Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Archiwum z Maj 2011

Erskine Caldwell “Poletko pana Boga”

Posted by charliethelibrarian w dniu 31 Maj 2011

Erskine Caldwell "Poletko pana Boga"

Erskine Caldwell "Poletko pana Boga"

Jest piękny majowy wieczór, ostatni majowy wieczór roku 2011. A Charlie zamiast siedzieć gdzieś na piwku siedzi przed lapkiem. Co prawda dopiero wrócił z zimnego browarka, ale wciąż czuje niedosyt. Po raz pierwszy od dawna włączyłem TV a tu niespodzianka na jedynce leci Terminator jedynka. I choć opowieść o gościu co się po czesku nazywał “Elektronicky mordulec” liczy już sobie tyle samo lat co CHARLIE, (i to bez jednego dnia) to wciąż potrafi zainteresować widzów (pewnie znacznie lepiej niż Charlie). Dobra dość dygresji i pisania o sobie w trzeciej osobie. Będzie o książce, którą skończyłem czytać. Raczej z reguły nie piszę o książkach, których nie skończyłem czytać ale to się rozumie samo przez się.

Skąd w ogóle przyszło mi do głowy żeby przeczytać “Poletko…”. Otóż trafiłem na jakąś entuzjastyczną recenzję w starym komunistycznym magazynie kulturalnym z lat sześćdziesiątych. Było tam coś o krwi, o seksie i o robotnikach. To sobie pomyślałem, że może być niezłe. Ach ja głupi! Znaczy się w książce był seks, była krew i byli robotnicy. Tylko, że książka została napisana w roku 1933. I nie przeczę jak na trzydzieste lata to działo się tam ostro.

Skrót fabuły. Zapadła dziura na południu Stanów. Rodzina farmerów, którzy już bawełny nie uprawiają bo “patriarcha” rodu kopie doły na całej swojej farmie w poszukiwaniu złota. I robi to od lat piętnastu. Z mizernymi rezultatami choć coś tam znalazł w ciągu tych piętnastu lat. Dwóch synów, jeden żonaty (co jest bardzo istotne dla późniejszych wydarzeń), córka latawica co to daje każdemu oprócz biednego grubasa Pluta, który jest w niej beznadziejnie zakochany. Tay Tay, bo tak się nazywa ojciec rodu ma synową, z której jest niezła laska i “człowiek gdy zobaczy te dwa sterczące cudeńka to chce paść na czworaka i coś polizać” tak przynajmniej mówi Tay Tay. I to właśnie przez nią dzieje się w książce. Każdy facet po prostu traci dla niej głowę, niektórzy w sensie dosłownym.

O czym jest ta książka – o gorączce złota, o namiętnościach, i wreszcie również o tych robotnikach, którzy podczas strajku uruchamiają fabrykę i zięć Tay Taya Will ,ginie bo był inicjatorem strajku. Pewnie dlatego książka została przetłumaczona – pokazywała kapitalizm w jego najgorszej postaci. Choć to tylko fragment książki, choć dosyć istotny. A sam Will to był facet z krwi i kości, wyobracał wszystkie kobiety w książce, bo miał to COŚ.

Skończyłem, przeczytałem i odczułem ciężar prawie osiemdziesięciu lat jakie liczy sobie książka. Coś podobnego miałem z Faulknerem i jego “Azylem”. Tam też jest amerykańskie południe, tam też były namiętności ale wszystko już pokryte zostało patyną czasu. Lektura ogólnie nie najgorsza, ale na pewno nie obowiązkowa.

P. S. Tytułowe “Poletko pana Boga” to kawałek ziemi, który Tay Tay przeznaczył właśnie dla Stwórcy i, który miał być świętością nie do ruszenia ale i tak Tay Tay wykopał na nim dół w poszukiwaniu złota, którego nie znalazł.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Eugeniusz Dębski “Krótki lot motyla bojowego”

Posted by charliethelibrarian w dniu 27 Maj 2011

Eugeniusz Dębski "Krótki..."

Eugeniusz Dębski "Krótki..."

Ha! Charlie is back! Niestety może nie z super wypasionym postem ale po prostu z opowieścią o kolejnej przeczytanej książce.

