Blog Charliego Bibliotekarza

Blog Charliego o wszystkim i o niczym.

Archiwum z Luty 2011

Jerzy Kosiński “Malowany ptak”

Posted by charliethelibrarian w dniu 24 Luty 2011

Jerzy Kosiński "Malowany Ptak"

Jerzy Kosiński "Malowany Ptak"

Łoj, będzie o książce, która ma w Polsce złą sławę. Podobnież jest na wskroś antypolska i składa się z samych oszczerstw wymierzonych w naród polski, polską wieś oraz Bóg wie co jeszcze polskiego. Taką złą sławę zyskał “Malowany…” w latach sześćdziesiątych czyli po publikacji. Zyskał tylko w Polsce, bo za granicą książka odniosła ogromny sukces. Zresztą została tam wydana, bo autorem co prawda jest Polak ale na stałe mieszkający w Stanach Ju Es Ej. Opinia o książce jako antypolskiej skutecznie blokowała przekład i wydanie “Malowanego…” w kraju. Nic więc dziwnego, że Polacy mogli książkę w oficjalnym obiegu przeczytać dopiero w roku 1989 a więc prawie dwadzieścia pięć lat po publikacji.

Krótko o fabule książki, chociaż może nie o fabule bo książka nie posiada fabuły w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Książka to wspomnienia chłopca zmuszonego przez wojenną zawieruchę do poniewierki wśród zapadłych kresowych wiosek. Sam chłopiec pochodzi z żydowskiej rodziny i ma zaledwie 7 lat gdy zmuszony jest tułać się po świecie. Nie wie gdzie są jego rodzice a kolejni “opiekunowie” nie darzą go zbytnią “sympatią” traktując jako cygańskiego podrzutka. Opowieści chłopca to prawdziwy Hardkor przed duże H, duże A, duże R, duże D, duże K, jeszcze większe O i duże R. (Napisałem to po polskiemu bo tak jakoś fajniej brzmi). Okrucieństwo, goni okrucieństwo a barwne opisy krzywd jakich chłopiec zaznaje od wielu ludzi sprawiają, że książka niemal spływa krwią i pokrywa się siniakami. Nienawiść objawiająca się fizycznym znęcaniem się nad “cygańskim ścierwem” jest zupełnie bezzasadna i wynika moim zdaniem z obawy przed innym. Innym, który może sprowadzić nieszczęście zarówno na pojedynczego człowieka jak i na całą społeczność. Sam chłopiec zdaje sobie sprawę jak bardzo różni się od mieszkańców wiosek, przez które zmuszony jest wędrować. Podziela on wiarę zabobonnych chłopów w swoje nieczyste i demoniczne moce. Jego przygody poniekąd potwierdzają tę tezę. Nigdzie nie zagrzeje miejsca na dłużej, zawsze musi się coś stać, wypadek, morderstwo, bójka, które zmuszają go do ucieczki i dalszej tułaczki.

Książka jest pełna opisów zabobonów jakie panują wśród chłopów. Opowieści o duchach, strzygach, demonach walczących na Ziemi zapełniają chłopskie chaty wieczorami. Chłopi wierzą w magiczne napary przygotowywane z najbardziej obrzydliwych składników. A jednocześnie chodzą do Kościoła i modlą się da pana Boga za piecem albo koło łóżka, wszystko jedno gdzie się modlą. Czytając niektóre fragmenty dotyczące przesądów, czułem się jakbym czytał o jakichś afrykańskich plemionach, które sobie gdzieś tam żyją nieodkryte lub ledwo tknięte przez cywilizację. Chłopiec tak samo jak chłopi wierzy we wszystkie możliwe zabobony.  Cały czas stara się poznać tajemnicę świata i przyczynę takiego a nie innego porządku. Często zastanawia się skąd biorą się zło, nienawiść i niesprawiedliwość. Dlaczego silni wyzyskują słabszych i w jaki sposób stać się owym silnym, który będzie mógł gnębić słabeuszy. Raz pełen podziwu jest dla Niemców, którzy potrafią konstruować miny o wielkiej sile rażenia, innym razem z całych sił modli się do Boga bo wierzy, że modlitwa zapewni mu odpust od win już w tym świecie. Kiedy okazuje się, że Bóg raczej jest zajęty czymś innym, chłopiec swoją  duszę zwraca ku złemu czyli Szatanowi. Jednak Szatan to pikuś w porównaniu z wielkim wodzem ludzkości niejakim Józefem S. tak więc dzieciak staje się głęboko i żarliwie “wierzącym” komunistą. Ewidentnie widać tutaj poszukiwania jakiegoś wytłumaczenia i sensu w tym całym bagnie do jakiego trafia co chwila chłopiec. Dziecko chce mieć oparcie w jakimś opiekunie, który da mu ochronę przed krzywdzicielami.

Czy wspomniałem o okrucieństwie i hardkorze? Musiałem wspomnieć, gdyż to jest “mocna” strona książki. Dlaczego “mocna” w cudzysłowie? Bo nie chodzi mi o walor pozytywny, sprawiający, że lektura jest ciekawa. Epatowanie krwią i nieprzyjemnymi opisami najmocniej się rzuca w oczy, bo tworzą one z jakieś osiemdziesiąt procent treści (wyliczenia własne). W trakcie dalszej lektury robi się to czasami nawet nudne ale czytamy dalej wierząc, że to musi czemuś służyć. To ma służyć… już wiem – dalszemu epatowaniu nieuzasadnioną nienawiścią. Chłopak zmaga się z prześladowaniem i brakiem akceptacji (strasznie pedalsko to zabrzmiało) w środowisku wiejskim, a w tle jeżdżą sobie pociągi z ludźmi, których los jest już przypieczętowany. Pociągi z ludzkimi transportami nie robią ani na dzieciaku ani na chłopach żadnego wrażenia. No, jedynie chyba podziw dla niemieckiej sprawności i świetnej organizacji logistycznej całego przedsięwzięcia.

