Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Archiwum z Marzec 2011

John Scalzi “Wojna starego człowieka”

Posted by charliethelibrarian w dniu 30 Marzec 2011

John Scalzi "Wojna..."

John Scalzi "Wojna..."

Będzie krótko bo i książeczka też do za długich nie należała. Kosmos, wojna, obrzydliwi obcy, dla których ludzie to przysmak! Napierdalanka po wszystkich planetach naszej galaktyki. Ludzkość walcząca o dominację w kosmosie, kolonizacja planet, eksperymenty genetyczne. Śmierć, krew, flaki i seks! Dużo seksu! Ale jeszcze więcej humoru, sarkazmu i czystej radochy z lektury. To jest dopiero odprężająca czytanka. Świetnie napisana, czyta się  jednym haustem! Pomysł też niczego sobie.

Pokrótce: główny bohater to staruch, który dochodzi do krańca swego żywota w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej na planecie Ziemia. Jednak jest dla niego nadzieja bo może sięgnąć gwiazd. Otóż Kolonialne Siły Obrony od lat rekrutują staruchów do swoich szeregów. Ale po kiego brać do wojska jakiegoś starca, co to nawet wysikać się  nie może do końca porządnie? Zagadka tkwi w gwiazdach i pośród tych gwiazd zostaje rozwiązana. John Perry tak jak tysiące innych starych pierdzieli zostaje żołnierzem KSO i walczy o przetrwanie ludzkości wśród wrogich ras. Bo kosmos to zatłoczone miejsce i każdy chce mieć jak największy kawałek tortu. John Perry otrzymuje od KSO zajebiste nowe ciało, które pozwala mu robić znacznie więcej niż jego stare oryginalne kiedykolwiek mogło. Wyobrażacie sobie po latach życia w starym ciele dostać ciało dwudziestolatka? I to super wzmocnione? Niestety nie ma nic za darmo i Perry musi odbębnić swoje w KSO. Walczy z bezwzględnymi obcymi, którzy są nieprzewidywalni i zamienia się w bezmyślnego zabójcę z rozterkami moralnymi, które na szczęście nie trwają długo. Walczy w obronie Ziemi i jej kolonii choć Ziemia to zadupie takie, że pożal się boże. Ludzkość zostawiła nas samych sobie z naszymi małymi konfliktami i podbija wszechświat.

Świetna lektura! Odpocząłem sobie i wybawiłem się świetnie. Dobre pomysł, wartko napisana, i żarty też niczego sobie. Ironia i sarkazm oraz wisielczy humor rządzą! Polecam!

P. S. Z góry przepraszam starych pierdzieli – pisałem tak aby oddać ducha książki.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , | 1 komentarz »

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Posted by charliethelibrarian w dniu 28 Marzec 2011

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Lektura tej książki w moim wykonaniu trwała długo. Ale nie dlatego, że książka jest nudna, zła czy słaba. Po prostu specyficzny styl narracji nie pozwalał mi się wciągnąć zupełnie. Czytając “Kamień…” czułem się tak jakbym rozmawiał z moim dziadkiem jednym lub drugim lub z babciami. Tematy, które znam z własnego doświadczenia dodatkowo sprawiały, że książka odbierana była przeze mnie jako do bólu prawdziwa.