Chciałbym zacząć od wyznania, biję się w piersi, zaniedbałem ostatnio fantastykę, science fiction potwornie. Nie czytam zupełnie a to przecież gatunek, z którym Charlie poznawał świat literatury tak naprawdę. Żadne tam Homery, Balzaki – Charlie był zbyt młody łykał za to Carda, Asimowa, Pratchetta i wielu wielu innych jak młody pelikan. I przyznam się, że brakowało mi lektury fantastyczno naukowej. I tyle się dzieje w świecie owej literatury, na szczęście kupuję sobie “Nową fantastykę” i tam ostatnio trafiam na świetne opowiadania ale to jednak za mało. Więcej książek nie pamiętam a wszystkie serdecznie pragnę przeczytać a Was czytelnicy proszę o wyrozumiałość i zrozumienie.

Dobra powiem Wam co myślę o książce Dębskiego notabene grubej ryby w polskiej fantastyce. Otóż uważam, że mogło być lepiej. Naprawdę bardzo ciekawy pomysł – w przyszłości ludzkość zaprzestała wojen i spętała się rozejmami, których nikt nie chce złamać bo inaczej będzie miał przesrane. Ale jest super tajna jednostka, która toczy wojnę o jakiej nikt nie wie. Ta jednostka to telepaci staczający walkę w swoich główkach. Jednak tak naprawdę do końca nie wiedzą z kim walczą – czy z innymi ziemskimi telepatami, czy z kosmitami a może z demonami!? Ale walczą a przegrana oznacza zniszczenie umysłu i pozostanie tak zwanym warzywkiem. Telepaci to ludzie niedostosowani społecznie, z problemami, którzy znaleźli wreszcie swoje miejsce. To tyle jeśli chodzi o ogólny zarys fabuły. Dobry pomysł, ładnie to się nakręcało jednak później wszystko staje się banalne a finał książki woła o pomstę do nieba. Trochę tak jakby autorowi w miarę pisania się odechciało i dał sobie spokój, machnął na to wszystko ręką i postawił kropkę. A pomysł miał potencjał i można było pociągnąć dalej.

Nie było jednak aż tak źle, książkę czytało się szybko i była na tyle ciekawa, że chciałem ją skończyć. Ach jakże brakowało mi takiej odprężającej lekturki. Pozycja dla lubiących fantastykę, inni mogą sobie spokojnie darować.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Jarosław Iwaszkiewicz “Martwa pasieka i inne opowiadania”

Posted by charliethelibrarian w dniu 22 Maj 2011

Jarosław Iwaszkiewicz "Martwa pasieka..."

Jarosław Iwaszkiewicz "Martwa pasieka..."

Jarosława Iwaszkiewicza powinien kojarzyć każdy bo przecież jest mowa o nim w szkole. Skamander i tak dalej. Czytałem “Panny z Wilka”, “Brzezinę” i bodajże takie opowiadania “Ikar”. I nic więcej – może jeszcze jakieś wiersze. Książkę wziąłem z biblioteki bo jakoś tak leżała sobie w najczęściej wypożyczanych. Ciężko jest oceniać jednoznacznie antologię. Opowiadania mają bowiem różny poziom. Zostały wybrane przez córkę pisarza, która w notce od wydawcy napisała, że opowiadania w tym zbiorze raczej nie są szczególnie preferowane przez wydawców.

Miałem zamiar opisywać każde z opowiadań po kolei ale jednak mi się zwyczajnie nie chce. Powiem ogólnie jakie wrażenia w mej duszy zostawiła lektura opowiadań. Z prozy Iwaszkiewicza wieje klasycznym wychowaniem i dużą erudycją, obyciem kulturalnym i tak dalej. I nie mówię tego w złym znaczeniu. Dużo jest muzyki poważnej, nawiązań do utworów klasyków, które ja musiałem sobie sprawdzić (dzięki Ci o Internecie i serwisie Youtube), zwyczajnie bowiem prostak ze mnie i nie słucham klasyki. Iwaszkiewicz maluje bardzo szczegółowe obrazy. Przykłada uwagę do opisu i nazywania kwiatów (co również skłoniło mnie do sprawdzania niektórych gatunków). Piszę o tym, bo po prostu bardzo mi się to w oczy rzuciło. Język opowiadań jest bardzo chłodny, stonowany i przemyślany. Tak naprawdę wydawał mi się trochę beznamiętny. Nawet w momentach kluczowych. Większość z opowiadań powstała po wojnie i powiem szczerze, że odczuwałem trochę wpływ komunizmu. W znaczeniu takim, że Iwaszkiewicz poruszał tematy w taki sposób, że ja odczuwałem próby przemycenia jedynie słusznej ideologii socjalistycznej. Tytułowa “Martwa pasieka” to nawet rozliczenie z hipisami, tak jakby :D