I dochodzimy tutaj do tego aspektu, który uczynił z “Malowanego…” książkę w Polsce naznaczoną na lata. Czyli jej rzekomej antypolskości – bo przecież to polska wieś opisywana jest przez dzieciaka, to polscy chłopi małorolni i kułaki traktują go jak śmiecia, biją, gnębią, traktują gorzej niż psa. To polska wieś walczy o odzież ludzi wyrzuconych z transportów do obozów zagłady. Rzecz dzieje się przecież podczas drugiej wojny światowej gdzieś na wschodzie Rzeczpospolitej. Nie chcę tu wyjść na jakiegoś obrońcę naszego narodu ale… uważam, że takie rzeczy mogły się zdarzyć wszędzie. Wszędzie gdzie istnieją zamknięte grupy ludzi, nie lubiące obcych i od wieków żyjący w ten sam sposób. Przyznam się szczerze, że trudno było mi uwierzyć w te wszystkie okrutne czyny jakie opisane zostały na kartach książki. Z drugiej strony złapałem się właśnie na tym – traktowałem książkę jako zapis wspomnień, a przecież Kosiński sam podkreślał, że nie jest to żadna książka autobiograficzna. Nigdy nie powiedział, że przeżył to wszystko. (Przeżycie tak wielu tortur i krzywd było mało prawdopodobne). Eskalacja przemocy i nienawiści jak dla mnie miała służyć przedstawieniu kondycji psychicznej ludzi wówczas żyjących oraz pokazała tworzenie się mechanizmów obronnych przed Innym. Od dawna wiadomo bowiem, że stereotypy pozwalają nam w krótkim czasie określić z jakim zjawiskiem, człowiekiem mamy do czynienia. Dopiero późniejsze dłuższe przebywanie z obiektem, pozwala potwierdzić stereotyp lub go obalić. To samo działo się w przypadku wiejskich chłopów, tylko u nich działało to znacznie silniej. Do przesądów o cygańskich podrzutach dochodził strach przed Niemcami, którzy za przechowywanie żydowskich uciekinierów mordowali całe wsie. A propos mordowania – życie ludzkie nie jest warte funta kłaków, tak przynajmniej wynika z obserwacji chłopca.

Krótko mówiąc – Kosiński nagromadził na ponad dwustu stronach ogromne ilości brudu, syfu, zła, gniewu, krwi, bezduszności, chciwości, małostkowości, nienawiści, sadyzmu, cierpienia, bólu, strachu, pogardy, głupoty, że robi to wrażenie. Książkę przeczytałem, zachwycony szczególnie nie jestem ale książka nie jest zła. Według mnie nie jest pozycją, którą trzeba znać. Obejdzie się ale również jeśli przeczytamy nie będziemy żałować.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Czytać, k***a czy nie czytać? That is the question.

Posted by charliethelibrarian w dniu 21 Luty 2011

Pamiętacie swoją pierwszą książkę? Znacie jej treść, przypominają wam się wrażenia jakie towarzyszyły pierwszej lekturze. Opowiem wam historyjkę jak to Charlie przeczytał swoją książkę i cóż to za kniga była.

Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy, siedmioletni brzdąc idzie do szkoły podstawowej i tam zapisuje się do biblioteki szkolnej. Pani bibliotekarka była tak zwaną fest babą o piersiach, którymi spokojnie mogłaby małego Charliego zadusić. Ale nie o piersiach pani bibliotekarki miałem tutaj mówić. Mimo konkretnych gabarytów szkolna bibliotekarka była również kobietą do piersi tfu.. do rany przyłóż. Charlie pochodził trochę do podstawówki i wypożyczył pierwszą swoją książkę a była to książka opisująca przygody dziewczyny z mocno patologicznej rodziny, która była bezlitośnie wykorzystywana przez swoich bliskich. Jedyną okazją na ucieczkę od szarej rzeczywistości i ciężkiej harówki w rodzinnym domu były imprezy. Dopiero na tych balangach mogła lśnić prawdziwym blaskiem a dobry diler w postaci starej ciotki sprzedawał jej najlepszy towar jeszcze bardziej wzmagający doznania. Niestety jak każdy narkotyk, środek ciotki miał działanie krótkotrwałe i po jego zażywaniu następował bardzo zły i ciężki zjazd i dół psychiczny. Jednak wszystko dobrze się kończy i miejscowy playboy i facet, którego jedynym zajęciem w życiu było wydawanie kasy tatusia zakochał się w niej i przynajmniej na kilka tygodni wziął ją do siebie. Niestety nie wiemy jak długo bogaty paniczyk wytrzymał w związku z ubogą, niewykształconą, uzależnioną od środków odurzających dziewczyną, której jedynymi umiejętnościami było oddzielanie maku od fasoli i pranie koszul starszych sióstr. Mam nadzieję, że rzuciłem światło na treść i tytuł mojej pierwszej świadomej lektury a była to historia “Kopciuszka”. Z fajnymi rysunkami i dużymi literami. Taka to była moja pierwsza książka. Później poszło już z górki. Łykałem książkę za książką, jednak nigdy książki nie zastąpiły mi tak zwanego prawdziwego życia. Były doskonałym uzupełnieniem, chwilą wytchnienia. Czytałem dużo, znacznie więcej niż moi rówieśnicy ale jednocześnie wiodłem beztroskie dzieciństwo ze wszystkimi jego atrakcjami. Więcej czasu spędzałem na zewnątrz, a książki czytałem po nocach co bardzo denerwowało moich rodziców, jednak nic nie było w stanie odciągnąć mnie od czytania.

