziną i własną osobą w trzech osobach czy jakoś tak. Mojry siedzą i zajadają się herbatnikami, a Atena, ta cnotka niewydymka, po ugodzeniu strzałą amora zakochuje się w Ozyrysie, który jest bliskim kumplem Jezusa, a swoje genitalia trzyma w pudełku. Cały panteon bogów żyje w niebie nieb zapominając powoli o swojej boskości. Jakoś tak przędą, przychodzi jednak kwestia Ostatecznego Rozwiązania i bogowie po wielkiej imprezie z okazji pogrzebu Ozyrysa i Ateny zstępują na ziemię. Wszystkie idee, postaci bajkowe, mity, legendy, jakie kiedykolwiek stworzył człowiek istnieją i one również muszą podjąć decyzję czy na zawsze zejść na Ziemię, czy może zostać w niebiańskim niebie. Nadszedł bowiem kres transcendencji.

A na Ziemi w tym czasie, dokładniej w Białymstoku, pięćdziesięcioletnia Olga przeżywa młodzieńczą miłość z nastolatkiem, który po uderzeniu w głowę zaczął używać języka polskiego w sposób poprawny. Ba! Nawet wykształciło się u niego sumienie. Inna kobieta, spowinowacona z Olgą, lecz znacznie młodsza Anna również ma chrapkę na młodego. Obydwie dostaną to słodziutkie młode ciacho w swoje objęcia. To tyle z Białegostoku. Warszawka tymczasem to Kama, będąca w ciąży katoliczka, która traci wiarę w Boga, w momencie, gdy uniknęła śmiertelnego wypadku. Jej mąż cofa się mentalnie do wieku lat dwunastu i dziwi się nowemu wspaniałemu, kolorowemu miastu, które wygląda zupełnie inaczej, niż zapamiętał. Jego kumpel Paweł, który jest czynnym i biernym homoseksualistą stracił miłość życia, po tym jak Maciek (to miłość życia) złapał go w klubie na oralnym zaspokajaniu innego mężczyzny w darkroomie. Jest jeszcze Rafał filozof, który uprawia maraton onanizmu podczas nieobecności narzeczonej i Bartek jego kumpel. Napakowany sterydami wykładowca statystyki, który rzuca pracę i spotyka na swej drodze Balladynę (ale to później). Losy tych ludzi zostaną ze sobą splecione, dzięki obecności bogów w ich życiu, którzy zejdą na Ziemię. To tyle fabuły.

Gdy skończyłem czytać tę książkę mą duszą wstrząsnęło mocne UFFFFFFF! Kurwa nareszcie! Ależ to była cegła! Cegła może momentami zabawna, zaskakująca, ale jako całość zwyczajnie nudna i męcząca. Chryste! Jezusie (który według Karpowicza ma spore problemy z określeniem swojej tożsamości, swego JA w trzech osobach) Nazareński! Sięgnąłem po Karpowicza, bo w końcu Karpowicz finalistą Literackiej Nagrody Nike jest i Paszport Polityki otrzymał. A to winno być wyznacznikiem jakości. Jakiej kur… jakości? Nie to, żeby autorowi nie zdarzały się momenty. Owszem momenty były. Momenty, w których parsknąłem śmiechem lub pokiwałem głową z uznaniem, gdy przeczytałem dobre porównanie. Ale autor zasypał mnie  ironicznymi, groteskowymi tekstami, a wszystkie one podane w takiej ilości, że dzieje się to za szybko. Odniosłem wrażenie, że Karpowicz zachowuje się na kartach książki jak właściciel psa, którego nie może utrzymać na smyczy. Z tymże nie mamy tutaj do czynienia z psem, a z językiem polskim, nad którym Karpowicz zwyczajnie nie panuje. Puścił go samopas, a ten wyczynia wygibasy, które owszem są błyskotliwe i interesujące. Jednak jest ich tak dużo, że same się przygniatają, tłoczą i giną. Tak zwyczajnie giną w tłumie, albowiem żadna figura gramatyczna się nie wyróżnia, bo jedna lepsza od drugiej, a wszystkie takie same. Wszystkie takie pseudo. Pseudo to dobre słowo określające książkę Karpowicza.