Ogólnie czytało mi się bardzo dobrze i wiem, że się Iwaszkiewiczem na pewno jeszcze poczęstuję. Nie będę za bardzo przynudzał i zajmował się filozoficznymi i egzystencjalnymi aspektami prozy Iwaszkiewicza bom mu nawet do pięt dorastać niegodzien jestem. I w ten sposób Charlie spauperyzował jednego z największych twórców prozy polskiej dwudziestego wieku.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Wojciech Tochman “Jakbyś kamień jadła”

Posted by charliethelibrarian w dniu 18 Maj 2011

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

Są książki przyjemne, miłe, wesołe. Takie, po lekturze, których człowiek od razu nabiera pozytywnej energii, wiary w świat i ludzi. Ale są też książki, które walą Cię w łeb, z prawego sierpowego. I mówią weź się kurwa otrząśnij. Po lekturze, których cała wiara w piękno tego świata pryska jak mydlana bańka. A zostaje tylko uczucie, że ludzie to bestie i nie zasługują na to aby stąpać po tej ziemi. “Jakbyś kamień jadła” jest taką książką.

Tochman pojechał do Bośni, po niemal dziesięciu latach od konfliktu bałkańskiego, który wybuchł w połowie lat dziewięćdziesiątych i był efektem rozpadu wieloetnicznej Jugosławii. Tochman napisał reportaż o kobietach, które przetrwały wojnę. O kobietach tylko, bo mężczyzn nie za wielu zostało. Serbowie już się o to postarali. Bałkański kocioł po raz kolejny zawrzał, tylko nie wyszło z tego żadne miłe dla wszelkich ludzi poprawnych politycznie multi-kulti. Serbowie mordowali bośniackich muzułmanów, ci również nie pozostawali dłużni. I tak nakręcała się spirala nienawiści i morderstw wśród niedawnych sąsiadów. Tochman skupił się na losie bośniackich, muzułmańskich kobiet. Losy bohaterek książki są tak smutne, okropne i przerażające, że wszelkie zrozumienie dla ich oprawców nie powinno istnieć. A ci oprawcy wciąż żyją, mieszkają teraz nawet w domach bośniackich, z kolei Bośniacy mieszkają w dawnych serbskich domach. Bo tak nakazało ONZ i Unia Europejska. Książka również obnaża, moim zdaniem zwykłe skurwysyństwo i hipokryzję państw zachodu, głównie USA, które dla swoich politycznych celów namieszało w tym bałkańskich kotle. A teraz wielce niesie humanitarną pomoc przy zbieraniu kości i identyfikacji ciał. A podczas wojny siły międzynarodowe nie kiwnęły palcem aby bronić cywili. Po raz kolejny na przykładzie takich konfliktów można zobaczyć jak słabe i głupie jest ONZ. W połowie lat dziewięćdziesiątych w samym sercu Europy znów stanęły obozy! Szlag mnie trafia na pieprzonych polityków, gdy pomyślę co przeszli ci ludzie. To politycy namieszali zwykłym ludziom, którzy mieszkali obok siebie przez dziesiątki lat, że należy pozbyć się “obcych” i “innych”. A “zwykli” ludzie bardzo szybko zasmakowali w okrucieństwie, taplali się w morzu krwi. Pokochali gwałty i upajali się władzą nad życiem i śmiercią. Płaszczyk cywilizacji jak widać bardzo łatwo jest zrzucić.

Tochman nie zagłębia się, w polityczne przyczyny konfliktu. On w sposób bardzo oszczędny relacjonuje, opisuje kobiety, które szukają swoich dzieci, które pragną pochować swoich mężów. Nie musi się nad tym rozwodzić, wdawać w szczegóły. Ten oszczędny, można rzec schludny styl narracji dodatkowo potęguje grozę podczas lektury. Bo Tochman sprawia tym stylem, że czytelnik zaczyn używać swojej wyobraźni, autor nie zmusza go siłą do wpatrywania się w tysiące worków z kośćmi. On tylko lapidarnie stwierdzi czym są plastykowe worki i napomknie, że za każdym workiem kości kryję się historia. Z reguły makabryczna i przerażająca.