Historia Szymona Pietruszki mogła wydarzyć się u mnie na wsi i jego żywot nie różniłby się niczym od innych żywotów z tej wioseczki. Powiedzieć, że “Kamień…” to książka o życiu jest czymś tak oczywistym jak stwierdzić, że w dzień jest jasno. Znajomych motywów, motywików było mnóstwo, gadulstwo Pietruszki sprawiało, że odnajdywałem co chwilę jakieś zagrzebane wspomnienia  z dzieciństwa. Jak zaczyna się książka – Szymon idzie na targ sprzedać krowę po to żeby mieć za co wybudować grób. Bo jak wiadomo, grób musi być. Co to za człowiek, który przed śmiercią grobu nie ma już przygotowanego. Niechluj z niego i zrzuca najcięższą robotę na innych. Dlatego też gdy dziadek był chory, to z wujkami budowaliśmy dla niego kwaterę na cmentarzu. Miastowi powiedzą, że jak tak można – dziadek przecież jeszcze żył. Ale jesień już była, jeszcze ładna pogoda, jednak nie wiadomo jak długo będzie trwał słoneczny wrzesień. A później kopać tak grób w deszczu, gdzie wieje zimno i plucha. To nawet nie chodzi o wygodę kopiącego ale o robotę dodatkową jaka by nas czekała. A tak to szybko wykopaliśmy grób, wujek murarz postawił wszystko elegancko jak trzeba. Dziadek koło ojca swego spoczął, znaczy się mojego pradziadka. I kiedy na Adama przyszedł czas – miał już mogiłę jak się patrzy. Nie trza było gorączkowo szukać kogoś kto  grób przygotuje. Pamiętam jak dziś, w ósmej klasie podstawówki byłem, sobota, październik marchewkę z babcią wykopywaliśmy kiedy sąsiad przyjechał i powiedział, że z dziadkiem źle i po księdza trzeba dzwonić. To dokończyliśmy tylko to cośmy mieli zaczęte, żeby porządek był i poszliśmy do domu. Sam byłem u babci wtedy bo jedna siostra na zawodach gimnastycznych była a druga nie pamiętam już gdzie się podziewała. Nic nie wygrała a jeszcze sobie nogę jakoś tak uszkodziła, że miesiąc w łóżku przeleżała. Śmiałem się później, że jak dziadek umierał to ją jeszcze popchnął za to, że marchewki nie zbiera tylko się po zawodach włóczy. Wracając do Szymona – żywot ciekawy chłop wiódł, i dużo przeżył a niezły był z niego hultaj. W partyzantce był, niejednego zabił a ze śmiercią kilka razy zatańczył tak, że ona sama się zakręciła i zamiast zabrać go do siebie zostawiała na tym łez padole. I kobiety lubił a i one go lubiły. Umiał chłop i wypić i zatańczyć a w miłości też był niczego sobie. Wiele dziewek chciałoby go za swego chłopa ale jemu ani w głowie żeniaczka. Niecierpliwy był na to za bardzo. Brały go czasem takie złości, że nie mógł się opanować i reagował jak wściekły byk. Nie myślał wtedy zupełnie – jak ja gdy rzuciłem się na gościa na zabawie we wsi. Burak będzie mi tu kozaczył i panienkę co to ją sobie upatrzyłem na wieczór zagadywał, a znał mnie i wiedział, że ja się koło niej kręcę. Skoczyłem do gościa, zdzieliłem w ryj i byłoby po wszystkim bo juchą się zalał i dalszej ochoty do walki nie wykazywał. Ale z koleżkami przyjechał i tamci doskoczyli do mnie. Dobrze, że na zabawie kuzyni moi byli to poradziliśmy sobie z hołotą i na kopach wyprosiliśmy ich z remizy. Mimo kilku uszkodzeń na moim ciele ja i dziewczynka wieczór możemy wpisać w poczet udanych. Pietruszka również z kościołem był na bakier, w gminie działał. Ślubów udzielał a robił to pięknie i zgrabnie lepiej nawet od samego księdza. Nie dziwota, że ludzie do niego garnęli i śluby w gminie brać zaczęli. Na koniec jako stary i schorowany człowiek poszedł jednak do księdza, bo przecież miejsce na grób trzeba mieć. Pietruszka szedł pełen obaw ale ksiądz przywitał go niemal po przyjacielsku i godne miejsce na pochówek za darmo oddał. Fakt ten wprawił Szymona w zdumienie. I trochę Pietruszka spokorniał ale tylko trochę.

Taka jest cała ta książka, wątki i opowieści przeplatają się, cofamy się w czasie i przeskakujemy naprzód. Dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o świecie i człowieku. Piękne to i fascynujące. Polecam każdemu tę książkę. Można dzięki niej nabrać dystansu do nas samych i zrozumieć sporo.

Cóż mi piekło, księże proboszczu, jak byłem na ziemi.”

P. S. Przytoczone w tekście wspomnienia należą do Charliego :)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Trupojad: nie ma ocalenia. Antologia.

Posted by charliethelibrarian w dniu 27 Marzec 2011

Trupojad

Trupojad

Horror – Charlie uwielbia, horror – Charlie kocha, horror – Charlie może zawsze i wszędzie :) A dzięki uprzejmości autora bloga o horrorze: horrorstory Charlie otrzymał dwie antologie polskich autorów tego gatunku. Teraz drogie dziatki wasz kochany bibliotekarz Charlie opowie Wam o tym, że Polacy nie kiepy i swoje horrory mają.

Jak to z antologiami bywa, opowiadania często prezentują nierówny poziom i czasem trafi się na perełkę a czasem człowiek pomyśli tylko WTF? Nie inaczej jest w tym zbiorze. Dodatkowo jeśli się dobrze zorientowałem prezentowani autorzy raczej profesjonalistami nie są ale bardzo chcą nimi być. Czasem za bardzo.  Piętnaście opowiadań, piętnastu autorów i autorek, polska myśl horrorystyczna (Firefox podkreślił mi na czerwono – stworzyłem nowe słowo! edit: ktoś napisał tak już wcześniej :( Charlie jednak nie dane Ci wstąpić na Parnas) a więc jedziemy Alleluja i kto w horror wierzy za mną kur*a! Chcecie się bać wiecznie?! Jadymy!

1. Piotr Połubiński: “Z pamiętników obłąkanego grabarza: Trupojad”

Grabarz co to sobie jakieś tajemnicze biznesy na cmentarzu kręci i ma problemy z ghulem, który wyjada mu truposzki i nie sprząta po obiedzie fleja jedna. Czarny humor, cmentarny syf, makabra i obrzydliwy ghoul do tego grabarz, którego zwyczajnie nie lubię – warto, warto! Muchy, muchy, wszędzie muchy!