Kopciuszek oglądany od końca.

Kopciuszek oglądany od końca.

Dlaczego zebrało mi się na takie wyznania? A bo ostatnimi czasy osaczyły mnie wszędzie raporty dotyczące czytelnictwa i okazało się, że 56% moich kochanych rodaków nie czyta książek. Fejsbóg oszalał – co chwila jakieś wpisy nad tym jak to książki wzbogacają człowieka, pomagają przejść przez życie. Są światami, które zostały stworzone przez pisarzy specjalnie dla nas czytelników. Książki uszlachetniają duszę człowieka oraz robią z głupków geniuszy. Pobudzają i rozwijają wyobraźnię, uczą empatii i zrozumienia innych ludzi. Te wszystkie wpisy mówią najczystszą prawdę o książkach. I te wpisy, te akcje w stylu: Książka najlepszym przyjacielem człowieka! Przejść przez życie z książką! Pojawiają się wszędzie. Tak zwane tygodniki opinii zamieszczają wywiady ze mondrymi ludźmi co to mówią maluczkim jak to książki są cudowne i zajebiste. Zgadzam się z nimi całkowicie. Ale ja się pytam o co kurwa ten lament? Kto lubi czytać książki będzie je czytał a kto woli oglądać telewizję/grać w gry komputerowe/jeździć na rowerze/jeździć na łyżwach/budować domki z wykałaczek/sklejać samoloty/biegać nago boso po rosie/uprawiać ogródek warzywny będzie robił to co lubi. I basta! Na szczęście mamy jakąś wolność i książki nie są zakazanym towarem jak w powieści Bradbury’ego i możemy sobie czytać ile chcemy i nie musimy schodzić do podziemia. Przed wojną stan czytelnictwa był jeszcze gorszy bo prawie dwadzieścia procent ludzi w Polsce było analfabetami. Za komuny stan czytelnictwa był może trochę wyższy ale ludzie czytali komunistyczny badziew. I moim zdaniem nie ma co rozpaczać.

Ja uważam, że na siłę nie ma co ludziom książek wciskać. Jak mantrę będę powtarzał, że kto chce i lubi to będzie czytał. A kto nie chce niech nie czyta. Kropka. Wiem, że może dziwne to słowa padające z ust bibliotekarza ale tak już jest. Znam mnóstwo inteligentnych ludzi, którzy książek nie czytają i jakoś z tym żyją. Co prawda o książkach z nimi nie pogadam ale znajdą się inne tematy do rozmowy.

Wrzucam tutaj fragment z “Poranku kojota” na temat czytania książek :)

Poranek Kojota

Opublikowany w Książki, Wpisy | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Eduardo Mendoza “Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa”

Posted by charliethelibrarian w dniu 15 Luty 2011

Eduardo Mendoza "Niezwykła..."

Eduardo Mendoza "Niezwykła..."

Ostatnio w przeczytanych przeze mnie książkach motywem przewodnim jest motyw podróży. Czytałem o dzielnym astronaucie, pisałem o jeszcze dzielniejszej kobiecie, która dyktuje książki zza światów. Teraz będzie o niezwykłym podróżniku z początków naszej ery. Chciałbym przedstawić Wam Pomponiusza Flatusa, obywatela rzymskiego, człowieka niezwykle ciekawskiego, fizjologa i badacza, który wiedziony nadzwyczajnym głodem przygód wyrusza wszędzie tam gdzie usłyszy historie o jakiś niezwykłych wodach. Gdy dociera nad te wody natychmiast próbuje empirycznie, czyli na sobie działanie magicznych wód. Z reguły wody mają magiczny skutek w postaci sraczki lub delikatniej mówiąc biegunki. I tak wędruje sobie Pomponiusz od jednych magicznych wód do drugich i stale towarzyszy mu jego nieodłączna towarzyszka bieguneczka, której raczej nie polubił, ale którą taktuje jako dopust bogów za swą nadmierną ciekawość i żądzę wiedzy. Poznajemy go w momencie gdy pozbawion konia oraz majątku trafia w ręce koczowniczego plemienia Arabów, którzy “gdy dają sobie od tyłu, kłaniają się przedtem stukrotnie i wypytują o zdrowie i stan interesów”. Zresztą motyw dawania od tyłu przewija się przez całą historię Pomponiusza, ale nie ma się co dziwić przecież to świat antyczny a wtedy raczej dawanie sobie od tyłu było w dobrym tonie. Wracając do Pomponiusza Arabowie odstawiają go do rzymskiego obozu. Po czym z jednym z urzędników rzymskich wędruje do Nazaretu. Gwoli przypomnienia mamy początek naszej ery, co nie jest bez znaczenia dla dalszych przygód Pomponiusza. W Nazarecie Pomponiusz dowiaduje się o zbrodni jaka została popełniona na bogatym i bogobojnym obywatelu Nazaretu, a oskarżonym i skazanym na ukrzyżowanie za tę zbrodnię jest cieśla Józef. Pomponiusz zostaje wynajęty przez syna cieśli, kilkuletniego rumianego blond chłopca o imieniu Jezus! jako prywatny detektyw. Nie będę opowiadał całej historii choć Pomponiusz mi świadkiem, że korci mnie strasznie. Pokrótce – Pomponiusz okazuje się gościem nie w ciemię bitym, choć o słabym żołądku i niewyregulowanych jelitach (co w pewnym momencie okazuje się kluczowe dla biegu wydarzeń). Pomponiusz to typowy człowiek swoich czasów – wykształcony filozof, który swych rzymskich bogów uważa za mit a żydowskiego boga ma za nic. Oczytany badacz, krasomówca a jednocześnie tchórz i konformista. Zna się świetnie na ludziach i potrafi wykorzystać tę wiedzę jednak nie czyni tego wyłącznie dla swego dobra.