Byłem zbyt młody bo kojarzyć wydarzenia na bieżąco z masowych morderstw w Srebrenicy i innych miejscowościach, później już tylko człowiek gdzieś tam przeczytał jakiś reportaż o wojnie i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Po lekturze nadrobiłem trochę zaległości. Ciężko jest połapać się w skomplikowanych układach narodowościowych, religijnych i politycznych w tym regionie świata. Podczas lektury pada całkiem sporo dat i nazw miejscowości. Warto sobie sprawdzić co mówią o tych miejscowościach podręczniki lub encyklopedie.

Lektura “Jakbyś kamień jadła” nie należy do przyjemnych ale należy do lektur, które każdy powinien poznać. Nie można zamykać się bowiem na fakty. A fakty są takie, że prawie dwadzieścia lat temu kilkaset kilometrów od nas koszmar wojny obudził się na nowo. I ciekawe czy pójdzie spać. Książka Tochmana potwierdza powiedzenie, że “Ziemia to piekło innej planety”. (Nie wiem kto jest autorem tegoż powiedzenia).

P. S. Po lekturze takich książek jestem wdzięczny, że Polska jest państwem praktycznie jednonarodowym i co najwyżej pobijemy się o jakiś krzyż, ale nikt nie ma zamiaru nikomu z tego powodu strzelać w tył głowy. Można się spierać czy sposób w jaki Polska po wojnie stała się jednonarodowa (akcja “Wisła”, wysiedlanie Niemców), był moralnie uzasadniony. Ale żyjemy teraz w takiej a nie innej rzeczywistości i jest ona pokłosiem tamtych akcji.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Mariusz Szczygieł “Zrób sobie raj”

Posted by charliethelibrarian w dniu 12 Maj 2011

Mariusz Szczygieł "Zrób sobie raj"

Mariusz Szczygieł "Zrób sobie raj"

Po lekturze “Gottlandu” Szczygieł mi się nawet spodobał jako autor. Nie powinno więc dziwić, że sięgnąłem po jego drugą książkę o Czechach. “Zrób sobie raj” jest już inne niż “Gottland” przede wszystkim jest znacznie lepiej napisana i znacznie przyjemniej mi się czytało.

Kolejny raz przekonałem się jak bardzo różnią się od nas Polaków, nasi południowi sąsiedzi! Jak bracia Słowianie mogą patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. Pisząc o Czechach nie można nie mówić o ich poczuciu humoru, które jest genialne. Przecież Czesi to Wojak Szwejk, to osławione czeskie filmy i K***A KRECIK! Tylko taki naród mógł wymyślić Krecika! Gościa, który stworzył Krecika powinni ozłocić a samego Krecika wstawić sobie jako godło!

Czesi uważają, że śmiech pozwala przetrwać najgorsze chwile i to on jest najprawdziwszą reakcją ludzką. Śmiech pozwala przezwyciężyć i przetrwać wszystko – nazim, komunistyczny reżim, który był znacznie ostrzejszy niż u nas, wreszcie rozbuchany kapitalizm. I choć Szczygieł przemyca poglądy, że jest to tak jak z zamiataniem śmieci pod dywan (w końcu kiedyś trzeba będzie sprzątnąć) nie zmienia to faktu, że poczucie humoru Czesi mają.

Szczygieł oprowadza nas po Czechach, w których naprawdę trudno zostać bohaterem (przypadek czeskich Cichociemnych, którzy zabili Heydricha – namiestnika hitlerowskiego na Czechy, Czesi dzisiejsi wciąż umniejszają ich czyn a pomnik niedawno postawili). Zresztą sam opis ich ostatniej walki jest jak fabuła czeskiej komedii. Szczygieł ładnie pokazuje nam czeskie środowisko artystyczne, które wydaje się dużo bardziej hardcorowe niż nasi artyści. (Wiele rzeczy nie przeszłoby w Polsce a takie genitalia na krzyżu, pani Nieznalskiej w Czechach najwyżej spowodowałyby uniesienie brwi).