2. Alicja Getek: “Cyklon”

Następne opowiadanie: very, short story o tym, że lepiej puszczać bąki bo inaczej… (Nie mogę więcej zdradzić bo spieprzę zakończenie). Takie sobie.

3. Daniel Greps: “Pokój”

W następnym opowiadaniu dowiemy się, że lepiej nie kupować mieszkania od emerytek bo to stare wredne baby co zawsze nam jakieś kukułcze jajo podrzucą. Tym razem starucha sprzedała mieszkanie z pokojem, do którego lepiej nie zaglądać bo… możemy się naprawdę przejechać. Opowiadanko całkiem spoko. Chyba je gdzieś wcześniej czytałem, mam takie wrażenie.

4. Robert Cichowlas: “Cierpliwość”

Jak tatuś zabierze do cyrku to nie ma ch”ja w mieście. Oj, czasem tatuś może się nieźle przejechać i niestety zasłuży na karę, która na pewno mu się nie spodoba. Niezłe.

5. Jakub Małecki: “Opowieść oszusta”

Korporacja to zło, praca w korpo niszczy naszą duszę, wyżyma z nas wszystko, wysysa ze szpiku wszystko jak głodny ludożerca. Ale co gdy przyjdzie do nas inne zło, bardziej namacalne, takie kurwa prawdziwe wręcz. Demonica, szatanica czy co tam się w piekle lęgnie. I to zło będzie miało dla nas bardzo interesującą ofertę? NIE PODPISUJMY NICZEGO bo ze złem jak z bankami – i tak na końcu zostaniemy wyruchani w dupę bez mydła! Świetny pomysł, super napisane, podobało się Charliemu bardzo!

6. Robert Wieczorek: “Melodie naszych sąsiadów”

Peerelowskie bloki doskonale przewodzą dźwięki, lepiej jednak nie słuchać co gra w duszach naszych sąsiadów bo możemy od tego sfiksować i to całkiem porządnie. Ujdzie nawet bardziej niż ujdzie.

7. Krzysztof Gonerski: “Prezent”

Jak się ma męża seryjnego mordercę to się nie może skończyć dobrze… Bardzo takie sobie.

8. Tomasz Duszyński: “Zniknięcie”

Tajemnicze zniknięcia, bla bla bla, prywatny detektyw, bla bla bla, rejs luksusowym statkiem, bla bla bla, krąg wzajemnych podejrzeń, bla bla bla, niemiłe zaskoczenie na koniec, bla bla bla. Oj, mocno to przegadane a pointa taka średnia i opowiadanie też średnie.

9. Paweł Pietrzak: “Szczelina”

Peerelowskie bloki mają swoje lata i czasem zdarza się, że pojawi się w nich szczelina, z której mogą wyjść pewne niezbyt przyjemne rzeczy. Ujdzie.

10. Tim Borys: “Renowator”

Stare meble często zawierają w sobie coś więcej niż tylko stetryczałe korniki. A jeśli jeszcze należały do mistrza horrorów może z tego wyjść niezły bajzel. Interesujące, ciekawe, fajne.

11. Aleksandra Zielińska: “Wierna rzeka”

Światy żywych i umarłych często mylą się zarówno jednym i drugim a granica, która je oddziela czasem może być niezbyt szczelna. Fajny pomysł, trochę oczywiste ale niezłe.

12. Radosław Kowalik: “Moja lewa ręka”

Jestem poczytnym pisarzem, zawsze piszę prawą ręką, jak sobie złamię prawą rękę to będę musiał pisać lewą a wtedy… Nie podobało mi się zupełnie, przewidywalne i jakoś tak dziwnie napisane.

13. Anna Szczęsna: “Z miłości do ciała”

NEKROFILIA – BŁE, FUJ!

14. Wiesław Karasiński: “Obowiązek szkolny”

WTF? (Mam nadzieję, że to wystarczy za komentarz).

15. Paweł Paliński: “Na południe od wtedy, na północ od teraz”

Jak cię biją przez całe życie i jesteś pośmiewiskiem w dzieciństwie to później będziesz chodził i mordował ludzi! Nie daj się – oddawaj w dzieciństwie bo później pozbawisz życia wielu ludzi. Takie sobie.

Ogólnie wrażenia po lekturze pozytywne, potencjał w narodzie jest i horror w Polszcze ma się dobrze. Przy niektórych opowiadaniach zwyczajnie nie chciało mi się nic więcej pisać – górę bierze wrodzone lenistwo. Lekturka szybka w miarę przyjemna. A i wiem, że ciężko uznać za recenzję tekst w stylu: niezłe, takie sobie, dobre ale dziś tak będzie i już! Merytoryczne argumenty zostawiam na dyskusje na poważne tematy takie jak: czy Wyborowa lepsza jest od Czystej Żołądkowej De Luxe czy nie?

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Bizarro… bitch!

Posted by charliethelibrarian w dniu 26 Marzec 2011

Oj chyba odkryłem coś niesamowitego i dla mnie zupełnie nowego. Gatunek literatury nazywany bizarro fiction. Z tego co mi mówi wikipedia: bizarro fiction to gatunek literatury współczesnej wykorzystujący elementy absurdu, satyry, groteski. Wiki podaje dalej, że bizarro najbliżej do science – fiction i horroru niż do awangardy czy dadaizmu, jednak takie elementy również znajdziemy w bizarro.