Co jest motywem książki – mógłbym być złośliwy i powiedzieć, że dawanie od tyłu i problemy gastryczne głównego bohatera ale to byłoby strasznie płytkie. Książka jest inteligenta, ironiczna, sarkastyczna i mądra. Intryga kryminalna nie jest może jakaś zawiła ale pomieszanie historii, osób, wydarzeń, znanych z Biblii i innych książek wywołuje uśmiech. A dodatkowe odnajdywanie takich smaczków sprawia jeszcze większą przyjemność z lektury. Oczywiście można się pokusić o porównywanie historii Mendozy z Biblią, ale nie wolno przesadzać i na opowieść pana Eduardo należy patrzeć z przymrużeniem oka. Bo choć jest to historia, w której występują tak dobrze nam znane postaci, to jednak jest to fikcja literacka. Mendoza jak Jezus pokazał, że nie wolno oceniać ludzi po okładce – bogobojny obywatel okazuje się łotrem, puszczający bąki głodomór mędrcem a dziwka kobietą o dobrym i szlachetnym sercu. Wciągająca, pełna dobrego humoru i zabawna. Wartka akcja i nieoczekiwane zbiegi okoliczności dodatkowo przyczyniły się do tego, że lektura była czystą radością. Mendoza zafundował mi naprawdę niezwykłą podróż.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Books are good exit.

Posted by charliethelibrarian w dniu 11 Luty 2011

Tak sobie czasem walczę z różnymi programami do obróbki grafiki. Ostatnio stworzyłem (to za dużo powiedziane) coś takiego:

Books are good exit

Books are good exit

Powiedzcie nadaje się to na przykład na vlepki? No mnie się podoba ale w końcu sam to zrobiłem i raczej obiektywny nie jestem więc o głosy krytyki (nie jednak nie krytyki, o głosy uznania pokornie proszę :D ). Ech, chociaż coraz bardziej zaczyna mi to przypominać dzeiło jakiegoś miszcza fotoszopa.

I sam się zastanawiam czy czasem gdzieś  podobnego czegoś nie widziałem i się zasugerowałem. Ale to może tylko tak mi się wydaje.

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Pisanie zza grobu…

Posted by charliethelibrarian w dniu 10 Luty 2011

ruth montogomery

ruth montogomery

Wyjątkowo będzie dzisiaj o książce, której jeszcze nie przeczytałem ale powiem szczerze, że chciałbym przeczytać. Wczoraj napisałem o podróżach w kosmos do innych galaktyk, gwiazd i planet. Dziś też będzie o podróżach ale takich bardziej hardkorowych. Co powiecie na książkę, która została napisana po TAMTEJ STRONIE. Tak, tak proszę państwa okazuje się, że można napisać książkę będąc zimnym trupem. Nie mam tutaj na myśli wydawania kolejnych płyt jak Majkel czy 2pac czy inny sławny artysta posiadający masę chciwych krewnych, którzy często zarobią więcej niż ci artyści przed śmiercią. Chodzi mi o książkę napisaną całkowicie  zza grobu. Autorka książki o bardzo wdzięcznym tytule “Ruth Montgomery writes again” czyli w wolnym tłumaczeniu “Ruth Montgomery znowu pisze” od dawna gryzie ziemię albo jest rozsypana na cztery strony świata. Ale jej dusza oraz jej Duchowi Przewodnicy są gdzieś tam i fruwają sobie w niebiesiech albo w dziesiątym wymiarze i postanawiają opowiedzieć jak to tam u nich jest. Czy mają na przykład wolne niedziele, albo czy można u nich na rowerze sobie pojeździć? Bardzo mnie to ciekawi, gdyż jako natura sceptyczna zakładam raczej, że nic po tamtej stronie na nas nie czeka. A jeśli już czeka to nie jest to na pewno nic przyjemnego. No ale wracając do książki. Otóż Ruth nie pisała jej w ten sposób, że usiadła sobie gdzieś tam na chmurce w niebie i machnęła kilkadziesiąt kartek. To nie jest takie proste. Pani Montgomery (świeć panie nad jej książką), przy pomocy trójki rodzeństwa, które posiada zdolności kontaktowania się ze zmarłymi wysyłała transmisje. Te transmisje były odbierane przez owo rodzeństwo, które siadało sobie przy stole i trzymało w rękach długopisy. A długopisami sterowała już świętej pamięci nieboszczka Ruth. Takie działanie nazywane jest automatic writing. I podobno sprawdza się znakomicie, tak przynajmniej twierdzą spirytualiści. Na stronie reklamującej książkę (link podam na końcu wpisu), możemy się dowiedzieć co owa przeduchowa książka będzie zawierać. Jak myślicie? Co chciała nam powiedzieć autorka, która pokonała tę nieprzekraczalną barierę życia i śmierci. Ruth na pewno będzie chciała nas przekonać, że jej książka jest prawdziwa i na przykład poda datę zgonu papieża albo innej ważnej osobistości. No bo skoro jest duchem to może naginać czas i przestrzeń. Może robić co chce podróżować w czasie, przechodzić przez ściany czy też podglądać orgię Charliego Sheena. Dlatego też drobna wskazówka dla nas czytelników a przynajmniej takich jak ja czyli niedowiarków znacznie zwiększyłaby wiarygodność autorki jako martwej od dawna kobiety. Cóż począć, że taki ze mnie niewierny Tomasz. Wracając do strony, która reklamuje owo wydawnictwo duchowe – z książki można dowiedzieć się następujących rzeczy:

  • Plany Niebios dotyczące planety Ziemia (a więc coś zostanie ujawnione, mam tylko nadzieję, że nie żaden koniec świata)
  • Niebiańską korespondencję od jakiś znanych medium (a więc nie tylko od Ruth)
  • porady jak pokonać strach i żyć pełnią Miłości (to jest dobre, to może się przydać)
  • odkrywa przed czytelnikami sekrety królestwa Duchowych Przewodników (nigdy bowiem nie wiadomo jakiego przewodnika będziemy potrzebować)
  • dodatkowe informacje, które mogą się przydać w życiu

Oprócz tego jakieś detale biograficzne na temat naszej martwej ale wciąż piszącej autorki. Dodam, że książka to e-book i można go zakupić za jedyne $18,88. Jeśli kiedykolwiek będę cierpiał na nadmiar gotówki i przez chwilę będzie mnie korciło aby zakupić ten stek bzdur, będę potrzebował kogoś kto mnie kopnie w dupę i powie, że połączyć się można z duchami za pomocą seansu spirytusowego a nie spirytystycznego. Z reguły nie osądzam książki po okładce no ale bez przesady. Wiem jestem stronniczy i nic na to nie poradzę. Może rzeczywiście Ruth jest tam gdzieś w górze, siedzi sobie na słupie telegraficznym i śmieje się z głupiego bibliotekarza, który ma klapki na oczach i  nie potrafi się otworzyć na świat cudów i mistycznych doznań.

A jeśli jakaś osoba wierząca poczuła się urażona wpisem to mówi się trudno.

P. S. Tutaj obiecany link

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Stanisław Lem “Dzienniki gwiazdowe”

Posted by charliethelibrarian w dniu 9 Luty 2011

Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"

Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"

No to teraz moi drodzy książkonauci, będzie o absolutnym klasyku literatury fantastyczno naukowej. Wybitnej książce naszego pisarza. “Dzienniki gwiazdowe” to zbiór opowiadań, w których poznajemy astronautę Ijona Tichego.

Astronauta ów to człek niezwykle ciekawski i wciąż nosi go przemożna chęć poznawania coraz to nowych planet i ich mieszkańców. I tak sobie podróżuje ten nasz astronauta od galaktyki do galaktyki, od małych systemów planetarnych po ogromne skupiska setek milionów planet. Podróżuje w swej zielonej rakiecie, z której odłazi lakier a mózg elektronowy opowiada mu dowcipy z brodą. Każda jego wizyta to opis świata obcych. Poznawanie zupełnie dziwacznych kultur ale w jakiś niewytłumaczalny sposób strasznie podobnych do naszej kochanej Ziemi. Na przykład na jednej planecie Pincie bodajże, Ijon opisuje zadziwiający system rządów, w którym mieszkańcy pragną zostać rybami i non stop żyją w wodzie. Bulgocząc wciąż jak to dobre jest życie ryby wesoło zanurzają się powolutku pod wodę. Oficjalne organy wciąż powtarzają, że niedługo wszyscy mieszkańcy dostąpią tego zaszczytu i będą oddychać skrzelami. Ale póki co niech zacisną zęby bo planeta i nią rządzący przeżywają chwilowe trudności oraz występują chwilowe braki. Ci którzy pragną bulgotać trochę inaczej niż wszyscy albo nie daj wielka rybo! mówią, że ludzie w ogóle nie powinni żyć w wodzie mają nomen omen przechlapane. Owi osobnicy są usuwani do karnych brygad gdzie wykonują rybie posągi. Piękna ta podróż,  w której Lem świetnie wypunktował pewien system społeczny socjalizmem zwany. Gdzie indziej nasz dzielny kosmiczny wędrowiec spotyka zakonnika, który żali się, że misja chrystianizacyjna wśród obcych idzie opornie, wręcz bardzo opornie. Kiedy zaciekawiony nasz podróżnik pyta się tego bogobojnego męża dlaczego. Ten opisuje mu, że wszyscy ci obcy zbyt dosłownie biorą nauki Kościoła. Jedni wysłuchawszy kazań zakonnika o tym jak to męki cielesne natychmiast otwierają drogę do raju, chcąc zapewnić owo miejsce swemu ulubionemu kaznodziei robią mu z dupy jesień średniowiecza (kolokwialnie rzecz ujmując).Co nie spotyka się ze zrozumieniem Kościoła. Inni z kolei masowo wstępują do zakonów i zaprzestają się rozmnażać albowiem Kościół powtarza, że spółkowanie grzechem jest i tylko czystość cielesna może otworzyć bramy niebios. W skutek tych masowych wstąpień do klasztorów całej rasie grozi wyginięcie. Zakonnik najbardziej jednak obawia się naukowców, ludzi rozumu, racjonalistów. To oni stanowią prawdziwe zło nauczając prawd naukowych i wyjaśniając wszelkie zjawiska, które do tej pory przypisywane były Wszechmocnemu.