Dużo uwagi pan Mariusz poświęca wierze Czechów a raczej jej braku. Jezu (sic!) jakie tam są piękne dialogi o Bogu, jak ci Czesi ładnie mówią, że Bóg im niepotrzebny, że po co mają sobie psuć życie jakimiś nakazami. Na bardzo naiwne pytania polskich studentów dlaczego nie wierzą – odpowiadają pragmatycznie i rzeczowo. Na przykład: “Gdy wszyscy Cię opuszczą, do kogo się zwrócisz?” pada odpowiedź: “Jakim człowiekiem musiałabym się okazać gdyby mnie wszyscy opuścili”. Oczywiście Szczygieł dla mnie trochę nachalnie porównuje pod tym względem Polskę i Czechów, ich kraj określając słowami “bezbożni sąsiedzi”. Czy wyobrażacie sobie, że nawet katedra św. Wacława czyli patrona Czech nie należy do kościoła! Tylko do państwa czeskiego! Wyobraźcie sobie taką sytuację na Wawelu. Jak ja bym chciał, żeby w Polsce było jak w Czechach. Tzn. (kościół katolicki zredukowany do roli takiej jaką powinien pełnić – służba wiernym i nic więcej, brak przywilejów, brak odszkodowań majątkowych). A kościoły traktowane są tam jako zabytki sztuki architektonicznej i obiekty historyczne. Żeby być sprawiedliwym czeski reżim komunistyczny ostro tępił kościół w latach komuny. Księża cierpieli prześladowania, takie same prześladowania spotykały wiernych. Ateizacja kraju nie nastąpiła więc tak bardzo z przyczyn naturalnych była po części procesem społecznie wymuszonym. Ale po odzyskaniu wolności i demokracji Czesi nie rzucili się na klęczkach do kościołów. Po prostu kościół również kojarzy im się z organizacją totalitarną!

Dość o sprawach wiary, będzie o książce. Czytało mi się świetnie, moim zdaniem o niebo lepsza od “Gottlandu”. Lepiej napisana, Szczygieł przytacza naprawdę zabawne anegdotki. Oczywiście pokazuje również drugą stronę tego medalu – jeśli zastąpimy wszystko śmiechem nie będzie już szans na żadną refleksję. Podobno nawet dramaty i tragedie w Czechach reklamuje się jako smutne komedie a Czesi na siłę szukają zabawnych momentów. Pan Mariusz bardzo ładnie ukazał specyfikę naszych południowych sąsiadów, ich główne cechy jednak bez operowania zbytnimi stereotypami. Książka Szczygła nominowana została do Nike i dla porównania przeczytam inne pozycje ale już teraz jak dla mnie może spokojnie nagrodę otrzymać! Polecam!

Aż bym sobie wyemigrował do tego kraju, za bardzo jednak jestem Polakiem abym mógł tam swobodnie się czuć. Jednym z postanowień majowych Charliego będzie wizyta w Czechach! I to na dłużej.

AHOJ!

P. S. A wrzucę mój ulubiony odcinek Krecika. Krecik i jego kabrio :)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Dzień Bibliotekarza!

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Maj 2011

Dziś będąc na delikatnym kacyku nagle zorientowałem się, że dzisiaj jest ŚWIATOWY DZIEŃ BIBLIOTEKARZA, BIBLIOTEKAREK (taki ze mnie obrońca równouprawnienia, bo wszędzie pisze się o bibliotekarzach, których w tym fachu jak na lekarstwo) i BIBLIOTEK!

Żeby uczcić to ważne wydarzenie dla kraju i świata, tę rocznicę, której Polacy nie obchodzą należycie (Oprócz bibliotekarzy z Łodzi i ich akcji Odjazdowy Bibliotekarz). Z tej właśnie okazji chciałem się podzielić jakimś mądrym linkiem. Ale jak to zwykle u Charliego bywa zwyciężyła jego prostacka natura i pokażę wam co znajdziemy na bardzo popularnym portalu Youtube. Po wpisaniu hasła sweet librarian otrzymujemy takie wyniki:

sweet librarian

sweet librarian

Dla odwrotnej frazy czyli librarian sweet jest tak samo. Aby być w miarę rzetelnym dodam, że już na drugiej stronie wyszukiwania pokazują się filmiki choć trochę związaną z biblioteką.

A co otrzymamy jak wpiszemy słodki bibliotekarz?

Otóż otrzymamy Eugena, bibliotekarza z Great Britain (ja go dla swoich potrzeb nazwałem tak z superbohaterska Człowiek-Stereotyp :)

Trzeba przyznać, że koleś ma w sobie coś sympatycznego. Zresztą ten filmik był już na wielu, wielu możliwych portalach. Wiem, że na Pulowerku chyba był. A jego wiersz jeśli się wsłuchać jest ironiczny i pełen humoru i dystansu do siebie. Co nie zmienia faktu, że kolo wygląda jak chodzący stereotyp. Na Youtube jest pełno wariacji na temat tego filmiku. Nie znalazłem zresztą dalszej części jego przygód, co jest dziwne bo skoro przeszedł dalej mogli go pokazać. Ale widocznie już za drugim razem nie był hmm… powalający.

