Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Archiwum z Sierpień 2011

Środek do osiągnienia szczęścia…

Posted by charliethelibrarian w dniu 30 Sierpień 2011

 

Tytuł wpisu jaki jest każdy widzi. Nie ma tutaj błędu mego. Zresztą zobaczycie sami.

Tak chciałem refleksyjnie, bo to wakacje praktycznie za nami. Pogoda, choć piękna niesie ze sobą już oddech jesieni, oby tej złotej polskiej.

Miło spędziliście wakacyjny czas? Czy osiągnęliście choć przez chwilę ten stan, za którym wszyscy tak gonią całe życie?

Szczęście?

Ja powiem tyle, że były to najlepsze wakacje w moim życiu. A wakacji już trochę przeżyłem:D

I choć spłukany jestem jak rząd Grecji (z tymże nie mam co liczyć na miliardy euro “pożyczki” na wieczne nieoddanie, ba nawet na złotówkę pożyczki!) jestem zadowolony i szczęśliwy.

Powodem, dla którego robię tutaj takie osobiste wycieczki jest jedno hasło, znalezione w “Kalendarzu powszechnym na rok 1822″ bodajże, (jak zwykle zapominam sprawdzić dokładniej!). Bez zbytniego ględzenia oto ono (to hasło znaczy się):

 

 

www.charliethelibrarian.wordpress.com

 

 

A Wy, który środek, drogę wybierzecie?

Wakacje jeszcze trwają, więc korzystajcie z nich w pełni:) Pozdrawiam serdecznie:)

 

Opublikowany w Praca, Wpisy | Otagowane: , , , , | Komentarzy: 5 »

Bernard Werber “Szkoła bogów”

Posted by charliethelibrarian w dniu 28 Sierpień 2011

Bernard Werber "Szkoła bogów"

Bernard Werber "Szkoła bogów"

Jak tam weekend ostatni wakacyjny? Dobrze mija, na błogim lenistwie, czy aktywnie i szybko?

Ja bez bicia się przyznam, że lenię się, aż miło:)

Skończyłem czytać książkę i powiem Wam, coś co pewnie sami doskonale wiecie. Otóż książki są różne. Miażdżące, wgniatające w fotel, odmieniające życie człowieka, zmuszające do zadawania pytań – jednym słowem takie po lekturze, których, albo w trakcie lektury nie można przejść obojętnie. Otóż “Szkoła bogów” taką książką… nie jest. Dawno nie czytałem tak przeciętnej książki. Tak przewidywalnej, monotonnej i naiwnej. Może moje negatywne odczucia po przeczytaniu tego “dzieła”  wzięły się z tego, że książka ta ma jakieś “wyższe” aspiracje. Nie jest tylko fantastyczną opowieścią, ale jakąś wykładnią filozofii, religii, humanizmu czy metafizyki. Pytania o moralność, historię ludzkości cały czas przewijają się na kartach tej powieści. I dla mnie dało te efekt nudnego ględzenia i zbędnej grafomanii.

Fabuła – jakiś Francuz, co to był aniołem trafia na wyspę Aeden. Do miasta Olimpia, gdzie mamy pełno centaurów, latających wróżek, starożytnych bogów i ponad stu czterdziestu Francuzików i Francuzek. Mamy tutaj postaci z historii znane np. Wolter, Saint – Exupery i wielu innych. Po cóż ci osobnicy zostali zgromadzeni w tym mieście? Ano będę kształceni przez greckich bogów właśnie, w rzemiośle bycia bogiem! Dostają własną kulę, własny świat i własne plemiona, które pod ich opieką mają przechodzić na kolejne stany świadomości. I tutaj mamy opisy tych ludów, ich rozwoju i tak dalej, i tak dalej. Czytając to czułem się jakbym grał w Cywilizację.Oprócz rozwijania swoich plemion bogowie-uczniowie są mordowani przez jednego z nich, próbują się dostać na świętą górę, żeby zobaczyć co tam się kryje, i tak dalej i tak dalej.

Co mnie uderzyło w tej książce to ogromna niespójność, pomieszanie z poplątaniem. Oczywiste oczywistości i totalny debilizm głównego bohatera jeśli chodzi o niektóre rzeczy. Przecież kolo był aniołem, przeżył swoje życie na ziemi, a czasem zachowuje się jak dzieciak.