Wszystkie podróże Ijona czegoś nas nauczą, coś nam opowiedzą o nas samych i naszej planecie. W dodatku na kartach książki tryskają fontanny humoru, abstrakcyjne skojarzenia wyglądają zza każdej planetoidy a lekkość pióra Lema sprawia, że klasyk ten czytałem z przyjemnością. Pod płaszczykiem fantastycznych planet i ras Lem celnie punktuje naszą ludzką psychikę i nasze zachowania. Sparafrazuję Gombrowicza i napiszę: “Lem wielkim astronautą był! I zachwyca, wciąż zachwyca”.

Jako ciekawostkę dodam, że przez lata powstały różne zbiory opowiadań Lema o tytule “Dzienniki gwiazdowe”. Ja posiadam książkę z roku 1958. A więc prawdziwego staruszka. I w tym zbiorze jest jedna podróż Ijona Tichego, której podobnież Lem zakazał publikować później. Jest to podróż dwudziesta szósta. Ijon ląduje w niej na dziwnej planecie nazywającej się Merka. Owa Merka jest zagrożona przez inny kraj tak zwaną Raszę i Czajnę. Ijon trafia na dziwne ćwiczenia, podczas których symulowany jest atak przy użyciu tajemniczej broni jaką jest ejbom. Bardzo zgrabne opowiadanko będące satyrą na Amerykę lat pięćdziesiątych, która tak naprawdę również nie była takim sympatycznym krajem podówczas. Opowiadanie jest również przykładem niezłej propagandy komunistycznej :D Nic więc dziwnego, że Lem troszku się go wstydził i traktował jako takie trochę niechciane dzieciątko co to zdarzyło mu się przypadkiem.

“Dzienniki gwiazdowe” mimo tylu lat i tak wielu późniejszych książek z gatunku literatury fantastycznej wciąż wychodzą obronną ręką i można spokojnie je polecać następnym pokoleniom, które być może sięgną gwiazd tak jak Ijon Tichy.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz »

Jorge Luis Borges “Powszechna historia nikczemności”

Posted by charliethelibrarian w dniu 8 Luty 2011

Jorge Luis Borges "Powszechna..."

Jorge Luis Borges "Powszechna..."

O tym pisarzu, którego pełne nazwisko brzmi Jorge Francisco Isidoro Luis Borges Acevedo dużo słyszałem. Uznawany za jednego z najlepszych argentyńskich pisarzy, znany i doceniany na całym świecie. Ale jakoś nigdy w ręce nie wpadła mi żadna jego książka. Ostatnio znalazłem takiego starocia a że dosyć cienkie i całkiem intrygujący tytuł to sobie przeczytałem. A co mi tam.

“Powszechna historia nikczemności” to zbiór esejów, krótkich opowiadań. Dotyczą one historii żywota jakiegoś łotra lub nikczemnika. Poznajemy więc niesławnego przerażającego wybawiciela Lazarusa Morella, który zbiegłym z plantacji bawełny niewolnikom obiecywał wolność a następnie sprzedawał ich na innym targu lub zabijał. Dorobił się pokaźnej fortuny. A opowieści o jego nikczemności do dziś przetrwały w tak zwanych urban legends w całych Stanach. Inna historia opowiada o przywódczyni chińskich piratów, która zbudowała sobie niezłe imperium. Inna opowieść dotyczy rozkwitu gangów Nowego Jorku mamy tam przepięknie opisaną bitwę uliczną:

Bitwa pod Rivington. Około stu bohaterów, niewiele różniących się od fotografii, które więdną w archiwach policji; stu bohaterów przesiąkniętych dymem papierosów i alkoholem; stu bohaterów w słomianych kapeluszach o różnobarwnych wstążkach; stu bohaterów nadwerężonych – jedni mniej, drudzy bardziej – przez wstydliwe choroby, próchnicę zębów, zaburzenia funkcjonalne dróg oddechowych albo nerek; stu bohaterów tak nieistotnych i tak wspaniałych jak ci spod Troi albo Jeny rozegrało tę okrytą mrokiem bitwę w cieniu arkad kolei nadziemnej [...] Pod wielkimi arkadami z betonu zostało siedmiu ciężko rannych, cztery trupy i martwy gołąb.”

Borges świetnie opisał jednego z najbardziej znanych rewolwerowców Dzikiego Zachodu czyli Billy the Kida, który  już za życia był chodzącą legendą i który prowadził żywot dziki i bezwzględny oraz bluźnierczy i w taki sam sposób zginął. Jest również przepiękna opowieść o tym jak wiele może wycierpieć japoński samuraj by pomścić honor swojego pana.

Oprócz historii nikczemności Borges napisał króciutkie opowiadania, które można śmiało podciągnąć pod opowiadania fantastyczne, których pierwowzorem były różne książki, które Borges przeczytał między innymi “Baśnie tysiąca i jednej nocy”.

Cały książeczka to swoisty zbiór impresji o nikczemności i podłości. Świat to podłe miejsce i ludzie od zawsze sobie wyrządzali różne świństwa. Historie opisane przez Borgesa to zaledwie wycinek taki maluteńki i to wcale nie najgorszy.