Tak czy siak drodzy koledzy i koleżanki po fachu. Ci wszyscy, którzy niesiecie kaganek oświaty, udostępniacie mądre księgi, filtrujecie sieć w poszukiwaniu wartościowych informacji, w pocie czoła przeprowadzacie skontrum a wszystko wyłącznie z pasji i miłości do wiedzy i książek:

Keep Calm and Be Librarian

To tyle, a ja idę sobie na zimne piwko… tralala…

P. S. Jeśli ktoś chce częstować się tym “Keep Calm” proszę śmiało. Zresztą jest świetna stronka, na której to zrobiłem: Keep Calm.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Janusz Głowacki “Good Night, Dżerzi”

Posted by charliethelibrarian w dniu 5 Maj 2011

Janusz Głowacki "Good Night, Dżerzi"

Janusz Głowacki "Good Night, Dżerzi"

Hmm… Od czego by tu zacząć? Przeczytałem tę książkę, bo byłem ciekawy szczegółów biograficznych Kosińskiego, jak to naprawdę z tym “Malowanym ptakiem” było. Powiem krótko dowiedziałem się tylko tyle, że Kosiński ostro zmyślił tę książkę, dowiedziałem się, że zerżnął “Karierę Nikodema Dyzmy”, dosłownie przepisał wszystko jak wczoraj maturzyści na polskim i ogólnie raczej marnym był pisarzem. Miałem jego książkę, którą chciałem przeczytać po “Malowanym…” ale albo “Malowany…” to było za dużo albo “Pustelnik z 69 ulicy” wydał mi się totalnym bełkotem i jednym wielkim pierdem. Więc dałem sobie spokój. I po lekturze książki Głowackiego raczej już po Kosińskiego nie mam zamiaru więcej sięgać. Dość o Kosińskim, ups nie może być dość przecież ta książka jest właśnie o Dżerzim. Takim właśnie literackim i amerykańskim Nikosiu Dyzmie, który ściemnia na lewo i prawo, pisze książkę po angielsku przy pomocy swoich tłumaczy i wdziera się na same szczyty literackiego Olimpu Stanów Zjednoczonych. A Olimp to nie byle jaki. Sama śmietanka i ta śmietanka tego polskiego Żydka uwielbia! Oddaje mu honory, hołubi, stawia na piedestale a kiedy gówno uderzyło w wentylator (ang. The excrement made physical contact with a hydro-electric powered oscillating air current distribution device) odcięło się od niego i wyrzuciło poza swój nawias.

Czego z tej książki dowiemy się o Kosińskim – na pewno tego, że był niezłym zbokiem i lubił naprawdę dziwne gierki, że ludzie są popieprzeni i kiedy zdawałoby się, że mają wszystko chcą jeszcze więcej i pogrążają się w jakichś zboczonych seksualnych fantazjach i grach. Nie lubię tego, jestem prostym człowiekiem i lubię proste przyjemności (co nie znaczy, że jestem prostakiem) po prostu mierzi mnie, każdy rodzaj zblazowania, znudzenia życiem, snobizmu. Wracając do Kosińskiego niby to jego biografia, życiorys a tak naprawdę za dużo to go tam nie ma. Jest za to opisanych wiele losów osób ze środowiska Kosińskiego i chyba one mają nam powiedzieć jaki był Kosiński. Na pewno miał swoje chore jazdy, potrafił manipulować ludźmi, miał cięty język i był mistrzem improwizacji i nietuzinkowego zachowania się. To by było na tyle.