Przeczytałem książkę głównie ze względu na jej obecność w finale Nike. Opinie na różnych blogach na ogół pozytywne. Wskazujące na ogromne poczucie humoru, ironię i bezczelność. Nastawiony do lektury byłem raczej pozytywnie. Och! Jakież rozczarowanie, jakaż żałość zalała mą duszę. Nie dostałem tego czego się spodziewałem. Zostałem oszukany. Lektura książki nie była nawet rozrywką, była męcząca. Przypominam, że nie byłem nastawiony negatywnie, lecz pozytywnie. Nie miałem również wielkich oczekiwań, nadziei. Liczyłem na kawał dobrej literatury (czy to dużo?! Pytam się Was?). Dostałem pseudo literaturę. Taka ma opinia o tej książce jest. I jeśli nie dopatrzyłem się drugiego dna, trzeciego oka, czwartej ręki to moja wina. Wszak jestem tylko człowiekiem. I żeby nie było – książka ma swoje momenty. Najbardziej podobały mi się fragmenty dotyczące życia bogów w niebie nieb. Zdecydowanie tutaj Karpowicz wykazał się inteligencją, błyskotliwością i  poczuciem humoru. To jednak za mało, by zatrzeć niedobre wrażenie. Fabuła poza tym kiepskawa, w ogóle mogłoby jej nie być. O! Genialny pomysł mam! Wystarczy wydać tylko fragment z niebiańskim miastem i książka będzie świetna!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 11 »

Jacek Dehnel “Saturn: Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya”

Posted by charliethelibrarian w dniu 13 Październik 2011

Jacek Dehnel "Saturn..."

Jacek Dehnel "Saturn..."

Goya Francisco to znane nazwisko. Nawet prawdziwemu ignorantowi w dziedzinie malarstwa obiło się to nazwisko o ignoranckie uszy. Jakieś tam Spanie rozumu i budzenie się duchów, albo coś o rozstrzelaniu powstańców warszawskich, a może raczej madryckich. W każdym bądź razie Goya wielkim malarzem był i długo żył. (Naprawdę żył długo). Jak mi mówi Wikipedia (licząca sobie dziesięć lat internetowa encyklopedia, bez której polscy uczniowie i studenci nie potrafią się obejść. Przyganiał kocioł garnkowi – nawet ja bibliotekarz korzystam z niej!) Goya był malarzem, który chciał oddać dziejową sprawiedliwość i unowocześnił malarstwo. To krótkie wprowadzenie miało na celu uświadomienie, (w bardzo ograniczonym zakresie) ignorantów w dziedzinie malarstwa, że Goya to nie byle kto!

Trzech mężczyzn, trzy punkty widzenia, trzy istoty ludzkie. Francisco – uznany i rozchwytywany malarz, Javier jego syn z talentem malarskim, ale bez natchnienia. Gdzieś tam w połowie pojawia się Mariano, wnuk Francisca (przepraszam, że tak piszę z hiszpańska, ale po prostu lepiej to brzmi, niż jakiś Franek). Każdy dostał swój głos na kartach książki. I mówią. Jak oni mówią! O swoich bolączkach i radościach! O tym jak Javier nienawidzi ojca, który w jego oczach jest rozpasanym, wyuzdanym capem. Francisco z kolei z pogardą patrzy na syna, apatycznego, kluchowatego i niezdarnego, który cały dzień siedzi w domu i czyta książki. Ani do burdelu nie pójdzie, żadnej dziwki nie przerżnie. Francisco mówi, że on, gdy był w wieku swego syna to żadnej dziewce nie przepuścił. Tak im sakwy trzepał, że nawet grosik nie zostawał, to nie moje to “Testosteron“. Javier ogromny żal do ojca chowa, za brak szacunku do matki, która z milczeniem godzi się na wyczyny męża. Kobiety zresztą na w wypowiedziach trzech pokoleń mężczyzn z rodziny Goi się nie liczą. To opowieść synów o ojcach i ojców o synach. Do tego dochodzi wnuk. Gardzący ojcem, a uwielbiający dziadka. Opowieści tych trzech mężczyzn dotyczą ostatecznego rozrachunku, w którym i tak niedaleko pada jabłko od jabłoni. O zatrutym drzewie genealogicznym, które przekazuje błędy dalej i dalej i dalej. Powielając schematy, którym na początku się zaprzecza. O braku szczerości, niedomówieniach, które nie wyjaśnione nabrzmiewają do ogromnych problemów. Jeśli pojawi się jakiś gest czułości, akceptacji i zrozumienia natychmiast kryje się go pod maską gburowatości. Ot, takie rodzinne życie.

Jaka to świetna książka! To jest literatura przez duże L. Dehnel ma prawdziwy talent. Jakiż zasób słów, jakie piękne teksty. I zazdrość mnie bierze, za ten jego talent. Zazdrość, a jednocześnie radość, że mogę sobie takiego Dehnela poczytać. Podobnie jak w Fotoplastikonie, Dehnel maluje. Maluje słowami jak Goya pędzlem. Wydobywa na świat najczarniejsze barwy i myśli bohaterów. Wszystko takie sugestywne i żywe. PRAWDZIWE. Czytając nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że tak mogły wyglądać relacje rodzinne w domu Goya. Polecam tę książkę każdemu!