Dlaczego przykuło to moją uwagę? Otóż jak w zwykle w przepaściach internetu znalazłem informację o takiej książce:

 

Nie będę ukrywał, że zainteresował mię tytuł tejże powieści napisanej przez Camerona Pierce’a, tytuł w wolnym tłumaczeniu może brzmieć: Dupo Gobliny z Auschwitz albo Gobliny-dupy z Auschwitz albo może jeszcze inaczej. Fabuła (za Amazon.com): najpierw w ingliszu:

“In a land where black snow falls in the shape of swastikas, there exists a nightmarish prison camp known as Auschwitz. It is run by a fascist, flatulent race of aliens called the Ass Goblins, who travel in apple-shaped spaceships to abduct children from the neighboring world of Kidland. Prisoners 999 and 1001 are conjoined twin brothers forced to endure the sadistic tortures of these ass-shaped monsters. To survive, they must eat kid skin and work all day constructing bicycles and sex dolls out of dead children.

While the Ass Goblins become drunk on cider made from fermented children, the twins plot their escape. But it won’t be easy. They must overcome toilet toads, cockrats, ass dolls, and the surgical experiments that are slowly mutating them into goblin-child hybrids.

Forget everything you know about Auschwitz…you’re about to be Shit Slaughtered.”

A teraz po mojemu, pokrótce chodzi o to, że w świecie gdzie spada czarny śnieg w kształcie swastyk, mamy obóz koncentracyjny w Auschwitz. Obóz prowadzony jest przez rasę obcych, którzy wyznają ideologię faszystowską a zwią się właśnie Dupo Gobliny. Podróżują oni statkami kosmicznymi w kształcie jabłek, by porywać dzieci z sąsiedniego świata Kidlandii. Więźniowie o numerach 999 i 1001 to bracia syjamscy, którzy muszą znosić sadystyczne tortury dupokształtnych potworów. Aby przetrwać muszą jeść skórę dzieci i pracować cały dzień przy produkcji rowerów oraz sex lalek, które są robione z martwych dzieci.

Bracia wymyślają plan ucieczki, który przeprowadzają podczas gdy Dupo gobliny są pijane ciderem ze sfermentowanych dzieci. Ale na ich drodze czeka bardzo wiele przeszkód takich jak kiblowe ropuchy, cockrats – stawiam na fiutoszczury, chujoszczury, kutasoszczury albo coś w ten deseń (chociaż kutasoszury brzmią chyba najlepiej) i jakieś tam chirurgiczne eksperymenty.

I sloganik na końcu: Zapomnij wszystko co wiesz o Auschwitz – zostaniesz nieźle wyjebany? zajebany? Niestety nie wiem jak przetłumaczyć ten idiom:  Shit slaughtered.

Opis tej książki sprawił, że zapragnąłem ją mieć tu i teraz, zaraz ale już, natychmiast ku**a! To musi być taki kosmos, że po prostu maskra (tutaj słownictwo Charliego stało się tak proste jak konstrukcja cepa, albowiem gdyż oraz już i ponieważ aczkolwiek wciąż, Charlie w momentach dużej ekscytacji zapomina, że język jego ojczysty jest przebogaty jak skarbiec Sknerusa McKwacza). Niestety z tego co sprawdziłem chyba nie ma jeszcze książek z tego gatunku u nas. I solennie obiecuję, że jeśli będę cierpiał na nadmiar gotówki zakupię sobie książki tego pana Camerona Pierce na Amazon.com bo innej drogi chyba nie ma. Obietnice mogę składać bo szczerze mówiąc nie wiem kiedy będę miał nadmiar gotówki.

A może zainteresować tym jakieś polskie wydawnictwo? Albo jeszcze lepiej – samemu zacząć pisać bizarro fiction!

Wyobrażacie to sobie Charlie bibliotekarz i jego najnowsza powieść “Moher punch from Mars” albo inna powieść “Świt Odysei” (eee… nie to chyba już gdzieś było i jest bardzo ale to bardzo bizarro).

I mam trochę obaw przed tym amazon.com bo to i w dolarach się płaci, i że niby ze Stanów to leci, to chyba drogo wychodzi. Ale może czas spróbować.

W każdym bądź razie od tej pory intensywnie przeszukuję sieć w poszukiwaniu informacji o tym gatunku i zbieram pieniążki!

Dobra stronka o bizarro: bizarro central

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Anne Fadiman “Ex libris: wyznania czytelnika”

Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Marzec 2011

Anne Fadiman "Ex libris..."

Anne Fadiman "Ex libris..."