Opiszę tutaj teraz jakie Charlie odniósł wrażenia po lekturze. Jeśli ktoś ciekawy może czytać dalej a jeśli nie to też niech czyta, może się zaciekawi? Szybko się czytało, nie nudziła książka. Widać, że Głowacki umie posługiwać się językiem i tworzyć bardzo zabawne słowne gierki i sytuacje. Trafnie dobrane wyrażenia, ironia i czarny humor miejscami sprawiały, że naprawdę nieźle się uśmiałem. Ale Głowacki nie pisze tylko samych zabawnych sytuacji, w jego pisarstwie daje się wyczuć to coś. Jest w nim (pisarstwie) swoista łatwość w operowaniu słowem, która trafia się najlepszym. (Teraz Charlie jest polonistą). I ileż tam jest przekleństw. Słów na k…., na ch…. i innych, których boję się nawet przytoczyć jest tak pełno, że biedny człowiek wariuje i zaczyna mówić tym samym językiem. (Teraz Charlie jest obrońcą czystości języka polskiego). Za dużo w tej książce jest zboczonego seksu i wyuzdania. Książka woła o pomstę do nieba, jest plugawa, brudna i zła. Chuć i wyuzdanie sięgają poza karty książki i siłą wdzierają się do bogobojnych serc. (Teraz Charlie jest obrońcą moralności). Ludzie z samego szczytu zarówno finansowego i kulturalnego babrają się w nieskrępowanej miłości, dupczą jak króliki, Kosiński wyrywa laskę za laską no po prostu orgia goni orgie – chłopczyk, dziewczynka, kozioł wszystko byle zabić nudę jaka wdziera się w zblazowanych ludzi, których można nazwać arystokracją Stanów Zjednoczonych. Nic nowego. Już wspomniałem, że to najmniej mi się podobało w całej książce. Kolejny przykład, że władza i pieniądze demoralizują.

Ogólnie przeczytałem, nawet z zainteresowaniem. Przeczytałem i co? I nic. Spłynęła po mnie ta lektura jak woda po kaczce. Kilka dobrych tekstów, ciekawostki z życia wierchuszki i tyle. Aha przed lekturą “Good Night, Dżerzi” dobrze jest przeczytać sobie “Malowanego…” inaczej ciężko będzie wyłapać aluzje i nawiązania właśnie do “Malowanego…”, których jest naprawdę bardzo dużo.

Kilka lepszych cytatów:

“Ryśkowi powodziło się dobrze ale nie czuł się szczęśliwy[...] W Cafe Karenina pracował jako kelner i mszcząc się za wszystkie krzywdy, jakie naród polski przez wieki znosił od Rosji, a szczególnie za wbicie noża w plecy w roku 1939 oraz mord w Katyniu, dymał właścicielkę restauracji, grubą Olgę, chociaż ani jej nie kochał, ani mu się nie podobała.”

“Matka Jody kochała ojca i książki, tym drugim zaraziła córkę. Ojciec był piękny, szpakowaty, miał astmę, kilka kochanek i palił czerwone marlboro. A matka było dobra nie do wytrzymania. Raz, wracając ze szkoły w zimie, Jody zobaczyła ją, jak zmarznięta przytupuje na ulicy. – Ojciec jest taki chory – powiedziała córce – Jest u niego ta gruba kochanka kochanka, Claudia. Czekam, aż wyjdzie. Niech on ma jeszcze coś z życia.”

Tak więc nawet świetne pisarstwo i styl Głowackiego nie zatarły wrażenia, że książka ta jest książką dobrą i nic poza tym. Rzekłem!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Jacek Dukaj “Wroniec”

Posted by charliethelibrarian w dniu 4 Maj 2011

Jacek Dukaj "Wroniec"

Jacek Dukaj "Wroniec"

Długo nie mogłem siebie przekonać do przeczytania tej książki. Za dużo było medialnego szumu wokół niej. Nie lubię czegoś takiego, tych wszystkich ochów i achów. Że bajka ale o czym! O Stanie! Wojennym! BAJKA! O wydarzeniu, którego świadkiem nie byłem (przyszedłem na świat 3 lata później), ale moi rodzice coś tam opowiadali. No nie było wtedy różowo. Dukaja jednak znam i lubię więc stwierdziłem, że dla odmiany przeczytam tę jego bajkę o stanie wojennym.