Byłbym zapomniał – inspiracją do napisania książki były tak zwane “Czarne obrazy”, malowidła w domu, w którym przebywał Goya na starość. Obrazy są mocno niepokojące i mroczne. Wypowiedzi mężczyzn z rodziny Goya przerywane są interpretacją malowideł. Sugestywną, mocną, niebanalną.

P. S. Autor w związku z ostatnimi rewelacjami dotyczącymi autorstwa dzieł Goi (podobno nie namalował kilku swoich rzeczy) wysnuwa śmiałą tezę, która jest może i podyktowana wyobraźnią Dehnela, ale całkiem prawdopodobna i możliwa. Nie będę zdradzał szczegółów, zachęcam do czytania:)

P. S. 2 Garść obrazów Goi TU i TU. I jeszcze może Europeana. I “Czarne obrazy” z angielskiej Wikipedii.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Cisza…

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Październik 2011

Nad Polską swoje skrzydła rozpostarła CISZA. Jak Rzeczpospolita długa i szeroka CISZA pokryła całunem wszystko. Wszyscy wiemy jaka to jest CISZA . Ale czy będzie CISZĄ przed burzą? Czy jest CISZĄ jak makiem zasiał? Milczą wszyscy, każdy portal informacyjny i gazety, wszyscy nabrali wody w usta i nawet bulgocik się nie wydobywa.

Każdy kogo dotyczy CISZA trwa z kamienną miną i stoickim spokojem wystawionym na widok publiczny. Ale ja wiem, że w głębi duszy przebierają swoimi nóżkami z niecierpliwości i zdenerwowania. W głębinach i czeluściach swych jaźni palce mają już obgryzione co najmniej do drugiego paliczka. Chodzą pod kopułami swych czaszek w tę i z powrotem gwałtownym i szybkim krokiem. Skąd ja to wiem? Po prostu wiem.

CISZA jaka nas dotknęła nie będzie trwała długo, wielka to szkoda dla nas. Ja osobiście będę tęsknił za tą CISZĄ. Albowiem mowa jest srebrem a milczenie złotem, cisi i pokornego serca posiądą ziemię, CISZA to moment, za którym wszyscy zatęsknią, gdy odezwie się głupiec. A po weekendzie głupców będzie odzywało się wielu…

Ileż o CISZY powiedziano w ludzkiej historii… Dziwne to co prawda, że zamiast milczeć, to o CISZY tworzy się ładne sentencje. Ja ze swej strony nie będę naruszał tej błogosławionej CISZY w Ojczyźnie mej.

Wystarczy wejść sobie na obojętnie jaki portal informacyjny i zachłysnąć się brakiem, sami wiecie czego. Jakież to odświeżające i upajające. Można powiedzieć, że wreszcie same merytoryczne informacje. Ach, CISZO! Gdybyś tak mogła trwać i trwać… Ach, CISZO! Gdybyś zapanowała wśród tych wszystkich smutnych ludzi, którzy nie doceniają Twej siły i paplają trzy po trzy. Mam na myśli ludzi, których akurat dotyczysz. Ach, CISZO!

Nic to, ja dalej będę się cieszył tym jakże krótkim okresem spokoju. Reszta jest milczeniem…

Jesień do Krakowa przyszła. Nie lubię tego babska, może i jest kolorowa, ale jakiś taki fałsz spod jej płaszczyka brązowo-czerwono-zielonego wystaje. Co z tego, że rzuci ładnym kasztanem, jak wiadomo, że szykuje tylko miejsce Zimie. Ale nie smućmy się zbytnio. Póki co nie jest źle i dzisiaj pojeździłem sobie po Krk trochę. I mam coś dla Was:

bartsmiles

bartsmiles2

bartsmiles3

bartsmiles4

Znalezione na Bulwarach Wiślanych pod mostem Grunwaldzkim. Prawdopodobnie jest tego więcej. Ja wypatrzyłem tyle.

I chyba znalazłem gościa odpowiedzialnego za te plakaty: bartsmiles.

Tym pozytywnym akcentem zakończę mój wpis. Pamiętajcie: CISZA nie będzie trwała wiecznie.