Mitologia grecka i rzymska jest mi bardzo dobrze znana, dlatego też fragmenty opisujące historię poszczególnych bóstw nudziły mnie. Historia ludów na “Ziemi 18″ dziwnym trafem przypomina historię wielu ziemskich cywilizacji. No nudy po prostu. Jedyny plus to duża czcionka i prosty język. Dlatego czytało się to w miarę szybko. I kilka ciekawostek jakie wychwyciłem z lektury, a o których nie miałem pojęcia.

To by było na tyle. Nie polecam tej książki, chyba, że ktoś chce sobie przypomnieć mitologię.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Zielone wzgórza nad Soliną i forfiter…

Posted by charliethelibrarian w dniu 26 Sierpień 2011

 

Pisałem o tym już rok temu we wpisie: Wakacyjnie. Mamy z przyjaciółmi taką naszą małą świecką tradycję i jeździmy nad Solinę. Jeździmy po to, aby wspólnie sobie popływać na wysłużonej DeZecie, pośpiewać (choć śpiewaniem nazywamy to tylko my). W tym roku wyjazd także się odbył i wszyscy zgodnie stwierdzili, że się udał.

Było wszystko co potrzebne do wspaniałego weekendu. Łódka, towarzystwo, piękna pogoda, wspaniałe bieszczadzkie krajobrazy i nawet forfiter się trafił:)

Piszę o tym dopiero teraz (choć działo się to w poprzedni weekend), bo jakoś tak wcześniej nie mogłem się zebrać. A przed nami ostatni wakacyjny weekend. Więc życzę wszystkim udanego ostatniego weekendu wakacji!

Tak jak przed rokiem – troszkę fotek z magią chwili:)

Forfiter na łódce

Forfiter na łódce

 

zimne i pyszne browarki

zimne i pyszne browarki

 

krajobraz soliński

krajobraz soliński

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce “To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”

Posted by charliethelibrarian w dniu 25 Sierpień 2011

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Wspominałem już, że moja biblioteka posiada dosyć interesujące zbiory zwłaszcza, jeśli chodzi o końcówkę wieku dziewiętnastego i początek dwudziestego. Czasem lubię zapuścić się między regały i szperać wśród zakurzonych woluminów. Często znajduję coś interesującego. I dziś chciałbym Wam drodzy moi czytelnicy pokazać istną perełkę polskiej literatury fantastycznej. Pośród zakurzonych książek natrafiłem na pozycję z roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego. Zainteresował mię tytuł, który brzmiał „To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”. Ten dopisek powieść gotycka uruchomił u mnie skojarzenia, że przecież z takich powieści wywodzi się gatunek horroru. Przykucnąłem sobie na stołeczku i rozpocząłem lekturę.

Nie była ona łatwa, bo jak przystało na dopisek powieść gotycka cała była wydrukowana czcionką gotycką, a ta nie jest łatwą w lekturze. Nie spodziewałem się niczego zaskakującego jednak…

Zatopiłem się w lekturze na długie minuty, na szczęście powieść nie była zbyt długa i udało mi się ją skończyć bardzo szybko mimo problemów z odcyfrowywaniem gotyckiej czcionki. Niesamowita powieść polskiego zapomnianego pisarza Bonawentury Xawerego Bezbrzeżnego herbu w Łódce. Poszperałem trochę w wikipedii i w sieci. Znalazłem niewiele informacji o autorze. Kliknijcie sobie i przeczytajcie. Okazało się, że koleś miał nieźle zakręcony żywot. Był chyba pierwszym na ziemiach polskich miłośnikiem horrorów. Podobno w jego dworku można znaleźć było mnóstwo kości ludzkich na ścianach, czaszek, a sam gospodarz dworku całe noce spędzał na cmentarzach wykopując zwłoki i starając się zrobić z nich zombiaków! Nawet sprowadził czarownika z Haiti! I odprawiał z nim rytuały voodoo. W końcu miarka się przebrała i wkurzona lokalna społeczność, zamanifestowała swoje oburzenie poprzez rozniesienie na widłach szlachcica, a czarownika voodoo również chcieli roznieść na widełkach. Ten jednak zniknął w tajemniczych okolicznościach.