No nareszcie, pomyślał Charlie gdy przeczytał gdzieś krótką recenzję książki pani Fadiman. Książka o książkach i ich wielbicielach. Charlie w swej pysze pomyślał, że on również  jest takim wielbicielem książek i z pewnością lektura “Ex libris…” podnieci go intelektualnie do granic możliwości i wyniesie na Parnas. I tak było! Och, jakież rozkoszne umysłowe rozrywki zapodała mi pani Fadiman w swoich siedemnastu esejach o książkach w jej życiu. Czułem jak moja głowa puchnie od tych wszystkich wysublimowanych smaczków. Te perełki delikatnej ironii skrzące się pomiędzy literkami w rządku grzecznie stojącymi. Te hausty elokwencji jakie można wciągać wprost ze stronic książeczki. Sto osiemdziesiąt stron czystej niemal erotycznej i perwersyjnej fascynacji słowem pisanym. Szał spoconych okładek po prostu!

Mam nadzieję, że nie przesadziłem z sarkazmem czy tam ironią. Powiem krótko nie dostałem tego czego się spodziewałem i troszkę byłem zawiedziony. Autorka naprawdę w bardzo interesujący i zabawny sposób opisuje wiele sytuacji i wspomnień związanych z książkami w JEJ życiu. I to chyba powód dlaczego ta książka nie trafiła do mnie. JEJ (znaczy się autorki) wspomnienia z dzieciństwa i młodości kompletnie się różnią od moich. Córka małżeństwa pisarzy, dorastała w domu gdzie książki były obecne zawsze, i młoda Anne nasiąknęła nimi do szpiku kości. U mnie w domu rodzice książek nie czytali. Czytałem tylko ja. Autorka gromadziła swój księgozbiór od lat najmłodszych, ja tak na dobrą sprawę zacząłem kupować książki na studiach (a i tak może ich było z kilka – wtedy raczej inne priorytety były :D ). To tak od strony formalnej wyjaśnienie dlaczego książka nie powaliła mnie na kolana. Żeby zająć się stroną narracyjną Charlie przyjmie pozę napuszonego krytyka i powie, że książka jest przeintelektualizowana, ciężko strawna dla przeciętnego polskiego czytelnika, zawiera mnóstwo odniesień do mało znanych w Polsce książek i pisarzy, którzy dawno wyginęli. Kontekst kulturowy jest wyraźnie amerykański i gdyby nie przypisy na końcu każdego eseju wiele rzeczy nie byłoby zrozumiałych. Niektórzy czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że autorka chełpi się swoim pochodzeniem i tym, że miała takie cudowne dzieciństwo. (Charlie krytyk po części tak myśli). Inni czytelnicy rozsądnie powiedzą, że jeśli ktoś był ze swojego dzieciństwa zadowolony, nawet jeśli było zupełnie inne od dzieciństwa autorki nie ma czego zazdrościć (Z tymi czytelnikami zgadza się prawdziwy Charlie). Książka broni się stylem pisarskim, który trochę ociepla wizerunek autorki jako feministycznej, wszystko wiedzącej i przemądrzałej suki. (To Charlie krytyk tak pisze, prawdziwy Charlie nic do samic psów nie ma). Wiele zabawnych i śmiesznych fragmentów wzbudza szczerą radość. Kilka esejów to naprawdę piękne przykłady pisarstwa i dają wiele powodów do zadowolenia. Dodatkowym atutem jest fakt, że książkę czyta się szybko, więc nie zdąży zmęczyć czytelnika. Eseje, które Charlie krytyk uważa za dobre a nawet piękne i przecudowne to esej “Moja Specjalna Półka” opowieść o półce autorki, na której trzyma ona książki o tematyce polarnej. Naprawdę esej porusza w człowieku struny, o których istnieniu nie miał pojęcia oraz esej “Psoty wieloczłonowców” interesująca tematyka eseju pobudza intelektualnie.

Charlie krytyk zastanawia się czy polecić książkę czytelnikom, można a nawet warto przeczytać. Choćby dla zapoznania się z zapatrywaniami pani Fadiman na temat książek. Poza tym książka naprawdę poszerza horyzonty i skłania do pewnych działań, o których być może dowiedzą się czytelnicy wkrótce.

P. S. W eseju “Psoty wieloczłonowców” autorka porusza temat erudycji i przytacza tekst jakiegoś kolesia z lat dwudziestych, z którego nie zrozumiała dwudziestu dwóch słów. Oto one: monofizyta, mefityczny, calineries, diapazon, grimorie, adapertile, retromingent, perllan, kupelacja, adyton, sipaj, subadar, paludalny, apozemiczny, camorra, ityfalliczny, alkad, aspergilium, agathodemon, kakodemon, geotyczny, opoponaks.

Esej polegał na tym, że autorka dzwoniła po znajomych i sprawdzała ich stan erudycji po ilości rozpoznanych słów. Nie chwaląc się Charlie znał znaczenie dziesięciu słów a dwóch się domyślał. Podbudowało to dumę Charliego, że oto bibliotekarz z Polski erudytą lepszym jest od uznanej pani pisarki. (Po chwili euforii Charlie uświadomił sobie jak ulotnym i mało znaczącym jest jego triumf i zwiesił głowę smutno).