Miłego sobotniego wieczoru Wam życzę. Ja ze swej strony mam zamiar dziś wspomóc moje państwo poprzez inwestowanie w akcyzę na alkohol. Taki ze mnie patryjota, wspomagam jak mogę Krajowy Monopol Spirytusowy:)

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

William Weir “Największe kłamstwa w historii”

Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Październik 2011

William Weir "Największe..."

William Weir "Największe..."

Historia była zawsze moim ulubionym przedmiotem. I do dzisiaj moja wiedza jaką wyniosłem ze szkoły średniej jest u mnie wciąż pogłębiana i używana (miałem genialnego nauczyciela od historii – nauczył nas patrzeć na historię nie poprzez pryzmat dat, ale ludzi, którzy historię tworzyli). Często sypał jak z rękawa różnymi ciekawostkami, których próżno było szukać w podręczniku. Ciekawostki owe wielokrotnie rzucały nowe światło na suche, podręcznikowe fakty i informacje.

Książka Weira ma w założeniu odbrązawiać i odkłamywać mity jakie narosły wokół przeróżnych wydarzeń historycznych. Mity, które prawdopodobnie były odkłamywane już przez niejednego historyka, ale jak to bywa z mitami żadne nagie fakty im się nie przeciwstawią. Mit historyczny ma to do siebie, że oddziałuje na wielu ludzi i wzbudza w nich emocje – te pozytywne jak i negatywne. I dla mas nie ma znaczenia prawda historyczna. Ważny jest kontekst i emocje jakie wzbudza określone wydarzenie. Autor książki bierze więc na warsztat takie uznane “prawdy” jak: Neron, który podpalił Rzym dla zgrywy, a później grał na skrzypcach podczas tegoż pożaru (swoją drogą o skrzypcach nigdy nie słyszałem), o Gotach, że byli krwawymi barbarzyńcami, o zburzeniu Bastylii, która miała być ciężkim więzieniem. Galileusz jest brany na warsztat, albowiem, aż tak bardzo Kościół go nie prześladował. Weir pisze o kłamstwach Dzikiego Zachodu – Jessie Jamesie, który w amerykańskiej tradycji ludowej uważany jest za ichniego Robin Hooda czy też Wyatt Erp, co wcale nie był takim obrońcą prawa i sprawiedliwości (i weź tu użyj człowieku tych dwóch słów obok siebie bez skojarzeń). Jest jeszcze kilka innych mitów. O “Protokołach Mędrców Syjonu”, Ramzesie II, niezdobytym Afganistanie, jakimś poszukiwaczu żyły złota w Australii…

Książka może i ciekawa, ale raczej dla  zupełnego laika i człowieka, który naprawdę nie posiada jakiejkolwiek wiedzy historycznej. Wszystko ładnie, łopatologicznie wyjaśnione i przedstawione. Autor przytacza w większości mity, które są silnie obecne w anglosaskim kręgu kulturowym i w Polsce niektóre raczej nie są znane. Ja na przykład dowiedziałem się o historii związanej z Robertem Brucem, który był królem Szkotów i pokonał Anglików w bitwie pod Bannockburn. W legendzie o szkockim królu, który postanawia walczyć z Anglikami do końca, tylko dlatego, że na wygnaniu obserwował pajączka usiłującego wić pajęczynę od jednego końca wejścia jaskini do drugiego. Szkot podobno przysiągł, że jeśli pajączkowi się uda, to on Robert Bruce stanie przeciwko Angolom. Pajączkowi się udało.

Książka mnie niczym nie zaskoczyła, trochę wynudziła. Jest taka amerykancka i przewidywalna w swej prostocie. Wspomniałem wcześniej, że wszystko łopatologicznie i bez polotu wyjaśnione. Nie jest bardzo źle, ale zdecydowanie nie jest bardzo dobrze. Taka mocno średnia.

 

P. S. Niektóre kłamstwa zdemaskowane w książce ciężko nazwać największymi w historii.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Ambroży Grabowski “Domy dawnego Krakowa”

Posted by charliethelibrarian w dniu 2 Październik 2011

Ambroży Grabowski "Domy..."

Ambroży Grabowski "Domy..."

Kraków, Kraków dawna stolica Polaków. Zaprawdę powiadam Wam, gród ten w swej wielkości i wspaniałości przyćmiewa wszystkie inne grody w Polsce rozłożone. Stolica dawna, przez wstrętnego Wazę swej czci pozbawiona wiele przeszła przez stulecia. To w tych murach bluszczem pokrytych oraz uliczkach moczem śmierdzących przetrwała miłość do Ojczyzny. To tu rodziły się i umierały pomysły na niepodległość. Domy w Krakowie niejedno widziały i niejednego czynu tak bohaterskiego jak nikczemnego były świadkiem.