Wracając do książki. Jest to piękna i budząca grozę opowieść o młodej panience, z podupadającego szlacheckiego rodu, która nie zgadza się zostać kolejną matroną w owym rodzie i ostro się buntuje. Podczas jednego ze spacerów w puszczy (akcja dzieje się gdzieś na zadupiach dzisiejszej Białorusi), natyka się na dziwnego młodzieńca, cudacznie ubranego oraz strasznie bladego. O oczach „skrzących się jak dwa dyjamenty, piersi szerokiej i zębiszczach jak u wilczura” (takie perełki można odcyfrować z gotyckiej czcionki książki). Dobra wracając do fabuły. Otóż poznany w puszczy młodzieniec akurat konsumował jelonka. Co zadziwiające panienka nie przestraszyła się gościa pożerającego zwierzątko, jeszcze żywe. Nawiązała się znajomość, okazało się, że młodzieniec jest dobrym WAMPIREM, i ssie tylko zwierzęta, a nie ludzi. Poza tym przeprowadził się niedawno z rodziną i nie zna w okolicy nikogo. Dziewczyna, jak to młoda dziewczyna zakochała się w facecie, który (wg autora książki – „podczas miłośnych przechadzek schywtywał zębiszczami swemi, zajączki młode i rozrywał je na wpół, krew łapczywie spijając”). Nie będę osądzał, bo wiadomo miłość jest ślepa. Dalej mamy romantyczną historię miłości do mężczyzny, który ma erekcję tylko wtedy, gdy wychłepce krew z całego żubra (dosyć interesujące opisy miłosnych scen, na pewno nie łóżkowych, bo akcja dzieje się w puszczy na świeżym trupie żubra, niestety nie pamiętam dokładnych słów, ale były mocne). Ogólnie książka nie kończy się happy endem. Nie będę spojlerował, powiem tylko, że w akcję wtrąca się proboszcz, oraz społeczność lokalna uzbrojona w widły i płonące pochodnie.

Dlaczego zafascynowała mnie tak ta historia? Fabuła opowieści przypomina mi, co nieco te książki o wampirach – „Zmierzch” czy jakoś tak. Nie czytałem ich, ale trudno dziś funkcjonować w świecie popkultury nie wiedząc, o co kaman. Krótko mówiąc, „Zmierzch” to komercyjny ogromny sukces na całym świecie. A tu się okazuje, że grubo ponad sto lat temu, jakiś sfazowany polski szlachcic napisał podobną historię, tylko znacznie bardziej krwawą (ten młodzieniec nie jest taki miły do końca – oprócz jelonków i żubrów lubi, jednak possać sobie wieśniaka lub wieśniaczkę). Nie twierdzę, że pani Stephanie Meyer popełniła plagiat – to przecież niemożliwe. Po prostu praca w bibliotece utwierdza mnie coraz bardziej, w przekonaniu, że wszystko już było.

P. S. Po pierwsze nie spędzam swego całego czasu w pracy czytając stare książki.

Po drugie – jeśli ktoś nie kliknął w pierwszy link to zdecydowanie musi kliknąć w ten : KLIK. Mam nadzieję, że to wszystko wyjaśni :)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 15 »

Stanisław Lem “Śledztwo”

Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Sierpień 2011

Stanisław Lem "Śledztwo"

Stanisław Lem "Śledztwo"

Po pierwsze sorki za jakość zdjęcia, ale miałem egzemplarz z roku 1969, a wtedy jakoś do robienia wystrzałowych okładek się nie przykładali.

Charlie opowie Wam dzisiaj o kryminale napisanym przez polskiego największego pisarza fantastycznonaukowego. A więc rozsiądźcie się wygodnie, podkręćcie gaz, walnijcie browara, sztachnijcie się szlugiem czy jointem. Co tam Wam pomaga się rozluźnić i przygotować na najgorsze. Bo to nie będzie interesujący wpis. Nie będzie żadnych zachwytów i ukłonów przed arcymistrzem literatury. Nie będzie polecania i zachłystywania się pięknem prozy Lema. Charlie pojedzie po całości i powie, że “Śledztwo” nie przypadło mu do gustu. Owszem dostrzegł kilka jasnych punktów, jednak było ich stanowczo za mało. Charlie powie wręcz, że “Śledztwo” jest książką niewiele lepszą od przeciętnych.