A wy? Ile potraficie rozpoznać lub przynajmniej skojarzyć słów? Bez oszukiwania i podpowiedzi!

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Artur Domosławski “Kapuściński non-fiction”

Posted by charliethelibrarian w dniu 20 Marzec 2011

Artur Domosławski "Kapuściński non-fiction"

Artur Domosławski "Kapuściński non-fiction"

Zdarzają się książki, które jeszcze przed ukazaniem się wzbudzają gorące dyskusje i rozgrzewają czytelnicze nastroje. Dokładnie tak samo było z książką o jednym z moich ulubionych pisarzy, o Ryszardzie Kapuścińskim. Zanim książka się ukazała pojawiały się kontrowersje – najpierw zamieszanie z wydawnictwem “Znak”, które odmówiło publikacji książki. Później żona pana Kapuścińskiego próbowała sądownie zakazać publikacji. Na szczęście dla czytelników nie udało jej się to.

Cóż otrzymujemy w tym opasłym tomisku? Czy dostajemy na tacy głowę Kapuścińskiego, którą przygotował podstępny “przyjaciel” domu? Judasz zdradzający najskrytsze tajemnice rodziny? Niespełniony dziennikarzyna, który z najniższych pobudek, pod płaszczykiem życzliwości ze zwykłej zazdrości napisał taki grubaśny paszkwil. Przytoczyłem tutaj spolaryzowane głosy z jednej strony bo drugie mówią o książce napisanej z perspektywy dobrego znajomego, ale również obiektywnego dziennikarza. Ludzie po drugiej stronie uważają książkę za rzetelną pracę dziennikarską, która stara się w jak najpełniejszy sposób pokazać życie i twórczość jednego z najbardziej znanych na świecie polskich reporterów i pisarzy. Gdzie leży prawda? Czy ona w ogóle leży? A może stoi lub gdzieś biegnie?  Może cały czas przemieszcza się gdzieś, klucząc pomiędzy zdaniami książek Kapuścińskiego i książki Domosławskiego?

Ja powiem o swoich wrażeniach po lekturze. Nie za bardzo wiedziałem wcześniej czego po książce się spodziewać. Owszem dotarł do mnie ten cały medialny szum ale puściłem go mimo uszu. I dopiero teraz zabrałem się za lekturę. I co? No i podobała mi się ta książka. Moje wrażenia były takie, że Domosławski napisał książkę wcale nie demaskującą, w żadnej mierze oskarżającą Kapuścińskiego o jakieś bardzo złe i paskudne rzeczy. Napisał książkę o skomplikowanym CZŁOWIEKU. Dziennikarzu, który wyjeżdżał za granicę w okresach gdy zagranica była nieosiągalna dla Polaków. Była to zagranica niebezpieczna, afrykańskie dżungle płonące ogniem rewolucji czy takie same dżungle płonące podobnym ogniem w Ameryce Południowej. Domosławski nie zajmował się w swojej książce twórczością Kapuścińskiego – przynajmniej nie w taki sposób jak wielu krytyków by to zrobiło. Zajął się życiem pana Kapuścińskiego – tym prywatnym i tym zawodowym. Domosławski przejechał praktycznie cały szlak po śladach Kapuścińskiego. Rozmawiał z ludźmi, którzy go wtedy znali (o ile jeszcze żyli). Jaki obraz Kapuścińskiego wyłania się po przeczytaniu tej książki? Czy ideał sięgnął bruku, czy nagle zniesmaczony obrzydliwymi szczegółami z życia prywatnego Kapuścińskiego spaliłem posiadane przeze mnie jego książki? Mój światopogląd legł w gruzach a ołtarzyk jaki miałem w domu uległ zniszczeniu? Kurczę, chyba coś ze mną nie tak bo książka nie zmieniła mojej opinii o Ryszardzie Kapuścińskim. Nawet go bardziej polubiłem i chyba sobie odświeżę jakąś lekturę. Książka naświetliła mi wiele spraw, wiele rzeczy, które pomogły mi zrozumieć jak musiał funkcjonować człowiek za czasów PRL. Oraz jakim człowiekiem był Kapuściński. Oczywiście nie jest to obraz pełny bo nikt nie jest w stanie napisać pełnego obrazu o innym człowieku. Jednak w mojej opinii Domosławski starał się przekazać jak najwięcej o Kapuścińskim. Ale tak naprawdę niczym straszliwym mnie nie zaskoczył (no może poza informacją, że Kapuściński do wiernych mężów nie należał). A i tak ten fragment życia Kapuścińskiego Domosławski potraktował oszczędnie. Podsumowując – dobra lektura, dobra rzecz. Nie należy jej jednak czytać będąc nastawionym do niej w jakikolwiek sposób. Wiem, że to ciężko tak będzie ale naprawdę im mniej człowiek przeczyta o tej książce tym lepiej będzie się ją czytać. Bo jeśli ktoś ma już wyrobioną opinię przed czytaniem to po lekturze tylko utwierdzi się w swojej opinii.