I bach, i trach! Jakże przyjemnie czytało mi się tę książeczkę. Książeczkę bo choć wydana w twardej oprawie i grubaśna to pełno w niej prześlicznych rysunków, a czcionka duża i taka ładna. Więc pewnie samego tekstu za niewiele by wyszło. Kolejny raz Dukaj pokazał, że ma łeb nie od parady i potrafi pisać. Bajka jak bajka, Adaś walczy ze złem aby odzyskać tatę, mamusię, siostrzyczkę zabranych przez złego Wrońca. Jest chłopcem obdarzonym darem i może walczyć ze sługami Wrońca za pomocą Słowa. Ale nie o tym – Jezu jak mi się podobał świat wykreowany i opisywany przez Dukaja, wszystkie te neologizmy na określenie Milicji, Ubecji, Tajniaków, Zomo. Tak cudnie zniekształcone przez dziecięce ucho. Młody coś tam usłyszał i sobie po swojemu nazwał rzeczywistość PRL. I również ta rzeczywistość opisana w bardzo plastyczny i żywy sposób. A opis kolejki po prostu mnie powalił na kolana. Przemknąłem przez książkę z czystą radością czytania.

I niech mnie linczują, że przecież bajka o stanie wojennym, że należy drugie dno, że metafory i ukryte znaczenia. Charlie nie jest głupi i doskonale wychwytywał (przynajmniej tak mu się wydaje) aluzje Dukaja. Ale tak naprawdę podczas lektury tej książki odstawiłem na bok swoją wiedzę i władzę przejęło dziecko (wiem, że to brzmi banalnie i infantylnie ale inaczej tego nie mogę nazwać). Wiedza cały czas była – inaczej “Wroniec” byłby lekturą bez sensu ale właśnie wiedza pozwalała mi czerpać dziecinną radość z talentu pisarskiego Dukaja. Bo gościu jest kimś.

Tak sobie myślę, że jeśli będę chciał opowiedzieć moim dzieciom (o ile będę je miał) o stanie wojennym to podczas lektury “Wrońca”.

Ale żeby nie było za słodko to się przyczepię do zakończenia, którego nie pojąłem ale to bajka, więc raczej nie można tutaj powiedzieć co autor miał na myśli.

P. S. Zresztą co ja będę opowiadał swoim dzieciom o stanie wojennym. Przecież go sam nie zaznałem a jeśli pojawią się na tym świecie to dla nich będzie już prehistoria.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Andrzej Pilipiuk “Wampir z M-3″

Posted by charliethelibrarian w dniu 3 Maj 2011

Andrzej Pilipiuk "Wampir z M-3"

Andrzej Pilipiuk "Wampir z M-3"

Weekend majowy minął, święta minęły. Było to wszystko tak blisko, że miałem sporo dni wyjętych z życiorysu. Ale na szczęście (Boże nie wierzę, że to piszę) nadchodzi czas szarej rzeczywistości i człowiek wróci w tryby maszyny.

Wciąż czytam i dlatego napiszę króciutko o książce, która idealnie nadaje się do zabicia czasu podczas długiej podróży pociągiem.

Pokrótce powiem jakie cechy powinna mieć taka książka: nieskomplikowana historia, która opisywana jest w sposób wartki i szybki. Musi być również zabawna (historia i książka), tak aby człowiek od czasu do czasu się uśmiechnął. Książka nie powinna zawierać żadnych rozważań i dywagacji na temat problemów egzystencjalnych gatunku ludzkiego, wampirzego tym bardziej. Żadnej, kur*a filozofii transcendentalnej i tym podobnych rzeczy. Duża czcionka, miękka oprawa i wyraźne litery (to takie techniczne szczegóły).

Pilipiuka znam, uwielbiałem jego cykl o Jakubie Wędrowyczu do czasu gdy cała historia zaczęła pożerać własny ogon i stawała się coraz nudniejsza. Cóż można rzec o “Wampirze…” Hmm… do pociągu nadaje się idealnie. KILKA całkiem niezłych zabawnych tekstów, sytuacji, postaci. Ilość ich jest wystarczająca aby człowiek był zainteresowany dalszym czytaniem ale nie tak dużo aby boki zrywać, że się tak wyrażę. Pomysł świetny – wampiry i inne byty uznawane za legendarne śmigają sobie po Warszawie schyłku PRL-u syrenką i starają się nie powodować zbytniego popłochu wśród ateistycznej władzy ludowej. U Pilipiuka podobało mi się zawsze bardzo fajne i interesujące spojrzenie na różnego rodzaju mity i legendy. Potrafił nieźle wszystko wywrócić na drugą stronę, w sposób bardzo zabawny. Wrażenie po lekturze (która odbywała się w pociągu relacji Warszawa – Kraków) pozytywne. Można przeczytać i nie mieć poczucia czasu straconego, czasu którego wampiry mają mnóstwo a my “ciepli” nie za dużo!!!!!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.