To była moja pierwsza książka Borgesa ale spodobał mi się jego styl pisarski, świadczący o niezwykłej erudycji i inteligencji. Odbierałem jego teksty jak swoistą grę z czytelnikiem nie brak tam również czarnego humoru. Borges pokazał mi jak wiele jest historii, które można opowiedzieć w ciekawy i interesujący sposób. Lektura była bardzo przyjemna i chyba sobie spróbuję jakiejś innej książki tego autora.

(heh, zakończenie wpisu wyszło mi jak z jakiegoś szkolnego wypracowania, czyli do Borgesa to Charliemu jednak w ch*j daleko)

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Mieczysław Schmidt “On his Majesty’s Service. Naokoło Afganistanu.”

Posted by charliethelibrarian w dniu 7 Luty 2011

Mieczysław Schmidt "On His..."

Mieczysław Schmidt "On His..."

Będzie o książce raczej mało znanej. Śmiem twierdzić, że nikomu nie znanej :D Otóż podczas wprowadzania do proliba (bibliotekarze wiedzą o co biega), numerów pewnego czasopisma przedwojennego, natrafiłem na recenzję tej książki. Oczywiście w oczy rzucił mi się tytuł a raczej podtytuł dotyczący Afganistanu. Pomyślałem sobie WTF? To już przed wojną nasi byli w Afganistanie? Wiedziony instynktem bibliotekarza i trochę znając stan naszego księgozbioru, wyszperałem tę knigę. I przystąpiłem do lektury. Dodam, że recenzja w tym czasopiśmie (której teraz za cholerę odnaleźć nie mogę) była taka średnia. Jak znajdę recenzję natychmiast umieszczę ją we wpisie. Pokrótce o co biega. Pan Mieczysław to Polak, który mieszkał, żył i pracował w Baku  w latach I wojny światowej. W roku 1918 pojechał do Krasnowodzka (obecnie Turkmenbaszy), to jest miasto nad brzegiem Morza Kaspijskiego bo władze bolszewickie zarekwirowały mu skład wosku ziemnego jako towaru wielce kontrrewolucyjnego. Jako osoba dosyć znana w kręgach handlowców Schmidt wyruszył bez obaw do Krasnowodzka. Na miejscu okazało się, że dotychczasowi rządzący w imieniu bolszewików okazali się przebrzydłymi burżuazyjnymi pachołkami i nowy Komitet Rewolucyjny obalił tych krwiopijców, ale wszystko z towarem jest w porządku. Po kilku dniach Schmidt wraz ze swoim towarzyszem niejakim Szwajcarem Stumpem zostali aresztowani i umieszczeni w celi. Nie podano im żadnych powodów i kilka dni spędzili tak w domysłach, wśród innych więźniów. I tak zaczęła się prawdziwa gehenna naszego rodaka, którą skrupulatnie opisuje. Okazało się, że wojska angielskie chcące uzyskać wpływy w tym regionie dogadały się z komuchami i w zamian za wydanie “szpiegów” dadzą im mnóstwo kasy. Bolszewiki jak to bolszewiki połapali pierwszych z brzegu cudzoziemców i podesłali Angolom. Schmidt uradowany, że trafi w ręce cywilizowanych ludzi, którzy pozwolą na wyjaśnienie nieporozumienia znowu się bardzo zdziwił bo Anglicy traktowali ich jak najgorszych przestępców. I pognali w podróż przez całą Persję, aż do Indii. Mietek nacierpiał się niemało i smutne są jego doświadczenia z angielskimi wojskami. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Książkę mimo osiemdziesięciu sześciu lat różnicy i napisaną, nie przez literata czytało się o dziwo całkiem przyjemnie. Mieczysław miał zmysł obserwacji i dużo zapamiętywał, a że był obeznany z grypsowaniem, bo siedział w carskich więzieniach to sobie to wszystko zapisywał. Najbardziej rzucał się w oczy jego stosunek do Anglików, którzy z obywateli cywilizowanego kraju stawali się w jego oczach bydlakami gnębiącymi biednych tubylców. Jego opinia zapewne nie odbiegała zbytnio od rzeczywistości. Jest w książce dobry tekst. Podczas rozmowy z oficerem angielskim, który okazał się w miarę dobrym człowiekiem z ust kapitana Forsajta (autor nie znał angielskiego i wszystkie zwroty z angielskiego zapisywane są fonetycznie) pada takie zdanie: “To jest okropna pomyłka, panie Schmidt, ale niech pan pamięta, że Anglik, jeżeli nawet zrobi pomyłkę, to musi doprowadzić ją do końca.”. Jakże wiele mówi to o Imperium Brytyjskim i jego obywatelach.

Książkę otwiera wstęp, nie wiem czy napisany przez autora. Dotyczy on okrucieństw pierwszej wojny światowej. Cytat “Wielka wojna, rozpoczęta w imię sprawiedliwości i kultury, zgładziła ze świata dziesięć milionów ludzkich jednostek [...]. Prowadzona z niesłychaną zaciętością, ujawniła okrutne zwierzęce instynkty, drzemiące w głębi charakteru nawet tych narodów, które szczyciły się dotąd swoją kulturą i cywilizacją.” Dalej jest podobnie w duchu mocno pacyfistycznym i humanistycznym. Oczywiście pojawia się hasło: nigdy więcej wojny. Ech, szkoda, że hasło to okazało się pobożnymi życzeniami.