Co jest przyczyną tego skowytu rozżalenia? Dlaczego Charlie tak narzeka? Być może to moja wrodzona niechęć do kryminałów. Nieszczególnie przepadam za tego typu książkami. Owszem przeczytałem w swoim życiu kilka, a pewnie i więcej książek kryminalnych, alem nie zapałał do nich uczuciem gorącym. Można powiedzieć, że mój stosunek do powieści, w których jest detektyw i jest zagadka, i jest rozwiązanie (albo go nie ma), ma wiele wspólnego ze stosunkiem młodzieży do lektur szkolnych. Owszem niektóre można i zrozumieć, a nawet przeczytać, ale po co (oczywiście generalizuję i jadę ze stereotypem)? Przecież jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty. Tak się przedstawia znajomość moja, książek z gatunku powieści kryminalnych.

Wracając do Lema i jego powieści, jest intrygująca zagadka: otóż w kostnicach pod Londynem w tajemniczych okolicznościach znikają zwłoki. Wygląda to tak, jakby nieboszczykom się odwidziało i stwierdzili, że zamiast grzecznie gnić pod ziemią, wolą sobie jeszcze po niej pospacerować. Solidny brytyjski Scotland Yard zabiera się do pracy. A osławiona angielska policja, która nigdy nie traci zimnej krwi i zawsze reaguje błyskawicznie (potwierdzą to mieszkańcy Londynu w ostatnich dniach) pomaga mu z całych sił. Inspektor Gregory, dostaje tę sprawę, chociaż jego szef otwarcie mu mówi, że raczej nie ma o nim zbyt dobrego zdania. Gregory zabiera się do pracy, bada wszystkie wątki, bla bla bla, znikają kolejne zwłoki, bla bla bla, zima albo wiosna, bla bla bla, chyba szalony naukowiec, bla bla bla, ranny policjant, bla bla bla, martwy kot, bla, bla bla, nocne stukanie w pokoju, bla bla bla, ufoludki, bla bla bla, zmartwychwstania, bla bla bla, niezbyt szalony naukowiec – taki ekscentryk bardziej, bla bla bla, KONIEC. Mógłbym tak dłużej, ale po co, ani to zabawne, ani bardzo mądre w moim wykonaniu. Po prostu tak wyglądało moje czytanie “Śledztwa”. Dłużyło mi się strasznie, takie przegadane, na dodatek w większości o totalnie mało interesujących rzeczach. I zakończenie też nie spełniło mych oczekiwań. Mogło się wydawać dosyć ekstrawaganckie, ale zupełnie zbędne. Lem mógł to skończyć, w lepszym stylu. Nie czytałem “Śledztwa” za jednym zamachem, raczej tak po kawałku i może to był mój błąd. Takie są moje wrażenia. I głupio mi tak pisać o książce WIELKIEGO pisarza, ale tak już mam.

O pozytywnych stronach książki. Oczywiście rzuca się tutaj w oczy przenikliwość i dalekowzroczność pisarza. Opisuje on schemat wojny atomowej, jak będzie wyglądała zagłada i dlaczego mózgi elektronowe będą rządzić ludźmi. Jest jeszcze kilka smaczków science-fiction, ale nie będę ich tu przytaczał zostawię to ciekawskim. Kilka uwag dotyczących kondycji ludzkości, kilka filozoficznych przemyśleń na temat kondycji wszechświata. Z pozytywnych to chyba wszystko.

Podsumowując: “Śledztwo” nie jest książką, którą bym polecił każdemu. Jest powieścią przeznaczoną dla jego wielbicieli, których powinna w stu procentach zadowolić. Mnie średnio, bardzo średnio się podobała.

P. S.  I taka ciekawostka, książka została napisana pod koniec lat pięćdziesiątych. W książce bohater dużo podróżuje autem. Lem pisze w niejo placyku postojowym, miejscach do postoju. Lem pisze: zostawił auto na placyku, zatrzymał samochód. Rzuciło mi się od razu, że ani razu nie padło słowo parking. A przecież akcja dzieje się w Londynie! Ciekawe, kiedy słówko parking na dobre zadomowiło się w polszczyźnie.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Chalid Al – Chamisi “Taxi: opowieści z kursów po Kairze”

Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Sierpień 2011

Chalid Al - Chamisi "Taxi: opowieści z kursów po Kairze"

Chalid Al - Chamisi "Taxi..."