Dlatego bardzo miłą lekturą jest wybór wspomnień Ambrożego Grabowskiego dotyczący niektórych bardziej sławnych miejsc w Krakowie. Ambroży Grabowski był jednym z szacowniejszych obywateli miasta Krakowa na początku dziewiętnastego wieku. Księgarz, kolekcjoner i historyk. On to złaził Kraków wzdłuż i wszerz. Spisując i opisując wszelkie interesujące miejsca. Jako historyk odgrzebał wiele dokumentów i przybliżył krakowianom historię ich miasta. Tak naprawdę to od niego zaczęło się zainteresowanie historią grodu Kraka. To on odkrył prawdziwe nazwisko autora ołtarza Mariackiego! Coś co jest dla nas oczywistością było zapomniane przez kilka wieków!

“Domy…” to wybór krótkich tekstów Ambrożego dotyczących charakterystycznych miejsc w Krakowie. Napisane są zwyczajnym językiem, poruszają kwestię własności kamienic, kosztów utrzymania, przy niektórych Ambroży rzuci jakąś ciekawostką. Dużo jest rysunków w tej książeczce, które obrazują stan Krakowa z XIX wieku. Dla mnie osobiście bardzo inspirująca i pouczająca lektura. Będę teraz mógł błyszczeć nieznanymi szerszej publiczności faktami. Na przykład takim: podczas pobytu króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który zatrzymał się w kamienicy, która dziś nazywa się Pałac Krzysztofory pewien szlachcic Achacy Pisarski wracając po pijaku z jakiejś imprezy uciął głowę swojemu słudze! Dodajmy, że sługa wiernie pracował dla IMĆ pana Achacego przez szesnaście lat! Zostawił nieutuloną w żalu żonę i sześcioro dziatek. A sam pan Achacy Pisarski to nie był byle szlachetka. Jak mi mówi Wikipedia to był namiestnik województwa krakowskiego, poseł na Sejm i tak dalej. Widać, że kiedyś szlachta po pijaku potrafiła stracić głowę! (Co ja robię, miałem takie smaczki zostawić sobie na później, a tu się dzielę z Wami:)

Lektura tej książki przyjemność mi sprawiła i była interesującą w całej rozciągłości. Jedno zdanie urzekło mnie. Ambroży takimi słowami opisuje lata spędzone w jednej z kamienic przy ulicy Grodzkiej: “Przeszły owe lata, z niemi młodość moja, a pamięć ich tylko się jak sen w umyśle moim pozostała”.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Charlie na wystawie…

Posted by charliethelibrarian w dniu 1 Październik 2011

Czasem miłe i fajne rzeczy mogą spotkać człowieka z zupełnie niespodziewanej strony i w jak najmniej oczekiwanym momencie. Będzie dzisiaj trochę nieskromnie, bo będę się chwalił!

Otóż jeden z moich wpisów pod tytułem “Miejska twórczość” (to ten w którym opisuję zdjęcia Manifestu Anonimowego Twórcy) stał się inspiracją dla artystki!

Ciąg zdarzeń przyczynowo – skutkowych wyglądał następująco. Anonimowy Twórca zainspirował mnie swoim przekazem. Ja wykorzystując moje doświadczenie, wiedzę i wykształcenie humanistyczne (które dla wielu ludzi jest niczem) opisałem wrażenia jakie Manifest we mnie wywołuje. Moje krytyczne spojrzenie na Manifest, z kolei spodobało się rzeźbiarce Iwonie Demko, która poprosiła o wykorzystanie tekstu w artystycznej instalacji!

No i jest! Wisi! W Centrum Sztuki Współczesnej Solvay w Krakowie! W ramach projektu “Przedmieścia”.

Zapodam Wam kilka fotek, żebyście mieli naoczny pogląd:)

Szatan, wódka, czołgi

Szatan, wódka, czołgi

Miejska Twórczość

Cipa, traktor, kombinerki!

Cipa, traktor, kombinerki!

Wisi sobie ten mój wpis:) Ja osobiście stosunek do tak zwanej modern art mam raczej chłodny. Przyznam Wam się, że prośba Iwony zaskoczyła mnie zupełnie i mile połechtała próżność mą.

Satysfakcja niewątpliwie jest:) I choć rola ma skromna w całym przedsięwzięciu czuję się bardzo zadowolony, że pisanina, którą tutaj uprawiam podoba się:)

 

P. S. Iwony nie znałem wcześniej, trafiła na mojego bloga wpisując różne wulgaryzmy (co nie świadczy najlepiej o mnie:D).

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.