Jestem zwykłym czytelnikiem, czytam książki dla mojej przyjemności, nie dopatruję się na siłę dwuznaczności, ukrytych przekazów, śladów manipulacji tekstem. Nie mówię, że przyjmuję słowa autora jako prawdę objawioną – idiotą chyba nie jestem. Gdy mam wątpliwości staram się  je wyjaśnić. I tych wątpliwości było całkiem sporo i je sobie sprawdzam teraz. Dla tych, którzy już przeczytali książkę, taki esej o siedmiu grzechach Domosławskiego – napisany właśnie w tym demaskatorskim stylu. (Trochę moim zdaniem mocno nacechowany negatywnie – zarzucający Domosławskiemu chęć zrobienia kariery).

Jeszcze osobista uwaga co do książki: za dużo tego wszystkiego było, na każdej stronicy atakują mnie nazwiska, lata, miejsca. Tak szczerze mówiąc lektura trochę trwała, właśnie przez owo nagromadzenie takiej pokaźnej ilości wszystkiego. (Co jest kolejnym argumentem przeciwników Domosławskiego, którzy mówią, że zwyczajnie zarzucił czytelników taką liczbą informacji, żeby czytelnik się pogubił i nie chciało mu się sprawdzać).

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Dariusz Chętkowski “Nauczycielskie perypetie: O wojnie wszystkich ze wszystkimi”

Posted by charliethelibrarian w dniu 18 Marzec 2011

Dariusz Chętkowski "Nauczycielskie..."

Dariusz Chętkowski "Nauczycielskie..."

Nauczyciele… każdy z nas ich zna, każdy przez sporą część swojego życia miał z nimi styczność. Podstawówka, szkoła średnia (piszę o trybie nauczania jaki ja przeszedłem). W każdej z tych szkół byli ONI. Ciało pedagogiczne, składające się z żywych ludzi, którzy mieli za zadanie nauczyć nas. Nauczyć czego? Życia? Czy tylko regułek, dat, wierszyków, wzorów chemicznych, twierdzeń matematycznych? Co w nas zostaje po skończeniu szkoły, czy dwanaście lat nauki w szkole idzie na marne czy raczej jednak bardzo się nam przydaje. Ciężko jest na to pytanie odpowiedzieć i zapewne każdy będzie miał odpowiedź inną. W tej książce pan Dariusz, polonista z liceum w Łodzi opowiada o sobie jako nauczycielu, swoich relacjach z uczniami, rodzicami, innymi nauczycielami oraz dyrekcją. Opowiada bez ogródek ale również bez żadnego wskazywania palcem. Opisuje różne sytuacje życiowe, które mu się przytrafiły i z pewną ironią i sarkazmem podsumowuje swoje zachowanie jak i zachowanie koleżanek i kolegów z pracy. Obraz jaki wyłania się po lekturze jest jednocześnie zniechęcający do zawodu nauczyciela ale równocześnie pomaga zrozumieć w jaki sposób żyją ci ludzie, którzy w myśl chińskiego czy też naszego ludowego przekleństwa “obyś cudze dzieci uczył” właśnie to robią. Nauczyciele jak ludzie – są różni jednak po iluś tam latach można powiedzieć, że wykształcają cechy typowe dla swojego zawodu: kłótliwość, chęć dyrygowania wszystkimi i przedwczesne starzenie się. Jest jeszcze kilka innych motywów, ale nie chce mi się o nich pisać. Napisałem wcześniej, że obraz nauczycieli może być zniechęcający miałem na myśli fakt, że istotną kwestią jaka przewija się bardzo często przez stronice książki to kwestia zarobków i nauczycielskich pensji, które są naprawdę marne. A odpowiedzialność jaką często biorą na siebie nauczyciele powinna być sowicie wynagradzana. Chętkowski nie daje odpowiedzi jak być dobrym nauczycielem, jedynie opisuje sytuacje, wytyka nieprawidłowe postępowanie i jak mantrę powtarza, że błędy popełnia każdy ważnym jest aby z tych błędów wyciągnąć naukę i starać się następnym razem postąpić inaczej.

Ogólnie książkę określiłbym jako bardzo “życiową” to znaczy odnoszącą się do sytuacji, które mogą spotkać nie tylko nauczycieli. Oczywiście większość sytuacji opisanych w książce to sytuacje ze szkolnych korytarzy, pokoju nauczycielskiego czy też klas. Chętkowski podpowiada jak przetrwać w szkolnej dżungli, jakie stosować metody by wyjść cało lub przynajmniej bez większych obrażeń w przypadku szkolnych konfliktów. Nie bez przyczyny podtytuł książki brzmi “o wojnie wszystkich ze wszystkimi”.