Nie wiem czy książkę polecać komukolwiek :D , przeczytałem ją jako taką ciekawostkę. A raczej nie będzie łatwo dostać egzemplarz w swoje ręce.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Winston Groom “Forrest Gump”

Posted by charliethelibrarian w dniu 6 Luty 2011

Winston Groom "Forrest Gump"

Winston Groom "Forrest Gump"

Po długich, jakże długich polowaniach na tę książeczkę udało mi się dorwać ją w swoje łapki. Określenie książeczkę pasuje idealnie bo nie jest to opasłe tomisko. I książeczka nie jest bynajmniej określeniem pejoratywnym – znaczy się w kontekście lekceważenia. “Forrest Gump” to mądra książka, nawet bardzo mądra. Ale mówiąc o książce nie obejdzie się bez porównań do filmu, który poznałem wcześniej niż książkę. Bez tych porównań się nie da. Moje ostrożne przypuszczenia są takie, że większość osób z mojego pokolenia nawet nie wie, że Zemeckis  nakręcił film na podstawie książki. Film pana Roberta na trwale wpisał się złotymi głoskami w historię kina, popkultury, wrył się w świadomość wielu ludzi. A sceny z tego filmu stały się kultowe. Film Zemeckisa jest świetny, ale książka jest zdecydowanie lepsza. Po pierwsze jest prawdziwsza. Zemeckis postać Forresta wyidealizował, wiem jak to brzmi ale w filmie Forrest nie robi nic złego. Wszystko przytrafia mu się nie z jego winy. Jego historia jest ckliwa i wzruszająca – co spodobało się wielu milionom ludzi. W książce Forrest jest idiotą ale również geniuszem. Jest typem, którego lekarze określają idiota savant. Nawet w książce pojawia się to określenie. W skrócie chodzi o to, że debil (to nie żadne negatywne określenia ale medyczny termin), który nie potrafi sobie zawiązać sznurówek i ma problemy z zapamiętaniem kilku zdań równocześnie zna i rozumie! fizykę kwantową, a szachy ma w małym paluszku. Taki jest właśnie Forrest. Kretyn nie potrafiący zapamiętać kilku zagrań w “futbola”, jednocześnie jest matematycznym geniuszem. Facet, który gdy ma przemawiać publicznie jedyne co umie powiedzieć to “CHCE MI SIE SIKU”, wygrywa międzynarodowy turniej szachowy. Oto cały Forrest, w filmie łagodny jak baranek, grzeczniutki, niewinny. W książce już taki nie jest. Cała historia z Jenny, która była taka romantyczna w filmie, w książce jest również romantyczna ale jest również bardziej hmm… życiowa. Forrest i Jenny nie byli żadną platoniczną miłością bo jak nam opowiada Forrest:  “wyprawialiśmy rzeczy o jakich nawet nie śniłem. Ale Jenny miała niesamowite pomysły! Pokazywała mi różne pozycje, co to bym sam na nie nigdy nie wpadł…”. Gdyby w filmie Zemeckis pokazał Forresta jak jara zielsko i pije wódę to raczej taki “normalny” to znaczy taki nie całkiem niewinny Forrest nie spodobałby się tak wielu ludziom (mam nadzieję, że ludzie, którzy nie palą zielska i nie piją wódy nie obrażą się, że uznałem te czynności za “normalne”). Po przeczytaniu książki znacznie bardziej wolę tego książkowego Forresta. Po pierwsze ma więcej przygód niż ten z filmu. Po drugie nie jest takim niewinnym cielęciem jak Tom Hanks i jak trzeba to potrafi przypierdolić komu trzeba, choć jego podejście do życia można określić jako “płyń z prądem”. Gump przyjmuje los i wszystkie wypadki ze stoickim spokojem, ale gdy trzeba potrafi zawalczyć o swoje. A wszystko to robi w prosty i nieskomplikowany sposób idioty. Forrest sam z siebie nie potrafi oszukiwać, robi to jedynie na życzenie innych osób co często wpędza go w kłopoty. Książka nie kończy się może klasycznym happy endem ale przesłanie jest proste – ważne jest by spojrzeć na swoje życie i tak jak Forrest powiedzieć “nie było nudne jak flaki z olejem”

Groom napisał książkę ironiczną i pouczającą. Postać Forresta pozwala spojrzeć na nas, tak zwanych “normalnych” ludzi z zupełnie innej perspektywy. Forrest to idiota i jako taki może sobie pozwolić na bardzo wiele w społeczeństwie. Ludzie przebaczają idiotom ich prawdomówność i szczerość biorąc je za przejaw debilizmu. Zresztą w książce jest kilka odniesień do literatury światowej i roli idioty czy też błazna w wielu dziełach literackich. A rolą tą jest właśnie obnażanie obłudy, hipokryzji czy też śmieszności ludzi. Jak wspomniałem na początku mądra bardzo mądra książka. Polecam, każdemu idealnie nadaje się na jakieś życiowe dołeczki czy też chwile zwątpienia. Postaram się kupić sobie egzemplarz coby książeczkę mieć pod ręką.

Opublikowany w Książki | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Na rower…

Posted by charliethelibrarian w dniu 5 Luty 2011

Wsiadajcie na rowery albowiem nie znacie dnia ani godziny:

Cyanide and Happiness, a daily webcomic
Cyanide & Happiness @ Explosm.net

Opublikowany w Wpisy | Otagowane: , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.