Egypt, Egypt z czym się kojarzy? Piramidy, faraony, arabusy, wielbłądy, krokodyle i all inclusive w hotelu w Sharm el Sheikh. No, może jeszcze seksturystyka Polek (O zgrozo!). Pierwsze skojarzenia z Egiptem jakie przychodzą do głowy wielu ludziom, w tym także i mnie. Jednak po zimowych wydarzeniach trochę się Polacy zaczęli interesować Egiptem, a bo to nie wiadomo czy hotele czynne. Z kolei Polki przerażone czy młodzi Arabowie będą mieli czas dla nich, bo być może właśnie obalają reżim Mubaraka.

Dobra, koniec żartów o Polkach bawiących się z młodymi Arabami lampą Alladyna na latającym dywanie. Czas zacząć być poważnym. Książkę, którą skończyłem właśnie czytać, (a wczoraj pisałem, że nie czytam, taki ze mnie kłamczuszek) wydano w 2011 roku. Idealnie zbiegła się z rewolucją w Egipcie, ale to czysty przypadek.

O czymże jest książka kairskiego dziennikarza, który porusza się po tej wielomilionowej metropolii taksówkami, których w Kairze jest ponad osiemdziesiąt tysięcy! Podobno większość z nich to stare trupy, które trzymają się na słowo. I podróżuje sobie nasz dziennikarz taksówkami i jak to w taksówkach bywa, gawędzi sobie z kierowcami. Kierowcami, którzy jak zaznacza sam autor stanowią przekrój wszelkich typów ludzkich, zawodów, ras i upodobań politycznych. Rozmawia z nimi, słucha ich problemów, dyskutuje. Jakie problemy mają ci taksówkarze? Ano, los taksiarza w Kairze nie jest lekki. Wszędzie biurokracja, ogromna korupcja, brud, smród i ubóstwo. Nic tylko usiąść nad brzegami Nilu i zapłakać. Wszyscy taksiarze w Kairze ledwo wiążą koniec z końcem, edukacja dzieci kosztuje ich krocie, nie ma co do garnka włożyć, żony na nich krzyczą, politycy ględzą, policjanci mandatami karzą. Same afery i katastrofy. Znajome głosy? Przecież tak samo narzekają Polacy i polscy taksiarze, tylko oni zamiast Allaha wzywają innego Boga albo jakieś słowa mało parlamentarne.

Jakie wnioski wysnułem po lekturze? Czy mój obraz Egyptu i jego społeczeństwa zmienił się dramatycznie? Czym zrozumiał dlaczego Mubarak złym facetem był i musiał upaść? Zrozumieć nie zrozumiałem, ale troszkę lepiej poznałem bolączki egipskich taksiarzy, które zasadniczo nie różnią się od naszych, polskich bolączek. Poza takimi bolączkami wynikającymi z różnic religijnych i politycznych – jakieś ramadany, jakieś żony, kobiety przebierające się z tych całych kwefów, w normalne ciuchy do pracy, i mało demokratyczny reżim, z silnie rozbudowanym aparatem bezpieczeństwa. Książkę czyta się szybko, opowieści taksiarzy są z reguły krótkie i nawet interesujące. Lektura jest dobra, ale nie porywająca. Zresztą jak czytałem to miałem zastrzeżenia, co do osoby autora, który wydał mi się strasznie nadętym kolesiem. Nie wiem skąd takie wrażenie, ale tak autora odebrałem. Czy “Taxi…” powinien/powinna przeczytać Polak/Polka wybierająca się do Egyptu? Jeśli tylko do hotelu z ofertą all inclusive to można sobie darować, jeśli ktoś z kolei chce się wybrać do Kairu i spędzić wyjazd “na hardkorze” to może sobie czytnąć. Ogólnie “Taxi…” pokazało mi część Egiptu współczesną, z ludzką twarzą. Bom Egipt znał tylko z książki Henia Sienkiewicza wiadomej proweniencji i tytułu, czyli “W pustynie się puszcza” czy jakoś tak. No i niejakiego Bolesława P., ale on pisał o czasach kiedy stawiali cuda starożytnego świata, więc się nie liczy. I jeszcze miałem takie fajne książeczki obrazkowe o starożytnym świecie, i tam też było o Egipcjanach, jednak po chwili namysłu dochodzę, że ci Egipcjanie z książeczek mocno różnią się od taksiarzy z Egiptu.