Wrażenia po lekturze raczej średnie, przeczytałem szybko bo i język prosty, i książka to sytuacje opisywane maks na 4 stronach. Powiem tyle, że każdy adept trudnej sztuki pedagogicznej mógłby się z tą lekturą zapoznać. Nie jest to żaden poradnik i nie wolno ślepo według niego postępować ale można tam znaleźć kilka cennych wskazówek. Mnie samemu książka otworzyła oczy na moich belfrów z liceum i podstawówki i wiele rzeczy w związku z ich osobami oraz ich zachowaniem stało się dla mnie jasnymi dopiero teraz. Można nauczycieli lubić, można kochać, można nienawidzić, można tak jak pewna wokalistka grupy zwanej O.N.A. powiedzieć w telewizji co się o nich myśli ale zrozumieć ich można chyba dopiero wtedy gdy samemu jest się nauczycielem.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Fakir i manifa…

Posted by charliethelibrarian w dniu 7 Marzec 2011

Niedzielę miałem całkiem interesującą. Najpierw pod Kościołem Mariackim zobaczyłem tego oto osobnika:

Fakir na rynku

Fakir na rynku

Trzeba przyznać, że chłopak miał pomysł na sztuczkę. Po chwili zastanowienia tajemnicę lewitacji łatwo rozgryźć. Jednak pomysł i wykonanie zasługują na jak najwyższe uznanie. Fakir wzbudzał sporą sensację wśród przechodniów. Wróżę mu sporą karierę na zbliżający się sezon turystyczny. Bo wiadomo, że krakusom znudzi się szybko ale nowi turyści pojawiają się co chwila. Numer trochę statyczny jednak daje radę.

A kawałek dalej na Karmelickiej natknąłem się na Manifę. Wiedziałem, że będzie szła ale nie spodziewałem się, że na nią zdążę i trafię. Manifa choć głośna i barwna – nie była zbyt liczna. Wczoraj minęło sto lat, kiedy kobiety walczące o swoje prawa po raz pierwszy zaprotestowały w Krakowie. Ciekawe czy sto lat temu było tych kobiet więcej. Wrzucę fotkę trochę podrasowaną :D

Manifa

Manifa 2011

Niektóre z haseł:

Zamiast rycerskości...

Zamiast rycerskości...

 

Dwa etaty...

Dwa etaty...

 

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Co można z książkami zrobić?

Posted by charliethelibrarian w dniu 5 Marzec 2011

Książki można nie tylko czytać, mogą stać się naprawdę czymś zupełnie innym.

Otóż jest sobie taki koleś – Brian Dettmer się nazywa i jest artystą urodzonym w Stanach Zjednoczonych. I cóż ten artysta robi? Zajmuje się jak sam pisze w swoim manifeście: zmianą książek z liniowych źródeł informacji na nieliniowe: The richness and depth of the book is universally respected yet often undiscovered [...]. The book’s intended function has decreased and the form remains linear in a non-linear world. By altering physical forms of information and shifting preconceived functions, new and unexpected roles emerge.

Zapodam moje tutaj niedoskonałe tłumaczonko: Bogactwo i głębia książki jest powszechnie szanowana  często jednak wciąż nieodkryta [...]. Domyślna funkcja książki jako nośnika informacji maleje a jej forma pozostaje liniowa w coraz bardziej nieliniowym świecie. Zmieniając fizyczne formy informacji i przesuwając przyjęte z góry funkcje, ujawniane są nowe i nieoczekiwane role książki.

Tak ja przynajmniej zrozumiałem wypowiedź tego pana. Ale do rzeczy. W jaki sposób ten artysta wydobywa owe nowe role. Poniżej trzy obrazki jego dzieł:

Niesamowite prawda? Nie będę wrzucał więcej zdjęć. Wszystko znajdziecie na stronie artysty: Brian Dettmer. Jest tam cała galeria jego twórczości.
Jak on to robi? Sam artysta wyjaśnia proces: In this work I begin with an existing book and seal its edges, creating an enclosed vessel full of unearthed potential. I cut into the surface of the book and dissect through it from the front. I work with knives, tweezers and surgical tools to carve one page at a time, exposing each layer while cutting around ideas and images of interest. Nothing inside the books is relocated or implanted, only removed. Images and ideas are revealed to expose alternate histories and memories.

Słabym jestem tłumaczem ale spróbuję: W moich pracach, zaczynam z istniejącą książką, uszczelniam jej krawędzie, tworzę zamknięte naczynie pełne nieodkrytego potencjału. Wycinam przednią warstwę książki i wnikam w nią. Pracuję z nożami, szczypcami i narzędziami chirurgicznymi rzeźbiąc każdą stronę z osobna, wydobywając z każdej warstwy nowe idee i obrazy. Nie przesuwam niczego w środku książki, niczego również nie dodaję ja tylko usuwam. Obrazy i idee są uwolnione by przedstawić inne historie i wspomnienia.

Zajrzyjcie na jego stronę naprawdę warto.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Cat library

Posted by charliethelibrarian w dniu 4 Marzec 2011

Macie w domu kota? Macie również książki, które zajmują wam każdą możliwą przestrzeń i biedny kotek nie ma gdzie się podziać. Fundnijcie mu taką fajną półeczkę:

 

Ja kota nie posiadam ale gdybym miał mieć to zastanowiłbym się nad takim rozwiązaniem :)

 

P. S. Jeszcze o kotach, przeczytajcie sobie ten tekst:Kot w rurze. Suchar ale śmieszy wciąż.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.