P. S. Interesująca jest notka tłumacza o trudnościach w tłumaczeniu tekstów z języka arabskiego, który bardzo wyraźnie dzieli się na dialekty i język literacki. Podobno “Taxi…” jest pierwszym tak obszernym tekstem tłumaczonym z dialektu egipskiego. Ta notka tłumacza znacznie wzbogaciła mą wiedzę o arabskim świecie.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Harry Harrison “Wojna z Robotami”

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Sierpień 2011

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.

Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

 

 

 

 

bender

Bender

Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.

BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Warsaw Uprising…

Posted by charliethelibrarian w dniu 1 Sierpień 2011

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię uderzać w patetyczne tony. Nie lubię rozdzierania szat i rozpamiętywania klęsk. Jednak ta rocznica jest zbyt ważna, by o niej nie wspominać.

W sieci można znaleźć naprawdę mnóstwo wspaniałych rzeczy dotyczących tego Powstania.

Ja chciałem tylko przekazać drobną część.

Nie będę tutaj dyskutował o Powstaniu, chcę tylko pokazać, w jak różny sposób internauci przypominają tę rocznicę.

Chciałem tylko powiedzieć, że powstaje coraz więcej akcji upamiętniających to wydarzenie w sposób nie patetyczny, nie nudny ale bliski codziennemu życiu.

Muzeum Powstania Warszawskiego odgrywa tutaj ogromną rolę i akcje jakie przeprowadza Muzeum zyskują moje pełne poparcie i uznanie.

Wystarczy zajrzeć na ich stronę: 1944.pl.

Czego tam nie ma: Powstańcza Masa Krytyczna, spotkania z dzieciakami.

Zaproszenie na grę miejską inspirowaną Powstaniem: www.klisza.1944.pl. Coś dla mnie! Szkoda, że nie dam rady być w Warszawie szóstego sierpnia.

 

I akcja, która mnie powaliła na kolana. Zaprzęgnięcie rzeczywistości rozszerzonej tzw. augmented reality, do tego aby przybliżyć warszawiakom rzeczywistość powstańczą. Coś niesamowitego!

 

I takie żywe, angażujące ludzi akcje sprawiają, że lepiej poznamy prawdziwe oblicze Powstania. Natomiast historykom zostawmy spory.

Polecam kanał Muzeum na Youtubie. Warto poświęcić chwilkę i przejrzeć materiały tam zamieszczone. Są niesamowite.

Jeden kawałek z tegorocznego wydarzenia muzycznego jakie odbyło się 29 lipca.

 

Jest jeszcze coś na co czekam z niecierpliwością: Hardkor 44, czyli film o Powstaniu ze stajni Tomasza Bagińskiego.

 

Może na razie wystarczy tej oficjalnej strony dotyczącej Powstania. Trochę materiałów dostępnych na Youtubie:

Dziwne ale Johnny Cash pasuje bardzo dobrze do zdjęć skompilowanych przez tego użytkownika. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, bo warstwa tekstowa raczej już nie za bardzo.

Trochę inne spojrzenie na powstańcze piosenki:

Przyznam się szczerze, że dostaję dreszczy, gdy słyszę dzieciaki śpiewające te piosenki, tematyka niezbyt dziecięca. Moim zdaniem zbytnio hardkorowe zestawienie. Ale piosenki są świetnie zrobione.

Zespół Raz Dwa Trzy:

Świetna aranżacja.

A teraz mariaż wydawałoby się raczej nie do pogodzenia, ale mnie się podoba:

Całkiem fajnie im to wyszło.

 

Teraz dla kontrastu oryginał:

 

I jeszcze nieśmiertelny Jacek Kaczmarski:

 

Jak już wspominałem bogactwo materiałów jest ogromne. Zachęcam do szperania, czytania, oglądania. Korzystajmy z błogosławieństw SIECI.

 

 

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.